The Rainforest of ‘Yvaga Guazu’ Park *** W ‘deszczowym’ parku ekologicznym

Prywatny Park Ekologiczny Yvaga Guazu znajduje się tuz za granicami miasta Santa Cruz, na drodze do Samaipaty.  Bardzo łatwo jest go przeoczyć, gdyby nie bilbord z informacja. Na parkingu przed brama witają nas dwa urocze zwierzaki – jednym z nich, jak dowiemy się później, jest 8-letni poł-labrador, Blakey. Imię, może nie bardzo politycznie poprawne, ale pasujące do niego jak ulal.

Private own Yvaga Guazu Ecological Park is located just outside the city of Santa Cruz, on the way to Samaipata. It is very easy to miss its entrance if not for billboard on the side of the road with information. We are welcomed in the parking lot in front of the gate by two adorable dogs – one of them, as we learnt later, is an 8-year-old half-labrador, Blakey. The name maybe not very politically correct, but fits him perfectly.

Yvaga Guazu

Kupujemy bilety i czekamy 20 minut na przewodnika, czekanie umilając sobie zabawa z psami i rozglądając się po restauracji, serwującej tradycyjne dania. Prawdę mówiąc, gdyby nie psy, to chyba byśmy zrezygnowali. Przewodnik jednak się pojawił, i nasza wesoła gromadka, która powiększyła się o jeszcze jednego czworonoga, podążyła na zwiedzanie 3-hektarow 14-hektarowego parku, utworzonego w obrebie lasu deszcowego, będącego domem dla ponad 650 rodzimych i importowanych gatunków roślin tropikalnych.

Zaczynamy od szkółki bonsai, które są również na sprzedaż. Korci mnie, aby kupić sobie karłowate drzewko toborochi, ale jakże miałabym je przetransportować do Europy?

We buy tickets and wait 20 minutes for a guide. While waiting we play with dogs and look around the restaurant, which serves traditional cuisine. In fact, it not for the dogs, I think we would gave up. However, our guide eventually appeared and our cheerful bunch, joined yet by another pet, followed to explore the 3-hectares of this 14-hectares park, created within rainforest, being a home to over 650 species of native and imported tropical plants.

We start with bonsai nursery that are also for sale. I am tempted to buy a dwarf Toborochi tree, but how would I  transport it to Europe?

Yvaga Guazu

Na początku wycieczki zatrzymujemy się w malutkim zoo, w którym zyja uratowane z niewoli dzikie zwierzeta: kolorowe papugi, ‘pajęcze małpy’, dzikie świnie (pecari) i żółwie, które przysięgam, jak tylko nas zobaczyły, zaczęły biec w naszym kierunku! Przyznam, jako jedyne zwierzaki miały one klawe życie, bo małpy, uwiązane sznurkiem do drzewa, mimo iż miały trochę swobody poruszania się, były bardzo zestresowane. W gorszej sytuacji były tylko kapucynki, bo w klatce.

Park podobno zamieszkują, na wolności, inne naczelne oraz leniwce, ale tych nie widzieliśmy.

At the beginning of the tour we stop in a tiny zoo of as we were explained, of rescued animals: colorful parrots, ‘spider monkeys’, wild pigs (Pecari) and turtles, which I swear, as soon as they saw us, began to run in our direction! I admit, they were the only animals that had a nice life, because the monkeys, tied with string to a tree, although having had some freedom of movement, were very stressed. The capuchins life was even worse as in a cage. 

There other wilde animals in the park like other primates and sloths, but these we haven’t seen.

Yvaga Guazu

Podążyliśmy dalej zacieniona aleja za Blakey’m, podpytując się przewodnika o kolejne napotkane rośliny, przy których nota bene widniały tabliczki z informacja. Ogród Botaniczny w Santa Cruz, powinien wziąć z Yvaga Guazu przykład w tym temacie.

We followed the shaded avenue after Blakey, from time to time asking a guide about the next encountered plants, which, incidentally, had visible signs with the information beside them. Botanical Garden in Santa Cruz should take and example from the Yvaga Guazu in this topic.

Yvaga Guazu

Podziwialiśmy wiec kolorowe kwiaty, owocujące krzewy, w tym pomarańcze, karambole i ananasy, ogromne drzewa, które w Polsce rosną sobie w doniczkach, czy fascynujące roślinne przykłady pasożytów, które w niektórych przypadkach, zabijają swojego gospodarza.

So we admired the colorful flowers, fruiting shrubs, including oranges, carambolas and pineaples, large trees, which in Poland grow in pots or some fascinating examples of plant parasites, which in extreme cases, kill the host.

Yvaga Guazu

Bambu negro

Bambu negro

Yvaga Guazu

Yvaga Guazu

Pineapple/ Ananas

Flor de Paraiso

Paradise Flower

Gwiazdą dnia okazał się zaś nasz czarny psi przewodnik, który dla ochłody, postanowił wejść sobie do jeziorka, czemu reszta naszej gromadki, ociekająca potem, zazdrośnie się przyglądała. Cos mi się wydaje, ze jego drugi rodzic był wodołazem.

The star of the day turned out to be our guide dog Blakey, who decided to swim in a pond to cool down, making jeleaus all of us dripping with sweat. I think, that his other parent was of some Newfoundland breed.

Yvaga Guazu

Na koniec ruszyłam w pogoń za pięknym motylem, który na moment przystanął na kamykach rozrzuconych wokół stawu.

At the end of our walk, I set off in pursuit of photographing a beautiful butterfly, which stopped at the moment on pebbles scattered around the pond.

Yvaga Guazu

Bardzo nam się podobało w Parku Ekologicznym Yvaga Guazu, który jest takim prawdziwym ogrodem botanicznym – pod niebieskim niebem, a nie pod szklarnia. Szkoda tylko, ze nie można tam swobodnie spacerować samemu, ciesząc oczy zielenią lasu deszczowego dłużej niż półtorej godziny.

We loved the Yvaga Guazu Ecological Park, which is such a true botanical garden – under the blue sky, and not in the greenhouse. However, it’s a pity that you can’t walk there alone, beaing able to enjoy the green rainforest for more than only half an hour.

Yvaga Guazu

Warto było? Po zastanowieniu powiem, ze tak, ale tylko dlatego, iż nie płaciłam za bilet wstępu dla obcokrajowca, który kosztuje 90 bs., czyli jakieś 10 €. Prawdę mówiąc, lepiej jest dołożyć drugie tyle i spędzić cały dzień w tropikalnym resorcie Guembe, o którym pisałam kilka miesięcy temu —> klik. Lub wybrać się na darmowy, nieograniczony czasowo spacer do Parque Urbano, w którym nie ma małp na smyczy, ale gdzie przy odrobinie szczęścia można zobaczyć leniwca, na jednym z wielu pięknych egzotycznych drzew. Trzeba tylko uważać, by nie potknąć się o wystajace z ziemi korzenie, druty lub śmieci.

Można tez wybrać się do prawdziwego lasu deszczowego niedalekiego Parku narodowego Amboro (Samaipata/ Buena Vista), choć tam będzie pewnie więcej komarów:)

Was it worth it? I would say yes, but only because  I didn’t have to pay a foreigner fee, which is 90 bs. (about 10 €). In fact, I think it’s better to add another 90bs. and spend a whole day in a tropical Guembe resort, that we visited some time ago —> click. Or take a free, non-timed walk to Parque Urbano, in where you won’t find any monkeys on a leash, but where, with a little luck, you could see a sloth climbing one of the many beautiful exotic trees. You just have to be careful not to trip over the roots protruding from the ground, wires or garbage.

You can also go to a real rainforest of a nerby Amboro National Park (Samaipata/ Buena Vista), but there will surely be more mosquitoes :)

Wiecej zdjeć/ More pictures:

Informacje praktyczne/ Practical info:

Park Ekologiczny Yvaga Guazu otwarty jest we wszystkie dni tygodnia, od rana do wieczora, ale zwiedzać go można z przewodnikiem jedynie w określonych godzinach: 9.00, 10.00, 11.00 oraz 14.00, 15.00, 16.00.

Yvaga Guazu Ecological Park is open seven days a week, from morning till evening, but it can be visited with a guide only at certain times: 9, 10, 11 am and 2, 3, 4 pm.

Street Photography of Santa Cruz de la Sierra *** Fotografujac boliwijskie ulice

Fotograf uliczny musi byc smialy, szybki, i byc w stanie dostrzec piekno nawet brzydkich miejsc i zwyklych sytuacji. Piekno ludzkich gestow, interakcji, kolorow, ksztaltow – tego wszystkiego co sklada sie na ‘estetyke ulicy’. Ja nie jestem fotografem ulicznym, ale w ciagu ostatnich dwoch dni mialam okazje ‘studiowac’ ten typ fotografii pod okiem profesjonalisty, ktory niespodziewanie poprosil mnie, bym pokazala mu moje miasto – Santa Cruz de la Sierra.

Calkowicie moge sie zgodzic z jego krotka notka biograficzna:

Hakim Boulouiz jest ekspertem miejskiej estetyki. Przyciaga go paradoks, tajemnica i dramatycznym wizualnych ekspresji. W fotografii, ulica jest jego ulubiona pracownia.

fot. Hakim Boulouiz

fot. Hakim Boulouiz

Obserwowac Hakima Boulouiza w akcji bylo czyms niesamowitym – poruszal sie on zrecznie waskimi ulicami Mercado 7 Calles i Casco Viejo, z usmiechem na ustach i ciekawoscia w oczach, zatrzymujac sie na chwile, by niezauwazalnie sfotografowac pozornie nudne sceny i zwyklych ludzi, krzatajacych sie po bazarze.

DSCN0473 - copia DSCN0475 - copia

Danuta Stawarz

Zatrzymalismy się na chwile na Plaza Principal, aby pobserwować mieszkancow odpoczywajacych w słoneczne i cieple popoludnie w cieniu palm oraz dzieci bawiace sie z golebiami. Bylam na placu glownym milion razy, ale tego dnia, zobaczylam go w nowym swietle. Zainspirowana Hakimem, wmieszalam sie w tlum (na tyle, na ile moja aparycja gringi mi pozwolila;), szukajac nowej perspektywy, by udokumentowac te chwile.

Danuta Stawarz

Kiedy dzien powoli dobiegal konca, udalismy sie do Parque Urbano, tego samego, w ktorym spaceruje kazdego dnia. Cieszylam sie, ze wiekszosc smieci zebranych w czasie Bozego Narodzenia i Nowego Roku, zniknela, a park, mimo iz mielismy dopiero srodek tygodnia, tetnil zyciem, nie przytlaczajac jednoczesnie nadmiarem bodzcow.

DSCN0565 DSCN0576

DSCN0612

Dzien pelen wizualnych wrazen zakonczylismy kolacja w naszej ulubionej restauracji,  po czym Freddy odprowadzil Hakima do hotelu, spacerujac wzdluz zatloczonej ulicy 1er Anillo.

Nastepnego ranka wsiedlismy w autobus, by zobaczyc miasto z innej strony – tej bardziej ‘wyfiolkowanej’, nad ktora goruje posag Chrystusa. Zahaczylismy rowniez o galerie ‘Centro Cultural Santa Cruz‘, odwiedzajac doskonala wystawe oficjalnego fotografa prezydenta Evo Moralesa. Pozegnalismy sie pod katedra, gdzie Hakim spedzil ostatnie popołudnie, delektujac sie kolorowym tlumem, skapanym w pieknym cieplym sloncu boliwijskiego lata.

DSCN0628 Danuta Stawarz

To byla prawdziwa przyjemnosc spotkac Hakima, ktory jest nie tylko utalentowanym fotografem, ale takze swietnym nauczycielem i milym czlowiekiem. Dzieki niemu nabralam wystarczajaco odwagi, by bez strachu fotografowac zycie miasta w ktorym przyszlo mi mieszkac. Jednak fotografia uliczna to nie tylko talent, pewnosc siebie i refleks, to rowniez ciezka, systematyczna praca, ktora po prostu trzeba kochac. Ja polknelam bakcyla, ale chyba nie potrafilabym oddac sie temu rodzajowi fotografii w 100%, tak jak Hakim. Dla mnie fotografia uliczna jest jednak doskonalym cwiczeniem percepcji i ‘oka’, ktore postaram sie wykonywac systematycznie.

Nie moge sie doczekac, by zobaczyc ‘owoce’ przygody Hakima w Ameryce Poludniowej, a zwlaszcza w Santa Cruz. Z cala pewnoscia zamieszcze ‘je’ na moim blogu!

P.S. Zapraszam na profesjonalna strone Hakima Boulouiza  —> klik

A na razie, obejrzyjcie sobie reszte mojej ‘ulicznej’ galerii Santa Cruz de la Sierra (na samym dole:)

***

Street photographer has to be bold, quick, and able to see beauty even in ugly places and boring situations. The beauty of human gestures, interactions, coulours, shapes – everything that makes up ‘street aesthetics’. I am not a street photographer but for the last two days I’ve been learning how to become one. Learning from the pro, by whom I was contacted out of the blue, to show him around my city of Santa Cruz de la Sierra.

I couldn’t agree more with his short bio:

Hakim Boulouiz is an Expert in Urban Aesthetics. He is attracted by the “PMD” (Paradox, Mystery & Drama) through the Visual Expressions. For photography, the street is his favorite Lab.

fot. Hakim Boulouiz

fot. Hakim Boulouiz/ Dublin

Watching Hakim Boulouiz  in action was amazing – he was moving swiftly through the strets of Mercado 7 Calles and Casco Viejo with his big smile and curious eyes, stopping from time to time to record seemingly boring scene, unnoticably taking pictures of ordinary people going around their daily chores in the humble surroundings.

DSCN0471 - copia DSCN0482 - copia Danuta Stawarz

We stopped for a moment in Plaza Principal, to observe locals enjoying sunny and warm afternoon in the shadow of palm trees and children playing with pigeons. I’ve seen the main square many times, but that day, I saw it in a new light. Inspired by Hakim, I mixed in with the crowd (as much as my gringa appearance permitted), searching for a new agles to document this lovely gathering.

DSCN0521 - copia Danuta Stawarz

As a day was slowly going to an end, we headed to the Parque Urbano, the same one that I walk in every day. I was pleased to see that most of the trash collected over the Christmas and New Year holiday was gone, and despite it was only a middle of the week, the park was full of life, yet not overwhelming.

DSCN0543 DSCN0553 DSCN0590

We ended the day in a little cafe and after eating a dinner in a favourite restaurant, Freddy took Hakim to his hotel, walking with him around busy and dodgy 1er Anillo.

Danuta Stawarz

The next morning, we went on the bus to see the city from a different perspective – the posh part of the town, overlooked by the statue of Crist. We also stopped by the Centro Cultural Santa Cruz to visit the excellent exhibition of Noah Friedman- Rudovsky. We said our goodbyes beside the Cathedral, where Hakim spent his last afternoon in Bolivia, enjoying colourful crowd bathed in lovely warm sun of Bolivian summer.

DSCN0633 Danuta Stawarz

It was a real pleasure to meet Hakim, who is not only a great street photographer but also good teacher and friendly person. Thanks to him, I gained enough courage to photograph life of the city where I live. However, street photography is not just about talent, confidence and fast reflex, it’s also a hard, systematic work, which one just have to love. I swallowed a bug, but I think, I couldn’t dedicate myself to this genre of photography in 100%, as Hakim Boulouiz does. For me, street photography is however, an excellent exercise of ‘wit and eye’, which I will try to perform regularly.

I can’t wait to see some pictures from Hakim’s South American adventure, especially its East – Bolivian phase, which I was very lucky to be a part of. For sure, I will share them with you on this very blog!

P.S. To see Hakim Boulouiz’s work, visit his professional website —> here or/and Eric Kim Street Photography Blog —> click.

And till then, let’s see the rest of my ‘street gallery of Santa Cruz de la Sierra’:

‘Mi Sucia Santa Cruz!’ – Bolivia Drowns in Garbage *** Boliwia tonie w smieciach

Cruceños kochaja swoje miasto Santa Cruz, spiewajac peany na jej czesc przy kazdej okazji – Mi linda Santa Cruz, mi tierra bella maravillosa! (moja sliczna Santa Cruz, moja piekna ziemio, itp.) Ja sama lubie to miasto, choc czasem jest to naprawde trudne.

Od jakichs 2 miesiecy, codziennie rano spaceruje dla zdrowia w pobliskim Parque Urbano, ktore jest jednym z niewielu miejsc w tej ponad dwumilionowej metropolii, gdzie mozna pooddychac swiezym powietrzem, cieszac oczy zielenia pieknych tropikalnych drzew.

Niestety, czasem chcialoby sie oczy zamknac, by nie wpadly w nie smieci walajace sie po parku. Tak jak dzis. Obeszlam park tylko jeden raz i postanowilam wrocic do domu, bo nie moglam zniesc widoku wszechobecnego plastiku, rozwiewanego na wszystkie strony przez wiatr. Sprawe pogorszyli pracownicy, koszacy trawe, ktorzy kosiarkami zrobili ze smieci sieczke. Tak, moi drodzy, nikt nie pomyslal, by najpierw smieci pozbierac, a potem skosic trawe…

DSC01414

boliviainmyeyes

DSC01415

Jeden z naszych znajomych zapytal kiedys osobe w parku, ktora rzucila butelke plastikowa na trawnik, dlaczego nie wyrzuciala jej do kosza? Odpowiedz go zaszokowala.

Otoz logika mieszkancow Santa Cruz jest taka, iz jezeli bedziemy sami po sobie sprzatac, to ludzie zatrudnieni w parku, straciliby prace. Smiecimy wiec, by inni mogli zarobic na chleb. Proste, prawda?

I tak, po kazdym weekendzie, podczas ktorego park zamienia sie w jeden wielki plac zabaw, zielone trawniki pokrywaja tysiace plastikowych butelek, siatek i Bog wie czego jeszcze. Niekiedy widok ten pozostaje niezmienny az do piatku, kiedy to pracownicy w pospiechu sprzataja park, by przygotowac go na kolejny koniec tygodnia.

Taka szkoda, bo Parque Urbano z powdzeniem mogloby stac sie prawdziwa atrakcja Santa Cruz. Gdyby tylko regularnie sprzatano smieci, naprawiono chodniki, lawki i stoliki piknikowe oraz od czasu do czasu zrobiono rewizje podniebnej silowni, z ktorej co tydzien ubywa jeden sprzet.  Wowczas, wszyscy byliby bardziej szczesliwi, z leniwcami wlacznie.

Niestety, smieci nie sa tylko problemem najwiekszego miasta Boliwii. Cochabamba rowniez tonie w smieciach, a co gorsza, smieci te tona w rzece bedacej glownym zrodlem wody pitnej tego miasta. Jeden z mieszkancow powiedzial nam niedawno, ze nawet najwiekszy przetworca drobiu w kraju, Imba, majacy swoja siedzibe wlasnie w Miescie Wiecznej Wiosny, wylewa swoje nieczystosci wprost do kanalu. I nie tylko on, bo podobno wiele przedsiebiorstw w okolicy robi to samo. Nie wiem, na ile jest to prawda, na ile miejska legenda, ale na pewno wyjasnilo by to dlaczego powietrze w miascie smierdzi sciakami, a woda w kranie jest tak brudna, ze czesto nie nadaje sie do uzytku.

Zmiany zaczac trzeba jednak od mentalnosci samych mieszkancow, ktorym caly ten syf zdaje sie nieprzeszkadzac (z pewnymi wyjatkami, oczywiscie). Wracajac do ‘mojej brudnej Santa Cruz’, niektorzy mieszkancy mowia, ze jest jak jest, poniewaz ludnosc naplywajaca do miasta z innych regionow kraju, nie poczuwa sie do odpowiedzialnosci spolecznej. Coz, nie raz widzialam bogatych Cambas, wyrzucajacych smieci z samochodu wprost na ulice, wiec ten argument raczej mnie nie przekonuje.

Jakos nie zauwazylam takze, by ktos z naszego sasiedztwa zbulwersowal sie na widok wielkiego kontenera na smieci, postawionego na srodku chodnika.* Ja, jak Boga kocham, jeszcze dzis zabiore sie za pisanie skargi, abym nie musiala sie denerwowac w Nowym Roku. Zmiany trzeba bowiem zaczac od wlasnego chodnika!

DSC01416

* Po przeprowadzeniu malego sledztwa, okazalo sie, ze smietnik w tym miejscu postawila i zostawila sama Alcaldia, czyli urzad miasta! 

***

Cruceños love their city of Santa Cruz, singing praises about it at every opportunity – Mi linda Santa Cruz, mi tierra bella, maravillosa! (my gracious Santa Cruz, my beautiful land, etc.) I myself like this city very much, although sometimes it is a really difficult task.

Since 2 months, every morning I have been walking in a nearby Parque Urbano, which is one of the few places in one of the fastest growing  metropolis in the world, where you can breathe the fresh air, enjoying the beautiful greenery of tropical trees.

Unfortunately, sometimes I would like to close my eyes so the junk, cluttering the park, wouldn’t hurt them. Just like today. I walked around the park once and I decided to go back home because I couldn’t stand the view of the ubiquitous plastic, scattered everywhere by the wind. There were some workers, cutting the grass, who shreded the rubbish into pieces. Oh yes, no one thought to pick the garbage up first and then mow the lawn …

DSC01413

DSC01411

One of our friends once asked someone who threw a plastic bottle on the ground in the same park, why not to throw it into the bin? The reply shocked him.

The logic of people living here is, that if we will clean up after ourselves, the people working in the park would lose their jobs. Therefore, we litter, so that the others could earn their living. Simple, isn’t it?

And so, after every weekend, during which the park turns into one big playground, green lawns are covered by thousands of plastic bottles, meshes, and God knows what else. Sometimes this view remains unchanged until Friday, when the workers clean up the park in a hurry, to prepare it for the next end of the week.

Such a shame, because the Parque Urbano could  easily become a highlight of Santa Cruz. If only there was regular garbage collection, sidewalks, benches and picnic tables repairs, and from time to time, revisions of outdoor gym, which every week looses some equipment. Then everyone would be happier, including the sloths.

Unfortunately, not only the biggest city of Bolivia has problem with contamination. Cochabamba also sinks in garbage, and worse, the ton of rubbish swims in the river, which is the main source of drinking water for The City of Eternal Spring. One of the residents told us that even the largest poultry producer in the country, Imba, based there, dumps their waste into the river. And they are not alone, as many other businesses are doing the same. I don’t know if this is true, but it would surely explain why the air in Cochabamba gets so smelly and the tap water so dirty and disguisting!

The change, however, has to start in the minds of the people, who in majority seem not to be disturbed by this whole situation. As for ‘my dirty Santa Cruz’, some residents say, that the city is how it is, because poor population flowing here from other parts of the country, don’t feel social responsibility. Well, I can’t count how many times I saw the rich Cambas throwing the rubbish from their cars onto the streets, so this argument doesn’t convince me.

Moreover, I haven’t noticed even one person on my street, questioning a big garbage container, placed in the middle of the sidewalk.* I swear to God, I’ll write a complaint today, so I wouldn’t have to stress in New Year. The change has to start from our own sidewalk!

* After a small investigation, it turned out, the damper was placed and left by Alcaldia, which is the City Hall!

Christmas 2014 *** Kolejne Boze Narodzenie w Boliwii

Wesolych Swiat, kochani! Ostatnio troche u nas pada, wiec atmosfera bardziej przypomina te swiateczna z Europy:) A dekoracje swiateczne w Santa Cruz de la Sierra w tym roku sa przepiekne (choc sama szopka jest dosyc standardowa, nie to co w zeszlym roku —> klik).

_MG_4909 _MG_4880 _MG_4948 _MG_4895

A dzis, przesylam Wam wirtualna kartke, ktora ma taka przewage nad ta prawdziwa, ze na pewno do Was dojdzie i to w tym samym dniu!

boliviainmyeyes

*

A oto nasza skromna Szopka Bozonarodzeniowa. Niestety, w tym roku zabraklo nam Maryi i Jozefa, ale mamy za to Trzech Kroli i nowe zwierzatka:) Jak dobrze sie przyjrzycie, to zauwazycie, ze Jezus urodzil sie w Boliwi w drzewie toborochi, ktore, jak moze pamietacie, nazywane jest tu —> ‘drzewem ciazowym’.

boliviainmyeyes

Toborochi to taka nasza choinka w tropikach, choc zamiast igiel, jego pien i galezie obrastaja tysiace kolcow.

boliviainmyeyes

***

Merry Christmas, everybody! In recent days we got some rain, so the Christmas atmosphere is more like in Europe :) And the city of Santa Cruz de la Sierra this year is really beautifully decorated (however, Nativity scene isn’t as cute as last year’s –> click).

_MG_4879 _MG_4847 _MG_4938 _MG_4931 _MG_4974

And today, I am sending you a virtual card, which has this advantage over real one, that I am sure you will receive it and that it will arrive the same day it was ‘sent’!

The picture shows our humble Nativity Scene. Unfortunately, this year we ran out of Mary and Joseph, but on the other hand, there are three kings in the background and few new animals :) If yu look closer, you will notice that Jesus in Bolivia was born in Toborochi tree, which is called here, as you may remember, the —-> ‘pregnant tree’.

Toborochi could be a Christmas tree of the tropics, although instead of needles, its trunk and branches are covered by thousands spikes.

And that’s a litte Wonderland created in gallery ‘Manzana Uno‘:

_MG_4954 _MG_4950 _MG_4963

‘El Paraiso de La Gran Chiquitania’ * Discovering Bolivian Wild East * Odkrywajac boliwijski Dziki Wschod

W koncu udalo nam sie kupic nowe auto i zaplanowac wycieczke na wschod Boliwii, do krainy zwanej Chiquitania! Krotka zapowiedz tego, co nas czeka mielismy juz w San Xavier, jednej z szesciu barokowych misji jezuickich, ale tym razem nastawilismy sie nie na zwiedzanie kosciolow, a na odkrywanie cudow natury boliwijskich tropikow w prowincji Chiquitos.

A musicie wiedziec, ze La Gran Chiquitania* to naprawde niesamowite miejsce, obfitujace w malownicze krajobrazy: wzgorza, kolorowe skaly, jaskinie, wodospady a nawet gorace zrodla. Nie na darmo region ten jest nazywany ostatnim nieodkrytym rajem Ameryki Poludniowej!j  Jest w czym wybierac, a wybor, szczegolnie dla turystow z ograniczonymi mozliwosciami czasowymi (lub finansowymi) jest trudny. 

Nasz plan (ktory czesciowo ukladalismy na miejscu) wygladal nastepujaco:

1 dzien – wyjazd z Santa Cruz de la Sierra (9 rano), obiad w San Jose de Chiquitos polaczony ze zwiedzaniem kosciola (13-15), przyjazd do Santiago de Chiquitos i rozpoznanie (18.00).

Sama podroz, dzieki nowej drodze laczacej Santa Cruz (a raczej pobliski El Pailon) z Puerto Suarez (Ruta 4) graniczacym z Brazylia, wyniosla 6 godzin. Jednak krajobrazy, zwlaszcza po przystanku w San Jose, tak nas zachwycily, iz jechalismy dosyc powoli, co rusz omijajac krowy i jaszczurki przechodzace przez szose. Poczatek grudnia to rowniez sezon motyli, ktorych miliony lataja po okolicy, rozbijajac sie nieszczesliwie na maskach dosyc nielicznych samochodow (tubylcy byli na to przygotowani, bo wszyscy mieli zamontowana siatke:)

boliviainmyeyes

Niemal jak zlota polska jesien, a tak naprawde, to pobocze strawione przez czeste tu wypalanie traw.

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

La Torre de Chochis

Pewnie zastanawiacie sie, dlaczego nie podrozowalismy noca? Po pierwsze nie mielismy pojecia jak wyglada owa Ruta 4, a stan wiekszosci boliwijskich drog pozostawia wiele do zyczenia —> klik. Po drugie, boliwijscy kierowcy przewaznie jezdza jak szaleni, a wiekszosc wypadkow drogowych ma miejsce wlasnie po zmroku. Poza tym, na wlasne oczy widzielismy samochody i motocykle bez tylnych swiatel (rekordzista byla ciezarowka z jednym dzialajacym swiatlem z przodu), nie wspominajac juz o krowach, koniach i pieszych, ktorych czesto mozna bylo spotkac na drodze.

_MG_4801

boliviainmyeyes

Brak tylnego swiatla to w Chiquitanii zaden problem…

* Do Chiqutanii mozna rowniez dotrzec autobusem i pociagiem, ktory zatrzymuje sie w San Jose de Chiquitos i Robore. Pociag nazywany jest ‘tren de muerte’ (pociag smiwrci), ale spokojnie, nie dlatego, ze jest tam tyle smiertelnych wypadkow, ale z powodu dlugiej, uciazliwej i nudnej przeprawy (szczegolnie noca, gdy nic nie widac za oknem). Santiago de Chiquitos znajduje sie 23 km od Robore, a do miasta prowadzi bardzo dobrze oznakowana droga. W tym miesjcu musze wspomniec, iz Ruta 4 jest chyba najlepsza szosa w Boliwii. Bez dziur i dobrze oznakowana. Ba! Moze nawet za dobrze, znakow jest tam bowiem tyle, ze moznaby bylo spokojnie oznaczyc nimi jeszcze na przyklad trase Santa Cruz – Trinidad. No ale, od przybytku glowa nie boli:)

2 dzien – spacer na El Mirador de Santiago rano i relaks w Aquas Calientes (goracych zrodlach) po poludniu.

3 dzien – przeprawa do El Mirador de Chochis i Santuario Mariano oraz … relaks w Aquas Calientes, po wczesniejszej niedoszlej probie dostania sie do Balnearios (basenow) w Robore.

4 dzien – powrot do Santa Cruz de la Sierra, podczas ktorego na nowo podziwialismy piekno Chiquitanii oraz, w miare zblizania sie do Santa Cruz, rozlegle pola pobliskich kolonii menonitow.

boliviainmyeyes

100 km/h to troche za szybko dla mennonickich powozow

Przyznam jednak, ze zobaczylismy niewiele. Bardzo niewiele. Przeliczylismy sie i z czasem, i z wlasna kondycja fizyczna, bowiem by dotrzec do wiekszosci atrakcji trzeba nastawic sie na pol lub calodniowe spacery/wspinaczki. Do tego trzeba doliczyc usluge profesjonaleng przewodnika, bez ktorego bardzo ciezko jest sie poruszac po okolicy, bo wiekszosc szlakow (procz Miradora w Santiago) jest niemal zupelnie nieoznakowana. Mozna na miejscu zakupic mapke (5 bs.) z lista atrakcji, hoteli i restauracji, ale w terenie jest ona bezuzyteczna.

Moglismy jednak rozplanowac nasza wycieczke troche inaczej, zwiedzajac Chochis w drodze powrotnej do Santa Cruz i w zamian spedzajac wiecej czasu na szlaku w Santiago de Chiquitos poprzedniego dnia. A jest w czym wybierac! Moglismy na przyklad zwiedzic:

  • jaskinie z prehistorycznymi malowidlami naskalnymi Cuevas de Miserendino (choc prawde mowiac, nikt z nas obecnych nie jest milosnikiem wypraw do glebi ziemi)
  • luk skalny ‘El Arco’
  • lub jeden z wodospadow: ‘Las Pozas‘ czy ‘La Colina‘. Wiecej wodospadow znajduje sie w okolicach Robore (Totaizales, Chorro de San Luis, Cascada de los Helechos). Chcielismy takze wybrac sie do Motacu, miejsca polozonego o 12 km samochodem od Santiago, ale zrazilismy sie oferta napotkanego przewodnika, ktory zazyczyl sobie 300 bs. za te krotka wycieczke naszym wlasnym pojazdem!

A musicie wiedziec, ze oficjalna stawka przewodnikow w Chiquitanii wynosi od 150 do 200 bs. za dzien (w zaleznosci od intensywnosci zwiedzania).

Zakwaterowanie znalezlismy wlasnie w Santiago de Chiquitos, spokojnej malej wiosce – dawnej misji jezuickiej. Spokojnej w dzien, bo wieczorami na boisku odbywaly sie zawody siatkowki, przez co po pierwszej nocy zmienilismy hotel, ktory akurat mial wolne pokoje polozone daleko od drogi. Coz, sa wakacje, wiec mlodziez ma prawo do zabawy, a poza tym, lepszy sport niz siedzenie w barze czy przy komputerze. Ale z drugiej strony, my bylismy naprawde zmeczeni po naszych przygodach w terenie.

Mozemy wiec z czystym sumieniem polecic dwa hotele w Santiago de Chiquitos:

Hotel Beula – pieknie odrestaurowany acz nowoczesny ’boutique hotel’ na glownym placu. Pokoje male, ale przytulne z lazienka, klimatyzacja i lodowka.

Cena: za noc w pokoju 2-osobowy + sniadanie od 300 bs. (30 €).

boliviainmyeyes

Hotel Beula

Hotel dysponuje rowniez bardziej ekonomicznymi 4, 5 – osobowymi pokojami w odnawianym budynku po drugiej stronie ulicy, z lazienka i klimatyzacja. Ciekawa opcja dla grup.

Cena: 240 bs. za pokoj.

Zapewne cena podskoczy w gore za okolo 2 lata, kiedy budynek zostanie do konca odrestaurowany. Na razie troche straszy na zewnatrzm choc same pokoje sa doskonale wyposazone, klimatyczne i czyste (choc czasem moga sie tam przypaletac nieporzadane insekty).

Hostal Churapa – to doskonala opcja dla budzetowych podroznikow. Hostel ten prowadzony jest przez znajomego biologa i fotografa Steffena Reichle. Niestety, podczas naszego pobytu byl on w Niemczech, ale sympatyczna zaloga Churapy byla nam bardzo pomocna.

Cena pokoju 2-osobowego z lazienka – 200 bs. (+ 40bs. za klimatyzacje)

Pokoj jednosobowy z lazienka  – 100 bs. (bez lazienki 75 bs.) Ceny uwzgledniaja sniadanie.

boliviainmyeyes

Hostal Churapa

Bonus – 2 urocze czarne psy, ktore lgna do ludzi, czasem towarzyszac im w wedrowkach, o czym w nastepnym wpisie:) W poprzednim hotelu mieszka zas piekny kot, zyjacy z psami po sasiedzku.

Hostel posiada rowniez duza restauracje, ktorej niestety nie mielismy okazji wyprobowac, ale ktora zachwycila nas swoja tradycyjna szata. Ceny od 20 do 50 bs.

Inne polecane restauracje:

Santiago de Chiquitos:

* Restaurante 25 de Julio, gdzie zjedlismy dobry lunch. Pyszna zupa za 5 bs. (!) oraz sycace choc takie sobie ‘secundo’ za 10 bs. Polecam szzczegolnie swiezy sok z aceroli, od dzis moj ulubiony! (Acerola jest malym czerwonym owocem, przypominajacym zurawine, popularnym zarowno w Boliwii jak i w Brazylii.)

boliviainmyeyes

Aquas Calientes:

* Restaurante Ruta 4, w ktorej dwukrotnie zjedlismy kolacje. Wedlug nas najlepsza w okolicy. Dlaczego? Wszyscy polecali nam ‘Casa Blanca’ w Robore, ktora faktycznie wygldala pieknie, ale jedzenie nie odbiegalo daleko od standardow fast-foodu… Natomiast Ruta 4, kierowana przez sympatyczna Niemke, jest wzorcowa. Niepozorna z zewnatrz (znajduje sie turz przy drodze i wyglada jak postoj dla ciezarowek), w srodku przestronna i niezwykle czysta, co w Boliwii jest rzadkoscia. Restauracja poleca menu boliwijskie, najlepsze jakie dotychczas mialam okazje sprobowac. Polecam szczegolnie majadito seco i milanesa de pollo. Duze porcje, ceny od 35 bs.

boliviainmyeyes

Najlepsza restauracja w okolicy

* My odwiedzilismy prowincje Chiquitos, ale Chiquitania obejmuje jeszcze piec innych prowincji, w ktorych znajduje sie niezliczona ilosc parkow narodowych (np. Noel Kempf Mercado), czy boliwijski Pantanal przy granicy z Brazylia. Raj dla milosnikow natury i bogatych ekosostmow, od suchej sawanny po mokradla i deszczowe lasy Amazonii.

Mieszkancy Chiquitanii to Chiquitanas i Chiquitos (czikitos). Swoja nazwe zawdzieczaja oni hiszpanskim najezdzcom, ktorzy nazwali ich tak nie z powodu niskiego wzrostu, a niskich drzwi ich domostw.  Region ten zamieszkuja takze plemiona Ayoreos, Guaranis i Guarayos. Wszystkich mieszkancow terenow tropikalnych okresla sie zas mianem Camba.

‘Ametauna’ to popularne slowo Chiquitano znaczace tyle co’chodz tu’. ‘Sirari’ to regionalne drzewo, z ktorego czerwonych nasion wytwarza sie piekna bizuterie.

W nastepnych wpisach postaram sie wam po kolei opowiedziec o poszczegonych atrakcjach, ktorych bylo nam dane ‘zasmakowac’. Uprzedzam – bedzie duzo zdjec!

 ***

In the end we bought a new car and were able to plan our trip to the east of Bolivia, the land called Chiquitania. We had already a taste of what was waiting for us in San Xavier, one of the many baroque Jesuit missions, but this time we didn’t want to explore the churches but to discover the wonders of nature in the tropical Bolivian province of Chiquitos.

And I have to tell you that La Gran Chiquitania is really an amazing place, rich in picturesque landscapes: hills, colourfull rocks, caves, waterfalls and even hot springs. No without the reason this region is called the last undiscovered paradise of South America! The choice, especially for tourists with limited time (or finances) is difficult.

Our plan (which we put together on the spot) looked as follows:

1st day – drive from Santa Cruz de la Sierra (9 am), lunch in San Jose de Chiquitos with church tour (13-15), arrival to Santiago de Chiquitos and reconnaissance of the village (18.00).

The trip, thanks to a new road linking Santa Cruz (or rather the nearby El Pailon) with the city of Puerto Suarez bordering with Brasil (Ruta 4) takes about six hours, but the landscapes, especially after San Jose, were so delightfull that we took it quite slowly, looking out for cows and lizards from time to time crossing the road :) The beginning of December is also the season of butterflies, whose millions are flying around, smashing into the cars (the locals were ready for it, because everyone had mounted a net on the grill :)

boliviainmyeyes

Butterfly season

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

Serranias de Chiquitos

Surely you may wonder why didn’t we traveled by night? Firstly, we had no idea how the Ruta 4 looks like, and the roads condition in Bolivia isn’t the best —> click. Secondly, the Bolivian drivers usually drive like crazy, and most road accidents happens after dark. Besides, we’ve seen with our own eyes the cars and motorcycles without rear lights (record goes to the truck with one working light in the front), not to mention the cows, horses and pedestrians walking on the road.

boliviainmyeyes

Cows mutants?

* Chiqutania can also be reached by bus and train, which stops in San Jose de Chiquitos and Robore. The train is called ‘tren de muerte’ (death train), but don’t worry, not because there are many accidents, but rather for long, hard and quite boring travel (especially at night when there is nothing to see from the window). Santiago de Chiquitos is located 23 km from Robore, and the town is connected with a main road by very well marked path. In this place I have to mention that Ruta 4 is probably the best highway in Bolivia. Without the holes and well signposted. Bah! Maybe even too well, because there are so many traffic signs that they could suffice for another route – Santa Cruz – Trinidad for example. But after all, more it’s better than less!

2nd day – walk to El Mirador de Santiago in the morning and relax in Aquas Calientes (hot springs) in the afternoon.

3rd day – climb to El Mirador de Chochis and visiting the Sanctuario Mariano and … relaxing in Aquas Calientes after an earlier attempt of getting to Balnearios (Pools) in Robore.

4th day – return to Santa Cruz de la Sierra, admiring the beauty of Chiquitania once again and, as we were approaching Santa Cruz, extensive fields of nearby Mennonite colonies.

I must admit that we saw very little. Too little. We miscalculated the time and our own physical condition, because to get to the most attractions a half or a full day of walking / climbing is needed. You also have to add a service of a profesjonal guide, without whom it’s hard to move around, because the majority of trails (except Mirador of Santiago) are almost completely unmarked. There is a map available, listing all tourist attractions, hotels and restaurants (5 bs.), but it’s useless in the field.

We could plan our trip a little differently, sightseeing Chochis on a way back to Santa Cruz and instead spending more time in the area of Santiago de Chiquitos the day before. And there is so much to choose from! We could visit:

  • the caves with prehistoric paintngs Cuevas de Miserendino (whose age is probably not yet confirmed but they seem very unique), although truly speaking, none of us is a fan of expeditions to the depths of the earth.
  • rock arch El Arco
  • one of the waterfalls Las Pozas or La Colina. There are more waterfalls located in the vicinity of Robore (Totaizales, Chorro de San Luis, Cascada de los Helechos). We also wanted to visit Motacu to see some interesting rock paintings, a place located 12 km drive from Santiago, but we vere discouraged by the guide who requested 300 bs. for such a short trip in our own car!

And you have to know that the official guides rates in Chiquitania is 150 to 200 bs. per day (depending on the intensity of the trip).

We booked our accommodation in Santiago de Chiquitos, a quiet little village, former Jesuit mission. Quiet during the day, because in the evenings the volleyball competitions were held in the centre, so after the first night we decided to change our booked hotel, to the other that had free rooms facing away from the road. Well, nowadays we have school holidays, so the teens have the right to have fun, and besides, doing sport is better than sitting in a bar or in the front of the computer. But we also needed a good night sleep after our adventures:)

After all, we can recommend two hotels in Santiago de Chiquitos:

Hotel Beula – beautifully restored yet modern ’boutique hotel’ on the corner of the main square. Rooms are small, but cozy with bathroom, air conditioning and refrigerator.

Price: doubble room + breakfast from 300 bs. (30 €) per night.

boliviainmyeyes

Hotel Beula

The hotel has also more economical 4, 5 – bed rooms in building across the street, with a bathroom and air conditioning. An interesting option for groups.

Price: 240 bs. for the room per night.

Probably the price will jump up in about two years, when the building will be fully restored. For now, it looks a bit frightening outside but the rooms themselves are very well equipped and clean (although sometimes one can find an insect in a bathroom).

Hostal Churapa – this is an excellent option for travelers on budget. This hostel is run by a friend, biologist and photographer Steffen Reichle. Unfortunately, during our stay he was in Germany, but friendly Churapa crew was really helpful.

Price: doubble room with bathroom – 200 bs. (+ 40bs. for air conditioning) per night.

Single room with bathroom – 100 bs. (without bathroom 75 bs.) Prices with breakfast.

boliviainmyeyes

Hostal Churapa

Bonus – 2 cute black dogs, which cling to people, sometimes accompanying them in their wanderings (more about it in the next post:) In previous hotel there is a beautiful cat who seems to live peacefully with the dogs.

Hostal Chrapa has also a large restaurant, which, unfortunately, we did’t have the opportunity to try out, but which delighted us with its traditional decor. Prices of traditional Bolivian menu start from 20 to 50 bs.

Other recommended restaurants:

Santiago de Chiquitos:

* Restaurante 25 de Julio, where we ate a good lunch. Delicious soup for 5 bs. (!) and filling ‘secundo’ for 10 bs. I would especially recommend fresh acerola juice, which is now my favorite! (Acerola is a very small Bolivian fruit also common in Brazil, about the size of a cranberry. It is soft inside and rather acidic.)

Aquas Calientes:

* Restaurante Ruta 4, in which you had the dinner (twice). According to us, the best in the area. Why? Everybody recommended ‘Casa Blancain Robore, which actuallylooks beautifully, but the food quality wasn’t far from a standard fast food place… Ruta 4 on the other hand, led by amiable German woman, is exemplary. Inconspicuous from the outside (can be found on the crossroad and looks like a tipical trucker stopover), it’s very spacious and clean inside, which is quite rare in Bolivia. The restaurant offers Bolivian menu, the best we’ve tried yet! I would recommend especially majadito seco  and milanesa de pollo. Large portions, prices from 35 bs.

*We visited the province of Chiquitos, but Chiquitania includes also five other provinces with countless national parks (eg. Noel Kempf Mercado), or the Bolivian Pantanal on the border with Brazil. A paradise for nature and rich ecosystems lovers, with dry savannah, the wetlands and rain forests of the Amazon.

The inhabitants of Chiquitania are called Chiquitanas and Chiquitos. They owe its name to Spanish invaders, who called them so not because of their small posture but a low door of their homes. This region inhabit also tribes of Ayoreos, Guaranis and Guarayos. All the inhabitants of tropical lands are called Cambas.

‘Ametauna’ is a popular Chiquitano word that means ‘come over here’. ‘Sirari’ is a regional tree, from which red seeds the beautiful jewelry is produced.

There is a great online gidebook to Chiquitania in English, which wisdom I also used while writting my blog —> www.chiquitania.com.

In the following posts I will try to tell more about places we’ve seen. But I warn you – there will be lots of pictures!