From Polish Land to Bolivia *** Z ziemi polskiej do Boliwii

W każdym zakątku świata można podobno spotkać Polaków, ktorzy przez stulecia emigrowali poza granice ojczyzny; jedni z przymusu, inni za chlebem, jeszcze inni w poszukiwaniu przygód lub z miłości.

Boliwia raczej nie jawi się zwykłemu zjadaczowi chleba, jako ziemia obiecana (chyba, że mennonitom, którzy przenieśli się tu z Meksyku), a jednak, to tu zapuściło swoje korzenie kilkoro rodaków, którzy nie wyobrażają sobie lepszego miejsca dla ziemi. Co maja wspólnego ze sobą Mileniusz Spanowicz, Radosław Czajkowski i Szymon Kochański?

Otóż, cala trojka para się fotografią! Kto śledzi mój blog z cala pewnością zdążył zauważyć, ze Boliwia to chyba jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc na świecie. Ale przecież nie tylko pięknymi krajobrazami człowiek żyje!

They say, Poles live in every corner of the world – for centuries they have emigrated: some were forced to do so, others left the country in search of better life, looking for adventure or because of love.

Bolivia may not appear as the promised land to ordinary people (exception are the Mennonites, who moved here from Mexico), but several compatriots made it their new home and can not imagine a better place to live. So, what have in common Mileniusz Spanowicz, Radoslaw Czajkowski and Szymon Kochański?

Well, all of them are photographers! Who keeps track of my blog could certainly notice that Bolivia is probably one of the most photogenic places in the world. Not only for its beautiful landscapes!

*

Najbardziej znanym polskim fotografem przyrody w Boliwii jest Mileniusz Spanowicz – zootechnik z wyksztalcenia, malarz z pasji, prawdziwy obywatel świata. Ja sama zapoznałam się z jego dokonaniami przez przypadek, siedząc w samolocie z Santa Cruz do Cochabamby i przeglądając magazyn boliwijskich linii lotniczych. Zainteresowała mnie w nim strona ze znaczkami pocztowymi – na jednym z nich widniał jeleń podpisany swojsko brzmiącym imieniem – Mileniusz Spanowicz.

Do Boliwii, która zainteresowała go bogatą przyrodą Amazonii, Spanowicz przyjechał w roku 2003. Tu się osiedlił i założył rodzinę. Dziś pracuje w Parku Narodowym Madidi, współpracując z Wildlife Conservation Society – organizacja zajmującą się ochrona przyrody.  Park Madidi, który uważany jest za najbardziej różnorodny biologicznie rejon na ziemi, wciąż kryje wiele tajemnic. Sam Mileniusz Spanowicz odkryl nowy gatunek jaszczurki! Głównymi bohaterami jego zdjęć, wystawianych zarówno w kraju (Boliwii), jak i za granica (m.in. w Polsce), sa jednak jaguary oraz węże —> o ostatniej wystawie w La Paz.

The most well-known Polish nature photographer in Bolivia must be Mileniusz Spanowicz – zootechnician by education, a painter with a passion, and true citizen of the world. I acquainted myself with his achievements by accident, sitting on the plane from Santa Cruz to Cochabamba and reviewing Bolivian airline’s magazine. I was looking at pictures of postal stamps and there was one with a deer signed  with familiar sounding name – Mileniusz Spanowicz.

Spanowicz, having an interest in rich Amazon nature, came to Bolivia in 2003, where he settled down and started a family. Today, he works in the Madidi National Park and collaborates with the Wildlife Conservation Society. Madidi Park, which is considered the most biologically diverse region on earth, still holds many secrets. Mileniusz Spanowicz, recognized and respected in Bolivia scientist and artist,  is also the discoverer of a new species of lizard! But the main characters of his photographs, exhibited both in the country (Bolivia) and abroad (in Poland among others) are jaguars and snakes —> about the recent exhibition in La Paz.

fot. Mileniusz Spanowicz

fot. Mileniusz Spanowicz

Tak pisze o Polaku o oryginalnym nazwisku, boliwijska ‘La Nueva Cronica’That’s how Bolivian ‘La Nueva Cronica’ writes about the Pole of the original name:

Mileniusz es uno de esos personajes que llega al país y se sumerge en su vida cotidiana y en su cultura hasta convertirse en hijo adoptivo, no por algún decreto o concesión administrativa, sino por su obra de incontestable amor por Bolivia.

Mileniusz jest jedną z tych osób, które pojawiając się w kraju, zanurzają się w jego życiu codziennym oraz w kulturze, stając się przybranym dzieckiem – nie przez jakiś dekret lub koncesje administracyjna, ale przez swoje dzieło niezaprzeczalnej miłości do Boliwii.

Mileniusz is one of those people who, appearing in the (new) country, immerses himself in everyday life and in culture, becoming its adopted child – not by a decree or administrative concessions, but by his work of undeniable love for Bolivia.

fot. Mileniusz Spanowicz

fot. Mileniusz Spanowicz

Z cala pewnością niedługo znów usłyszymy o Mileniuszu Spanowiczu, w planach fotografa i przyrodnika, jest bowiem ekspedycja śladami legendarnego podróżnika Arkadego Fiedlera (Polskatimes.pl).

A tymczasem, ja wciąż czekam na numer telefonu naszego słynnego rodaka, który przekazał on dla mnie mojemu znajomemu z Cochabamby, którego spotkał przypadkiem w Torotoro, a który numer ten gdzieś zapodzial;) Swoja droga, jaki ten świat jest mały!

I am sure that soon we will hear about Mileniusz Spanowicz again, as soon he is planning to follow in the footsteps of the legendary Polish traveler, Arkady Fiedler (Polskatimes.pl).

And I’m still waiting for the phone number of my famous countryman, which he has passed for me to my friend from Cochabamba, who met him by chance in Totoroto, and who the very number somehow misplaced;) By the way, the world is small, isn’t it?

*

Radosław Czajkowski, Boliwijczykom znany jako Radek, również upodobał sobie fotografię przyrodniczą, choć nie stroni także od tej komercyjnej. Całkiem niedawno było o nim głośno w mediach boliwijskich, zostal bowiem laureatem 4 edycji konkursu fotograficznego o zagrożonych boliwijskich gatunkach zwierząt (4º Concurso de fotografía de especies bolivianas en peligro de extinción), dzięki zdjęciu różowych delfinów rzecznych. Ah, jak ja mu zazdrościłam sławy i tego tysiąca dolarów! —> klik;)

Radoslaw Czajkowski, to Bolivians known as Radek, also loves to photograph the nature, but does commercial photography too. Recently, he became a star of Bolivia’s media, as the winner of the 4th edition of the photo contest ‘Bolivian endangered animal species’ (4º Concurso de fotografía de especies en peligro de Bolivianas extinción), thanks to his excellent picture of pink river dolphins. How I envied him both fame and the thousand dollars!

fot. Radoslaw Czajkowski

fot. Radoslaw Czajkowski

Z Radosławem znamy się wirtualnie, oboje jesteśmy bowiem członkami facebookowej grupy zrzeszającej fotografów przyrody w Boliwii, FNB – Fotografos de Naturaleza en Bolivia. Pieknie uchwycone przez Radka boliwijskie krajobrazy możecie podziwiać m. in. w ostatniej publikacji grupy (jak na razie tylko online), gdzie, nieskromnie wspomnę, znajduje się również moje zdjęcie :)  —> BOLIVIA  en 100 fotografias lub na jego profesjonalnej stronie internetowej —> Luz y Sombra. Polecam!

We know each other virtually, being the members of the Facebook group of nature photographers in Bolivia, FNB – Fotografos de Naturaleza en Bolivia. Some of Radek’s works are included in the latest publication of the group (so far only online), where one of my photos found its place:) —> BOLIVIA en 100 fotografias. You can also admire his talent on his professional website —> Luz y Sombra

fot. Radoslaw Czajkowski

fot. Radoslaw Czajkowski

*

No i w końcu Szymon Kochański, do którego dotarłam na samym początku mojej boliwijskiej przygody, dzięki temu, ze prowadzi on bloga —> My Way Around, który do niedawna miał w swoim tytule dopisek: ‘Ambasada Polski w Boliwii’. Niedawno Szymon ustąpił jednak z zacnego stanowiska nieoficjalnego ambasadora, bowiem wyjechał ze swojej adoptowanej ojczyzny. Pewnie nie na długo, bo Boliwia bez Szymona K., czyli najwspanialszego boliwijskiego kowboja, obejść się przecież nie może!

Z fotografii Szymona najbardziej lubię zdjęcia ulic La Paz, gdzie mieszkał przez kilka lat —> klik, oraz z podroży po Boliwii;)

And finally, Szymon Kochanski, who I found at the very beginning of my Bolivian adventure, thanks to his blog —> My Way Around, which until recently had a subtitle of: ‘Polish Embassy in Bolivia’. Szymon must have resigned from this prestigious position of unofficial ambassador, as he left his adoptive homeland. Probably not for long though, because Bolivia without ‘Simon K., the greatest Bolivian cowboy’, cannot do!

From Szymon’s photographs I like the most pictures showing the streets of La Paz, where he lived for several years —> click, and from his journey around Bolivia;)

fot. Szymon Kochanski

fot. Szymon Kochanski

Szymon jest bohaterem wywiadów u wielu polskich podróżników (wpiszcie jego imię w  w google a znajdziecie!), ale prawdziwa fala ‘fejmu’ i ‘hejtu’ spadla na niego w ubieglym roku, po wywiadzie opublikowanym na stronach —> Wyborczej.pl. Ależ się uśmiałam czytając te zawistne komentarze pod artykułem:) Pośmiej się i ty!

Szymon appeared in many interviews (just enter his name in google and you will see!), but the real wave of ‘fame’ and ‘hate’ fell on him last year, after an interview published on pages of national newspaper —> Wyborcza.pl. How I laughed reading the envious comments below the article:)

fot. Szymon Kochanski

fot. Szymon Kochanski

Uwaga! Nie wszyscy Polacy mieszkajacy w Boliwii to fotografowie (choc większość z ich to zdolne ‘bestie’;)
Attention! Not all Poles living in Bolivia are photographers (however most of them are talented ‘beasts’;)

Chochís & La Torre – Holy Pagan Place *** Swiete poganskie miejsce I

Chochís to mala wioska lezaca tuz przy trasie Ruta 4, okolo 60 km od Santiago de Chiquitos w kierunku Santa Cruz de la Sierra. Nie sposob nie zauwazyc tego miejsca, bowiem juz z daleka widac na horyzoncie smukla i wysoka czerwona skale, zwana ‘La Torre’ (Wieza).

boliviainmyeyes

Od wiekow, ten granitowy olbrzym byl uwazany za magiczny i swiety. Ponoc miejscowi do dzis wierza, iz skala ta jest punktem energetycznym, a w lokalnych legendach figuruje ona pod nazwa ‘Diabelskiego Zeba’ (La muela del diablo). Sami przyznacie, ze kolos ten, znienacka wyrastajacy z ziemi, wyglada zjawiskowo? (Wedlug mnie o wiele bardziej niz jego starszy brat z La Paz.)

Co prawda, my nie poczulismy jego tajemniczej energii, choc przyznam, ze po powrocie z naszej wyprawy zauwazylam, iz moja kondycja fizyczna ulegla niesamowitej poprawie! A moze to raczej za sprawa katorzniczej acz zakonczonej powodzeniem wspinaczki na ‘Mirador de Chochis’?

W spokojnej i ukwieconej na czerwono wiosce powiedziano nam, ze mozemy tam pojsc sami, bez przewodnika, i ze to tylko 30 minut na piechote. Wskazano nam droge mowiac, ze mamy isc caly czas prosto, pod gore. Prawde powiedziawszy, mielismy nadzieje, ze szlak bedzie podobny do tego w Santiago de Chiquitos, choc obilo nam sie o uszy, ze teren jest bardziej stromy.

_MG_4716

Rzeczywistosc przerosla nasze najsmielsze oczekiwania. Czerwona droga skonczyla sie na torach, za ktorymi byla sciana zieleni. W dali widzielismy cos w ksztalcie znaku, wiec postanowilismy pojsc wzdloz torow, by go sprawdzic. W pewnym momencie pobocze rowniez sie skonczylo, a przed nami byl most kolejowy, a pod nim przepasc.

boliviainmyeyes

Szybka decyzja, nie slychac pociagu, idziemy! Znak wskazywal rozpoczecie szlaku. Ale szlaku niemalze nie bylo widac, bo byl zarsniety tropikalna zielenina.

boliviainmyeys

Aha! To dlatego przewodnicy nosili ze soba maczete!

My ani przewodnika, ani maczety niestety nie mielismy, ale za to towarzyszyl nam Igal, ktory jako jedyny ubrany byl w dlugie spodnie i porzadne buty. Jako jedyny mial rowniez doswiadczenie lazenia po dzungli, tej prawdziwej, w Beni, i jako jedyny nie mial stracha przed nieznanym. Poszlismy wiec za Igalem, ale przez kolejna godzine (!) powtarzalam jak mantre ‘trzeba bylo wziac przewodnika’. Przez godzine przedzieralismy sie przez zarosla, wypatrujac sciezki, oraz druty kolczaste, ktore jakims cudem znalazly sie na trasie. Na trasie, ktora niby byla, a jakby jej nie bylo.

boliviainmyeyes

Chcac nie chcac, wsluchiwalismy sie w odglosy lasu, zagluszane przez glos sprzedawcy dochodzacy z wioski. Normalnie, takie halasy bardzo by mi przeszkadzaly, ale w naszych okolicznosciach byly one pocieszajace – jak sie zgubimy, to po nich trafimy z powrotem do cywilizacji.

W koncu dotarlismy do skaly i rozpoczelismy wspinaczke. Czulam sie tu jakos bezpieczniej niz w dzungli, mimo iz droga latwiejsza nie byla. Wrecz przeciwnie, kruche skaly lamaly sie pod stopami, kilka razy rowniez wyciagalismy do siebie pomocna dlon, lapiac sie konarow i galezi dla zachowania balansu. Pot lal sie z nas litrami, nie przesadzam. Nie pamietam, kiedy ostatni raz pot splywal mi po twarzy, szczypiac w oczy.

I oto bylismy na szczycie, gdzie stal ladny drewniany punkt widokowy. Az trudno uwierzyc, ze ktos kiedys zdobyl sie na trud by go postawic, by potem zapomniec o utrzymaniu i oznaczeniu szlaku!

Warto bylo, zapytacie?

Warto.

Wykonczeni wspinaczka, goracem i stresem, z zachwytem wpatrywalismy sie w ten cudowny widok – zab diabla wyrastajacy z zielonego morza.

boliviainmyeyes

Nie bylismy na miradorze sami – miedzy nami fruwaly dziesiatki helikopterow, ahem, wazek:) A z dzungli pod nami dochodzily dziwne odglosy. Hura! Turysci, pomyslalam. Spojrzalam w dol i znieruchomialam ze strachu, widzac poruszajace sie korony drzew. Freddy jako pierwszy dostrzegl w nich malpy! Odetchnelam z ulga, ale zaraz potem pomyslalam, ze moze te malpy przed CZYMS uciekaja? Moze jaguarem albo innym zwierzem? I jak ja mam teraz zejsc w dol, z powrotem do dzungli pelnej malp i niewiadomego zlego?

boliviainmyeyes

Coz, jak trzeba to trzeba. Powrotna droga wydala mi sie krotsza, pewnie dlatego, ze z gorki oraz, ze sciezka byla juz czesciowo wydeptana. Nawet nie wiecie, jak ja sie cieszylam, kiedy w koncu ujrzalam te tory kolejowe!

Dopiero wowczas zdalismy sobie sprawe, ze po drodze mielismy zobaczyc wodospad o romantycznej nazwie ‘Welon Panny Mlodej’ (Velo de la novia), ale go nie widzielismy. Uslyszelismy odglosy wody po drugiej stronie torow, ale byla to tylko rzeczka. Ruszylismy wiec z powrotem do wioski, po drodze mijajac duzy znak wodospadu, ze strzalka kierujaca w zarosla.

C.d.n.

P.S. W okolicach Chochis, w obrebie Valle de Turuquapá, mozna znalezc przyklady prehistorycznych rytow i malowidel naskalnych, niezliczone naturalne kapielsika oraz wiele pieknych skal. Nie sa one oczywiscie oznaczone na zadnej mapie, wiec by sie do nich dostac, trzeba skorzystac z pomocy przewodnika.

***

Chochís is a small village on the road Ruta 4, about 60 km from Santiago de Chiquitos in the direction to Santa Cruz de la Sierra. There is no way you would miss this place, as it can be seen from far away with its tall red rock on the horizon, called ‘La Torre‘ (Tower).

boliviainmyeyes

For centuries, the giant granite was considered to be magical and sacred. Apparently the locals believe to this day that the rock is the source of the energy, and local legends name it the ‘Devil’s Tooth(La muela del diablo). You must admit that this colossus, suddenly growing out of the ground, looks phenomenal? (According to me a lot more than its more known brother from La Paz.)

boliviainmyeyes

We didn’t feel a mysterious power, however I must say, that after returning from our trip I noticed that my physical condition improved a lot! Or maybe it is rather because of backbreaking though successful climb to the ‘Mirador de Chochis’?

In a quiet and flowery red village we were told that we can go there alone, without a guide, and that El Mirador is only 30 minutes away on foot. Friendly people show us the direction telling to go straight. Honestly, we were hoping that the trail will be similar to that in Santiago de Chiquitos, although we remembered someone saying that the terrain is steeper.

Reality overgrown our greatest expectations. The red road came to an end and we faced the railway truck. Confused, we decided to walk along the track to check out something in the distance that looked like a sign. Then, the terrain ended and we stood in front of the railway bridge built over the precipe. Quick decision, we didn’t hear the train, let’s go! The sign pointed the beginning of a trail. But the trail was hardly to be seen, overgrown by tropical plants.

Aha! That’s why some guides had machetes with them!

We had neither the guide nor machetes. But we had Igal, who was the only one dressed in long pants and a decent shoes. As the only one who had also experience in the real jungle, in Beni, and the only one who wasn’t scared of the unknown. So we followed Igal for the next hour (!). During that time I was repeating like mantra ‘we should have taken a guide‘, struggling through the plants, looking for a path, and barbed wires crossing the route.

Willy-nilly, we listened to the sounds of the forest, drowned out by the voice of a man speaking through the microphone, coming from the village. Normally, such noises are very disturbing to me, but in our circumstances, they were reassuring – if we get lost we could get back to civilization following that same voice.

Finally, we reached the rocks and started our climb. Somehow I felt safer here than in the jungle, though the trail has not been easier. On the contrary, the rocks broke under our feet, several times we also gave each other helping hand, clutching to wooden branches to maintain balance. The sweat was pouring out of our pores, I’m not exaggerating. I don’t remember when was the last time that sweat trickled down my face, stinging my eyes.

And here we were at the top, where the nice wooden lookout stood. It is hard believe that someone once put all this effort to build it, only to forget about the maintenance of the trail!

Was it all worthn it, you ask?

It was.

After all these sweat and stress, we stood there and stared in awe at the magnificent view – a red rock growing out of the green sea.

boliviainmyeyes

We weren’t the only ones on on the Mirador – there were dozens of helicopters, ahem, dragonflies flying among us:) And then we heard some strange noises comming from the jungle below. Hurrah! Some tourists, I thought. I looked down and froze in fear, seeing the tops of the trees moving. Freddy was the first who noticed monkeys jumping in the tree crowns! I breathed a sigh of relief, but then I thought that maybe the monkeys were running away from something? Maybe Jaguar or other beast? And how am I going to go down, back to the jungle full of monkeys and unknown evil?

Well, I had no choice. Our return seemed somehow shorter, probably because we were going down the hill, moving on the partially cleared path. You can only imagine how happy I was when I finally saw the railroad tracks!

That is when we realized that on the way we suppoused to see a waterfall called romantically the ‘The Bride’s Veil’ (Velo de la novia). We hear the sound of the water on the other side of the tracks, but it was comming from a small river. So we went back to the village, on the way walking past a large sign of the waterfall with arrow pointing out in the direction of the jungle.

C.d.n.

P.S. Outside of Chochis, within Valle de Turuquapá, you can find several examples of prehistoric carvings and paintings, refreshing swimming holes and lots of beautiful rocks. These are not identified on any maps, so to get there you need to find a guide.

‘Toborochi Tree’ Themed Photoshoot *** Sesja fotograficzna w cieniu ‘toborochi’

Niedawno, mialam okazje wykonac sesje fotograficzna dla moich przyjaciol – Theo i Sofii, ktorzy niedlugo beda miec bobasa! Sa oni przeurocza para oraz wysmienitymi modelami, co mozecie zobaczyc na zdjeciach. Podczas sesji, przypadkowo uzylam liscia drzewa toborochi jako rekwizytu – tak dobrze komponowal sie z atramentem bluzki Sofii;) Dopiero pozniej zdalam sobie sprawe, jak dobrze sie to zlozylo, bo toborochi, kwitnace wlasnie w maju, nazywane jest przeciez w Boliwii – drzewem w ciazy (legende o nim znajdziesz —> tu)!

Z przyjemnosia przedstawiam wam piekna Sofie, Theo i toborochi;)

***

Recently, I did a special photoshoot for my friends – Theo and Sofia, who soon will have a baby! They are a lovely couple and amazing models, what you can see on the pictures. During the shoot, I used a leaf of toborochi tree as a prop – it looked so nice against the bump covered with dark blue fabric! Later I realised that it couldn’t be any better, as toborochi, flowering in May, is called in Bolivia – a pregnant tree (you can read a legend about it here)!

So here there are: beautiful Sofia, Theo and toborochi:)

Danuta Stawarz Photography

Danuta Stawarz Photography

Danuta Stawarz Photography

Danuta Stawarz PhotographyDanuta Stawarz Photography

Danuta Stawarz Photography

Danuta Stawarz Photography

Sofia's Pregnancy Shoot4

Danuta Stawarz Photography

Danuta Stawarz Photography

_MG_9667

_MG_9701

Danuta Stawarz Photography

Danuta Stawarz Photography

***

Flowers of Cochabamba

San Juan Bautista of Porongo *** Na tropie jezuitow w Boliwii

Porongo, jak juz wspomnialam, zostalo zalozone przez jezuite Santiago de Rivero na wzor wielkich misji Chiquitanii, i jeszcze rok temu (-–>W drodze do Porongo) miasteczko wygladalo na miejsce, gdzie diabel mowi dobranoc. Nie, nie zapomniane przez Boga, ale zupelnie odseparowane od komercji, zalewajacej Boliwie. Dzis jednak Porongo przechodzi transformacje, ale miejmy nadzieje, ze pojdzie ona w dobrym kierunku. Dzieki wsparciu panstwa, mieszkancy buduja chodniki wokol ogromnego zielonego placu, ktory nie zostal przeksztalcony, tak jak w innych misjach w park, ale w ogromne boisko do pilki noznej, z bardzo dobrze utrzymanm trawnikiem!.

Na szczescie, rzad finansuje rowniez renowacje największego skarbu Porongo, jakim jest drewniany kosciol San Juan Bautista de Porongo (1716), zaliczony w roku 1999 do “Patrimonio Nacional de Bolivia oraz kolonialnych domow otaczajacych glowny plac.

Mialam wielkie szczescie moc obserwowac remont swiatyni w akcji, prowadzony przez konserwatora – Alfredo. Nie tylko objasnil mi on proces renowacji oltarza glownego, ale pokazal rowniez rzezby przechowywane w zakrystii swiatyni. Alfredo, ktory uczyl się zawodu we Francji, przywracal do zycia dziela sztuki we wszystkich glownych  miastach Boliwii: Sucre, Potosi, La Paz oraz mniejszych miejscowosciach, jak Porongo. Opowiadal, ze czuje sie bardzo uprzywilejowany moc pracowac i mieszkac w tych wszystkich miejscach, poznajac nowych ludzi i ratujac dziedzictwo kulturalne Boliwii.

Danuta Stawarz Photography

Musze przyznac, ze on i jego koledzy ‘odwalili kawal swietnej roboty’, oczyszczajac stare drewniane rzezby, rekonstruujac brakujace elementy i odnawiajac oryginalna polichromie. Alfredo skorygowal nawet wzrok swietego, przekrzywiony w czasie poprzedniej nieudolnej renowacji! Niezwyklym bylo zobaczyc z tak bliska te wszystkie posagi bez odzienia oraz zajrzec w ich szkalane oczy otoczone rzesami.

_MG_7303

_MG_7309

_MG_7310

Tak bylam zaoferowana piekna kolekcja artefaksow oraz ciekawa rozmowa z Alfredo, ze kiedy opuscilam zakrystie, znalazlam swojego Freddiego w stanie bliskim rozpaczy, szukajacego mnie po wszystkich zakatkach Porongo…

_MG_7294

***

Porongo, as I mentioned before, was founded by the Jesuit priest Santiago de Rivero, in the style as the great missions of Chiquitania and just a year ago  (—> On the Way to Porongo) the town looked like the place where the devil says goodnight. No, not forgotten by God, but completely separated from commerce flooding Bolivia. Today however, Porongo is undergoing some transformations and let’s hope they will go in good direction. With the support of the state, residents are building sidewalks around the huge green plaza, which is not been transformed, as in other missions in the park, but the huge football field, with a very well kept lawn!

Thankfully, the government also finances the renovation of Porongos’ biggest treasure declared ‘Patrimonio Nacional de Bolivia’ in 1999 – it’s old temple  of  San Juan Bautista de Porongo (1716) and ancient houses that surround the main plaza.

I was very lucky to be able to see the renovation of the temple in action, being guided by one of the conservators – Alfredo, to the back of the church where all ancient wooden statues were being stored. Alfredo, who was learning his profession in France,  was restoring the works of art in all main cities of Bolivia eg. Potosi, Sucre, La Paz, but also small towns and villages like Porongo. He enjoyed living in all these different places, meeting new people and of course, taking care of Bolivian patrimony. I must admit, he and his colleagues, were doing great job, cleaning old wooden sculptures, reconstructing missing pieces and painting them as they were painted originally.  He even corrected the eye of the saint, that was crooked due to previous bad restoration! I was delighted to see all these statues without clothes and to look into their glass eyes, with big eyelashes from up close:)

Porongo

I was so happy to chat to Alfredo, that I forgot the passing time and when I left the sacristy, I found my Freddy in despair, looking everywhere for me…