Hop in Hot Springs *** Kapiel w goracych zrodlach (5000 m n.p.m.)

Dzien trzeci i ostatni naszej wycieczki rozpoczal sie dla mnie wraz z pojsciem do lozka. Po zagniezdzeniu sie w spiworku, ogrzewanym przez butelke z goraca woda, sprezentowana przez kierowce, po kilku chwilach poczulam, iz moje stopy, ubrane w 2 pary skarpet nagle zrobily sie lodowate, zupelnie jak moje ramie, sciskajace owa butelke. No tak – przeciek… Spiwor mokry w dwoch miejscach zastapilam kocami i koldrami ze schroniska, a nawet kurtka, ale trudno bylo mi sie zagrzac z powrotem. Nie wiem czy to z powodu tego nieszczesliwego incydentu, czy w wyniku wysokosci (schronisko znajdowalo sie na dobrych 4700 m n. p. m.), moje serce zaczelo rajcowac, zupelnie jak podczas pamietnej nocy w La Paz.* I tak do czasu, kiedy obudzil nas czyjs alarm. Szczesliwa, ze moja udreka bezsennosci ma sie ku koncowi postanwilam wstac na 3 siusiu, kiedy oznajmiono, ze jest 2 w nocy, a nie 5 nad ranem! Ah….I tak przelezalam kolejne 3 godziny, kiedy to wszyscy wstalismy, spakowalismy sie, zjedlismy sniadanie i w ekspresowym tempie zasiedlismy w cieplym jeepie.

Przez kolejna godzine modlilam sie, zebysmy czasem nie ugrzezli w sniegu (ktorego zrobilo sie naprawde duzo!), tak jak jeden samochod przed nami, bo nie wiem czy dalabym rade wyjsc na zewnatrz i pchac. Po drodze, omal nie zostalismy staranowani przez jednego z nieuwaznych kierowcow, ktory postanowil skrocic sobie droge i pojechac na przelaj. Tak oto we wczesnych godzinach porannych i w slimaczym tempie dotarlismy do gejzerow Sol de Mañana, wypryskujacych z glebi ziemi posrod bulgoczacej gliny.

_MG_4304

Byl to zapewne najkrotszy przystanek na naszej trasie, z kilku przyczyn:

  • co najmniej- 10 stopni Celsjusza na zewnatrz,
  • smrodku, wydostajacego sie z glebi ziemi wraz z oparami gejzerow,
  • baterii mojego aparatu, ktore w tych nieludzkich warunkach nie chcialy pracowac.

3-4 zdjecia pozniej bylam z powrotem na tylnym siedzeniu jeepa. W takich okolicznosciach przyrody nawet nie chcialo mi sie myslec o kapieli w goracych zrodlach, ale kiedy dojechalismy na miejsce i zobaczylismy pare osob siedzacych w Termas de Polques z blogim wyrazem na twarzy, pozazdroscilam.

_MG_4321

Po szybkim przebraniu sie w kapielowki (bikini byloby bardziej uzyteczne), ‘wskoczylam’ do parujacego basenu i… jak reka odjac zniknelo moje zmeczenie, zmarzniecie, bol glowy, kolatanie serca i depresja. Ta oto dziala na cialo i ducha kapiel w +38 stopniach Celsjusza, przy temperaturze powietrza -5 (sloneczko bylo juz na niebie:)

W miedzyczasie ‘zmywania’ z siebie brudow trudow podrozy pozegnalismy naszych znajomych z Francji, ktorzy udali sie do Chile, a po okolo 30 minutach sami bylismy w drodze… powrotnej!

Tak, niestety podrozujac w okresie zimowym, zwaly sniegu uniemozliwiaja dalsza podroz w kierunku Laguna Verde. Coz, po naszych porannych przygodach bylo to calkiem zrozumiale.

_MG_4330

Rzescy, czysci i z nowa kolezanka z Norwegii, porzucona przez swojego kierowce**,  udalismy sie Uyuni. A droga to dluga i kreta, ale rowniez ekscytujaca.

Na pierwszy rzut – Laguna Colorada, widziana z innej strony niz wczoraj, otoczona osniezonymi szczytami wulkanow.

_MG_4353

Pozniej, obowiazkowe zdjecie w sniegu na wysokosci ponad 5000 metrow (przezylam nawet podskoki:). Nastepnie, zjazd kretymi drozkami i strumieniami, mijajac kolejne ‘salary’, pustynie boraxu i kolorowe jeziorka.

_MG_4373 _MG_4392

_MG_4450

W koncu przystanek na lunch w slonecznej i cieplej Valle de Rocas, czyli wulkanicznej  formacji skalnej ciagnacej sie na dlugosci kilku kilometrow, z daleka przypominajacej ogromne miasto. Ciekawostka jest, iz fenomen ten zostal kiedys porownany do Herkulanum i Pompei i przylgnela do niego nazwa ‘Zaginionego Miasta’ (La Ciudad Perdida).

_MG_4409

Oprocz roznych mniej i bardziej znajomych ksztaltow, ktore przybraly pomaranczowe skaly, moglismy spostrzec viscachas, czyli Poludniowo-Amerykanskie zajace z dlugimi ogonami, mnie kojarzace sie z kangurami. Szybkie to, zwinne i jakiez urocze!

_MG_4431

A potem juz tylko pustynia, przystanek w San Cristobal – na siusiu i pocalowanie klamki kamiennego kosciola (a raczej klodki na bramie) i znalezlismy sie z powrotem w Uyuni.

_MG_4457

Koniec.

P.S. Nasza podroz tutaj sie jednak nie skonczyla:) Pociag do Oruro mielismy dopiero o polnocy, wiec przez 6 kolejnych godzin wedrowalismy z naszymi nowo poznanymi znajomymi z Anglii po miescie, robiac przystanki w kafejce, restauracji, ulicznym grillu, sklepie z pamiatkami, a w koncu w ich hostelu. Podroz pociagiem przebiegla bez zaklucen, ba! Mielismy nawet ogrzewanie! Nie na darmo przejazd ten kosztowal 20 bs. wiecej:)

W Oruro zlapalismy taksowke na dworzec autobusowy (8bs.), gdzie cudem znalazlysmy 2 miejsca w jednym z autobusow do Cochabamby, odjezdzajacym o 8.00 (30 bs.)***

* Oczywiscie mialam przy sobie tabletki na chorobe wysokosciowa, zakupione jeszcze w Cochabambie (9 za 40 bs.), ktore dotad dzialaly, ale moze nie byly one wystarczajace na 5000 m? Mimo to, radze sie w nie zaopatrzyc przed podroza do Uyuni, bo nigdy nic nie wiadomo:)

** Okazuje sie, ze niektore agencje przerzucaja swoich klientow z samochodu do samochodu, bez uprzedzenia. Zreszta, zakupujac tour w jednej z agencji, moze sie okazac, ze jedzie sie w samochodzie innej. Zdarza sie to w przypadku braku miejsc wolnych lub checi zapelnienia owych.

*** Podobno nie da sie wczesniej zabukowac miejsc w autobusach (moze przez agencje?), a zapelniaja sie one szybko! Szczegolnie te w bardziej ekskluzywnych (wygodnych) autokarach jak Trans Azul czy Danubio (40bs.). Nam pani nie chciala sprzedac biletow, ale po 5 minutowej perswazji dostalismy miejsca w jednym z mniej przewoznikow, ktory jednak okazal sie ok. Podroz do Cochabamby trwala 5 godzin, kierowca jechal ostroznie (jest to wazne, bowiem po drodze mija sie dziesiatki krzyzy, wyrwanych band na zakretach i szczatkow samochodow, ktore spadly w przepasc…). I tak dojechalismy na miejsce w tym samym czasie co uprzednio wspomniany Danubio.

***

The third and final day of our trip began for me with going to sleep the day before. After implanting cozy in my sleeping bag, heated by a hot water bottle, I felt that my feet, covered with two pairs of socks suddenly become cold, like my shoulder, squeezing hot bottle. Well, there was a leak … I replaced wet sleeping bag with the blankets and quilts from the shelter, and even put on my jacket, but it was hard to me to get warm again. I do not know whether it was because of this unfortunate incident, whether as a result of the heigh altitude (hostel was based on 4700 meters above sea level), my heart started to race,just like during the memorable night in La Paz. And then, when someone’s alarm woke us up, I was happy that my insomnia is over and I got up for 3rd pee, I was told that it is just 2 am and not 5 am! Ah … So, I just lay 3 more hours, when everyone eventually got up, packed up, ate breakfast and sat in a warm jeep in a record time.*

For the next hour I prayed that we do not stack in the snow (and there was a lot!), as one car in front of us, because I do not know if I would be able to go out and push it. Along the way, we were nearly rammed by one of inattentive drivers, who decided to shorten his way. Early in the morning we got to Sol de Mañana geysers, that splashing from the depths of the earth between sulfur pools.

It was probably the shortest stop on our tour, for several reasons:

■ – 20 degrees Celsius outside,

■ stink seeping out of the depths of the earth with the vapor of geysers,

■ my camera battery, which in these inhuman conditions refused to work.

3-4 pictures later, I was back in the jeep. In such circumstances, I didn’t want to think about taking a bath in the hot springs, but when we got to the place and saw a few people sitting in Termas de Polques with a blissful expression on their face, I got jealous. After quick changing into swimming suit (bikini would be more useful), I ‘jumped’ into the steaming pool and suddenly my  fatigue, cold, headache, heart palpitations and depression vanished. That how works, on the body and sou, l bath of 38 degrees Celsius with the air temperature of -5 :)

_MG_4323

In the meantime, while ‘washing’ dirt and hardships of the journey, we said goodbye to our friends from France who went to Chile, and after about 30 minutes we were on our way too! Where to?…Back.

Yes, unfortunately traveling in the winter (in Bolivia), masses of snow make it impossible to continue journey towards Laguna Verde. Well, after our morning adventures it was quite understandable.

And therefore, brisk and clean with a new friend from Norway, abandoned by her driver *, we went to Uyuni. The road was long and winding, but also exciting.

First we were back to the other side of Laguna Colorada surrounded by snow-capped volcanoes.

_MG_4375

Later,  there was obligatory photo jumping in the snow at an altitude of over 5,000 meters. Then, we went through the winding paths and streams, driving past another ‘salars’, borax deserts and colored lakes.

_MG_4390

In the end, we stopped for lunch in the sunny and warm Valle de Rocas – volcanic rock formation stretching across several kilometers, from a distance reminding of huge city. Interestingly, the phenomenon has been once compared to Herculaneum and Pompeii, and the place was named as a ‘Lost City’ (La Ciudad Perdida).

_MG_4436

In addition to various less and more familiar shapes of the orange rockss, we could see viscachas – the South American hare with long tail, that I associated with kangaroo:) They were quick, agile and unimaginable charming!

And then just desert, quick stop in San Cristobal – to pee and kiss the handle of the stone church (or rather a padlock on the gate) and we found ourselves back in Uyuni.

_MG_4459

The end.

P. S. Our trip however have not finished yet :) We had at midnight train to Oruro, so the subsequent 6 hours we spent wandering with our new English friends around the city, making stops at the cafe, restaurant, street food stand, gift shop, and eventually in their hostel. Travelling by train was ok, bah! We had heating on! No wonder why ticket cost 20 bs. more :)

In Oruro we caught a taxi to the bus station (8bs.), where miracolously we found two seats in one of the buses to Cochabamba, departing at 8.00 (bs 30) ***

* Now, I had an altitude sickness tablets, that I bought in Cochabamba, and that worked since, but maybe they weren’t enough at 5000 m? However, it’s good to get some in a pharmacy before going to Uyuni – 9 tablets cost about 40 bs. and that should last  for 3-days tour.

** It turns out that some agencies pass on their customers to another car, without notice. Besides, when buying tour in one of the agencies, you may find yourself riding in the car of another. It happens as the agencies want to fill the seats.

*** Apparently you can’t book seats in buses earlier (maybe only through the agencies?) and they fill up fast! Especially those in the more upscale (comfortable) buses as Trans Azul or Danubio (40bs.). The woman didn’t want to sell us ticket,s but after five minutes of persuasion we got a seats in one of the less posh busses, that however, turned out to be ok. Travelling to Cochabamba lasted five hours, the driver was driving carefully (this is important, because on the road  we’ve passed dozens of crosses, torn bands on the turns and the remains of cars, which have fallen into the abyss …). And so we arrived at the same time as the previously mentioned Danubio.

On the way to Cbba…

_MG_4464Lake Poopo near Oruro. Train goes in the middle of it!

_MG_4487

_MG_4520

La Paz – Summary *** Informacje praktyczne

Ekspertem od La Paz nie jestem – w koncu bylam tam tylko raz i tylko na dwa dni, ale postanowilam podzielic sie z Wami informacjami, ktore przy okazji tego pobytu zdobylam. Bylo juz o muzeach i miradorach,  a teraz czas na informacje praktyczne. Przy okazji wizyty w La Paz, obalilam takze kilka kilka mitow zwiazanych z tym miastem, ktore zaslyszalam tu i owdzie przed podroza.

* Choroba wysokosciowa – nie dotyczy wszystkich osob przybywajacych do La Paz, tylko przytrafia sie tej garstce nieszczesliwcow, do ktorych i ja naleze. Jak juz wspomnialam, wystapily u mnie dosyc ciezkie objawy przyspieszonego bicia serca, ktore zmusily nas do powrotu w nizinne strony, ale przewaznie turysci maja tylko bol glowy czy lekka zadyszke przy podchodzeniu pod gore.

Wiekszosc osob, do ktorych nalezy moj Freddy, nie ma jednak zadnych trudnosci w przystosowaniu sie do nowych warunkow i rzadszego powietrza.

Jak jednak miec pewnosc przed przyjazdem, ze nie nalezy sie do grupy nieszczesliwcow? Ja juz kilka lat temu przekonalam sie, ze wspinaczka po gorach nie jest dla mnie najlatwiejsza sprawa – szczegolnie podczas spaceru w Gorach Atlasu w Maroku, gdzie ledwo dyszalam, podczas gdy moja kolezanka Kasia cieszyla sie swiezym gorskim powietrzem:) Takze w Potosi, jednym z najwyzszych miescie na swiecie (4,090 m.n.p.m.), nie bylo mi latwo w drodze na mirador, mialam tez dosyc nieprzyjemna podroz autobusem, w ktorym ‘zwrocilam’ cala kolacje zjedzona poprzedniego wieczoru… Byly to jednak problemy zupelnie nieporownywalne z tymi, ktore dotknely mnie w La Paz. Dlaczego? Pewnie dlatego, ze przed Potosi przeszlam kilkumiesieczna aklimatyzacje w Cochabambie, a do La Paz przylecialam prosto z nizinnej Santa Cruz de la Sierra. 

Moral – przed nastepna ‘wysokogorska’ wycieczka postaram sie spedzic kilka dni wyzej n.p.m., co tez polecam wszyskim podroznym przybywajacym do La Paz (czy Potosi).

Slyszalam rowniez o specjalnych tabletkach – ‘Sorochi pills‘, ktore ponoc spozyte przed podroza ulatwiaja aklimatyzacje. Przed podroza do La Paz zostaly mi one jednak odradzone przez pewna doswiadczona osobe, co okazalo sie wielkim bledem, bowiem ‘uratowaly mi one zycie’ podczas pozniejszej podrozy do Uyuni. Wedlug Boliwijczykow aby zlagodzic objawy choroby wysokogorskiej nalezy zas:

– pic duzo wody

– jesc lekkostrawne posilki (lub nie jesc wcale na kilka godzin przed podroza!)

– podrozowac autobusem zamiast samolotem (stopniowa aklimatyzacja jest lepsza niz nagly przeskok)

– nie pic alkoholu

– pic duzo ‘mate de coca’, ktora jest ‘lekiem na cale zlo’!

Zawsze przyda sie rowniez plastikowy worek (tak na wszelki wypadek), ktory linie lotnicze BOA maja w standardwym wyposazeniu:)

Danuta Stawarz-1

Na tej stronie, poleconej przez kolege Martina, znajdziecie duzo wiecej unformacji o chorobie wysokosciowej: klik i tu: Bolivia Bella (EN).

* podroz taksowka z lotniska ‘El Alto’ do centrum La Paz kosztuje 60 bs. Nalezy jednak uwazac na taksowkarzy – naganiaczy i wybierac wylacznie oficjalne radio – taxi stojace na postoju. Naganiacze, ktorzy czesto zaczepiaja nas jeszcze w sai przylotow sa przewaznie bardzo mili i uczynni, czesto takze kosztuja mniej, ale decydujac sie na kurs z nimi ryzykujemy bardzo wiele.

Mowi sie, ze ‘najniebezpieczniejsi kierowcy sa w La Paz’ – a wlasnie ze nie! O wiele bardziej niebezpiecznie mozna sie poczuc na ulicach Cochabamby czy Santa Cruz. Co prawda, La Paz jest najbardziej wymagajacym miastem jezeli chodzi o prowadzenie samochodu, poniewaz polozone jest ono na wzgorzach, ale kierowcy w La Paz sa zazwyczaj bardzo ostrozni i podchodza do kierowania pojazdu ‘con calma’ (ze spokojem). Zupelnie inaczej niz w Sata Cruz, gdzie proste i plaskie drogi wrecz ‘zachecaja’ kierowcow (szczegolnie taksowek i micros) do nadmiernej predkosci. Dla nas kazda podroz z lotniska do apartamentu wydaje sie byc bardziej ryzykowna niz przelot samolotem podczas burzy… A piesi? W La Paz niemal kazde skrzyzowanie ma semafory oraz zebre ( w odroznieniu od innych miast), reguly przechodzenia przez jezdnie nie roznia sie wiec od tych powszechnie przyjetych na swiecie. Trzeba jednak uwazac przechodzac pomiedzy samochodami, poniewaz czasem moga staczac sie w dol podczas ruszania.

My w La Paz korzystalismy z uslug taksowkarza Edie’go, ktory obwiozl nas po wszystkich miradorach oraz zabral do szpitala i ‘Valle de la Luna’. Mysle, ze jest to dobry pomysl dla turystow, ktorzy nie maja za wiele czasu, a chca zobaczyc jak najwiecej. Przy okazji, mozna popstrykac zdjecia z taksowki oraz zatrzymac sie na zyczenie. Cena za godzine to 50 bs., co nie jest najtansza opcja, ale jezeli zbierze sie 4 osobowa grupa, to mato sens jak najbardziej. Mozna pewnie zbic te cene, wystarczy tylko popytac. Nasz Eddy byl nie tylko bardzo mily i komunikatywny, ale rowniez obeznany w historii i topografii La Paz – dzieki temu w jeden dzien udalo nam sie zobaczyc wiecej niz mielismy nadzieje:)

Oczywiscie taniej jest sie poruszac autobusami, ale czasem trudno jest zrozumiec ich system (zreszta,  nie tylko w La Paz).

Warto natomiast zasiegnac informacji o Autobusie Turystycznym (Bus Turistico), ktory za mala cene obwozi turystow po wszystkich waznych punktach miasta (takze miradorach i Valle de la Luna). Z tego co pamietam, odjezdza z Plaza Isabela Catolica o godzinie 9.00 i 15.00.

* La Paz ma najslawniejszy ‘El mercado de las Brujas’ (Bazar Czarownic) – moze najbardziej popularny, poniewaz polozony w centrum miasta, ale nie ma nic wspolnego ze swoja nazwa! Co prawda, kilka sklepikow z pamiatkami sprzedaje rozne dziwaczne medykamenty ze zwierzat i roslin, kremy i mydelka na potecje czy amulety, ale wlasnie…sa to sklepy dla turystow, na pokaz. Jezeli ktos chce zobaczyc prawdziwy bazar czarownic, to powinien sie udac do pewnej czesci La Cancha (La Pampa) w Cochabambie, gdzie widok’ bialych twarzy’ nie powoduje usmiechu sprzedawcy, a raczej szczera niechec; gdzie stoly uginaja sie od przeroznych ziol, suszonych czy zakonserwowanych w olejach (?) szczatek zwierzecych, kamieni, nasion itp.; gdzie widac, slychac i CZUC magiczna atmosfere prawdziwego ‘Mercado de las brujas’.

* Gora Illimani podobno jest widoczna z niemal kazdego miejsca w miescie – moze i tak, ale nie kiedy niebo jest zachmurzone. Podczas naszego krotkiego pobytu udalo nam sie zobaczyc te majestatyczna gore tylko raz – w drodze na lotnisko. Jej wiecznie zasniezone zbocza pieknie kontrastowaly z granatem nieba. Widzialam tez jej przeblyski pomiedzy wiezowcami w promieniach zachodzacego slonca – naprawde niezwykly widok, ale jek sie okazuje, nie zawsze i nie dla kazdego.

_MG_2931

* W La Paz jest zawsze zimno – a nawet mroznie w nocy, jednak w pogodne sloneczne dni temperatura jest bardzo przyjemna, choc przyznam, troche dziwi widok turystow w szortach i japonkach. Chociaz z drugiej strony, jak ktos przylatuje z kraju, w ktorym panuja temperatury minusowe, 15 stopni C moze faktycznie byc odczuwalne jako gorace. Zreszta, to niemal jak lato w Irlandii:)

Dla mnie niepojetym bylo natomiast to, ze nasz hotelowy pokoj, jeden z wielu polozonych wokol wewnetrznego krytego dziedzinca, byl zawsze goracy, mimo iz nie bylo w nim zadnego ogrzewania! Fascynujace:)

Dla zmarzluchow mam dobra wiadomosc – nie jest problemem w La Paz znalezienie wysokiej jakosci odziezy zimowej – liczne sklepiki z tradycyjnym rekodzielem oferuja bowiem welniane swetry (takze z alpaki), skarpety, czapki, rekawiczki, szaliki bardzo dobrej jakosci i w przystepnych cenach. Nic tylko kupowac!

* Z La Paz mozna z latwoscia wybrac sie nad Jezioro Titicaca – coz, daleko nie ma, ale nie zawsze jest to latwe. Oczywiscie, setki bior podrozy oferuja wycieczki jedno czy kilkudniowe, ale nikt nie moze zagwarantowac, ze dojda one do skutku.

Przeklenstwem Boliwii sa bowiem strajki i blokady drog. Przezylam taka blokade raz na wlasnej skorze niedaleko Oruro, a tym razem uniemozliwila nam ona podroz do swietego jeziora Inkow.

Okazalo sie, ze w Boliwii lepiej jest niczego nie planowac i nie placic z gory za usluge – bioro podrozy, ktore zajmowalo sie nasza wycieczka, skontaktowalo sie z nami na dzien przed przyjazdem do La Paz, podajac do wiadomosci informacje o blokadzie i mozliwosci odwolania wycieczki, jednoczesnie przypominajac o koniecznosci wplaty pieniedzy. Pytanie jednak, czy w razie odwolania wycieczki, pieniadze zostalyby zwrocone? Tego sie nie dowiemy, poniewaz do wycieczki nie doszlo, do przelewu rowniez nie.

Mysle, ze nie warto jest takze bukowac hotelu od razu na kilka dni, poniewaz w razie koniecznosci skrocenia pobytu, placi sie zazwyczaj za 2 dni do przodu. My mielismy to szczescie (a moze raczej nieszczesnie), ze nasz hot el w porozumieniu z Booking.com anulowal nam 2 doby, z powodu naglego pogorszenia stanu zdrowia i koniecznosci wczesniejszego wyjazdu. Mysle wiec, ze lepiej jest przedluzac pobyt z dnia na dzien – wolne pokoje zawsze sie gdzies znajda.

Niestety, strajki, blokady i ogolne trudnosci komunikacyjne stawiaja Boliwie w czolowce ‘najbardziej nieprzyjaznych miast na swiecie’. Warto jest to wziac pod uwage i planujac wyprawe w te strony swiata, nie planowac za duzo i isc na zywiol!

* Mowi sie, ze ‘ludzie Aymara sa zimni i nieprzyjazni’ – nie potwierdzam. Na swojej drodze spotkalismy mnostwo rdzennych mieszkancow Altiplano, ktorzy wydali sie nam bardzo przystepni. Inna sprawa jest to, ze znaczna czesc mieszkancow La Paz pochodzi z innych czesci Boliwii, naprawde trudno jest rozroznic mezczyzne z ludu ‘Aymara‘ od ‘Keczua‘ (z kobietami jest latwiej, kiedy nosza one swoje tradycyjne stroje).

Inna sprawa sa natomiast bezdomni na ulicach stolicy, ktorych ogromna liczba przyczynia sie do poczucia ogolngo pesymizmu, unoszacego sie nad tym wielkim miastem. Poza tym, im wyzej tym zimniej, a zycie staje sie biedniejsze i ciezsze.

_MG_2668

* Lepiej jest nie zwiedzac Boliwii podczas swiat – i to nie tylko dlatego, ze muzea sa pozamykane. Podczas swiat najwiecej jest turystow, co sprawia, ze unikane przezycie moze sie przemienic w walke o ‘miejsce’ – w hotelu, restauracji, na ulicy, na bazarze, w muzeum ( o ile jest otwarte), w autobusie, w biurze podrozy itp. Choc z drugiej strony, czasem dobrze jest zobaczyc ‘biala twarz’ (= inna niz tubylcow) i uslyszec znajomy jezyk w miejscach bardziej odleglych i obcych:)

* Z czystym sumieniem moge polecic nasz hotel ‘Hostal Naira’, ktory moze do najtanszych nie nalezy (za 2 osoby placi sie okolo 50 $), ale jest polozony w samym centrum miasta, przy turystycznym’ Mercado de las Brujas’ oraz kosciele Sw. Franciszka. 10 min. piechota do Plaza Mayor i muzeow oraz popularnych agencji turystycznych, w ktorych mozna zarezerwowac wypady rowerowe na Droge Smierci czy nad Jezioro Titicaca.

_MG_2516

Przy hotelu funkcjonuje takze restauracja, serwujaca kuchnie miedzynarodowa, ktora oblegana jest przez turystow – nie ma w tym jednak nic dziwnego – mozna w niej zjesc pyszne sniadania, obiady i kolacje za cakiem przystepna cene, w ciekawym i co najwazniejsze czystym i przytulnym otoczniu. Polecemy szczegolnie ogromne kanapki, ciasta oraz herbatke z calych lisci koki. Narzekac mozna jedynie na powolny serwis, ale nie mozna zarzucic kelnerom, ze sie obijaja – jest ich po prostu za malo! My stolowalismy sie tam przez 2 dni nie tylko dlatego, ze nam smakowalo oraz ze bylo blisko do hotelu, ale po prostu nie moglismy znalezc w okolicy niczego lepszego.

* Jak Droga Smierci (El Camino de la Muerte) to tylko na rowerach – taki tez mielismy plan, ktory splonal na panewce. W La Paz isnieje duzo biur organizujacych takie ekstremalne atrakcje, my zabukowalismy (wstepnie) wycieczke z Vertigo Biking Bolivia, ktore jest polecane jako jedno z bezpieczniejszych. Za caly dzien (dojazd, rowery, kaski, ubrania, lunch i napoje, zdjecia), czyli 4 godzinny zjazd droga smierci, placi sie okolo 50$ od osoby. Mozna taniej, ale nie wiem, czy warto ryzykowac.

Coz jednak, kiedy nie jest sie pewnym swoich umiejetnosci rowerowych? Otoz, znalazlam informacje o wycieczce pieszej po najniebezpieczniejszej drodze swiata, Trekking Ecovia – 8 godzin spacerkiem wpieknych i przerazajacych okolicznosciach przyrody, reszta autobusem i pociagiem (po bardziej bezpiecznej trasie) – wszystko to za okolo 40$ od osoby. To chyba jest wlasnie opcja dla mnie:)

I tyle na razie, jak cos mi sie jeszcze przypomni, to dodam wiecej:)

***

I am not an expert of La Paz – in the end I was there only once and only for two days, but I decided to share with you some information which I have learned during my short visit to this city. I wrote already about museums and miradores, so now it’s time for practical information. I also disproved several myths associated with Nuestra Señora de La Paz, which I overheard here and there before traveling.

* Altitude Sickness – does not affect all people arriving in La Paz, but happens to handful of unfortunates to whom I belong. As I mentioned, my heavy and fast heart beat forced us to return to the lowlands, but normally tourists experience only slight headache or shortness of breath while walking uphill.

However, most of people as my Freddy, have no difficulty in adapting to the new conditions and the rarer air.

But how to check before arrival, that you don’t belong to the first group? Few years ago I realized that hiking in the mountains is not the easiest thing for me – especially when walking in the Atlas Mountains in Morocco, where I could barely breath, while my friend Kasia enjoyed the fresh mountain air :) Also in Potosi, one of the the highest city in the world (4.090 m), it was hard for me to get to the mirador, I also had quite an unpleasant journey by bus, trowing up all dinner from the night before … However, these problems weren’t comparable to those that occurred in La Paz. Why? Well, before I went to Potosi I had a few months of acclimatization in Cochabamba while to La Paz I flew straight from the lowlands of Santa Cruz de la Sierra.

Moral – before the next ‘high’ trip I’ll try to spend a few days in Cochabamba, which I also recommend to all travelers planning to go to La Paz (or Potosi).

I heard also about ‘Sorochi’ pills, which could help – but some experienced person advised me not to take them. Well, I did not, but that was a big mistake, because it proved to work later on, while visiting Uyuni. However, according to Bolivians to ease the symptoms of high altitude sickness the best is to:

– Drink plenty of water

– Eat easily digestible meals (or not eat at all for a few hours before the trip!)

– To travel by bus instead of plane (gradual acclimatization is better than sudden ‘jumps in the high water’)

– Drink a lot of “mate de coca ‘, which is the cure for everything!

– Do not drink alcohol.

It’s also good to have a plastic bag, just in case – even Bolivian airline BOA has them on the board as their standard equipment:)

Also, you will find more usefull info about altitude sickness on the page recommended by my friend Martin: click and here: Bolivia Bella.

* Taxi journey from the airport ‘El Alto’ to the center of La Paz costs 60 bs. One should, however, be careful and choose only the official radio – taxi waiting at the taxi rank. There are people, who usually ‘catch us’ just outside arrivals area and are very nice and accommodating. They also offer lower price, but going with them you could risk a lot.

It is said that ‘the most dangerous drivers are in La Paz’ – but I think this isn’t true! Much more dangerous you can feel on the streets of Cochabamba and Santa Cruz. It is true that La Paz is the most demanding when it comes to driving, because the city is spread on the hills, but the drivers in La Paz are also usually very careful and approach the hazardous parts of the road ‘con calma’ (with ease). Completely different than in Sata Cruz, where simple and flat roads ‘encourage’ drivers (especially taxis and micros) for excessive speed. For us, each journey from the airport to the apartment seems to be more risky than the plane flight during a storm … What about pedestrians? In La Paz almost every intersection has traffic lights and a zebra crossings (as opposed to other cities), however you must be careful passing between cars, because sometimes they can roll down while starting off.

We used the service of a taxi driver Eddie, who took us to the hospital, drove us around the city and “Valle de la Luna‘. I think that is a good idea for tourists, who do not have much time and want to see as much as possible. Plus, you can photograph from the window and can stop on request. Price per hour was 50 bs., which is not the cheapest option, but if you gather a group of 4 people, this makes sense. You can probably beat the price, just ask around. Our Eddy was not only very kind and communicative, but also familiar with the history and topography of La Paz – thanks to this we were able during one day to see more than we had hoped :)

Of course, it’s cheaper to take a bus, but sometimes it’s difficult to understand the system (not only in La Paz) as there are no official timetables.

It is worth while to seek information about a red Tourist Bus (Bus Turistico), which for a small price takes tourists to all important places in the city (also miradors and Valle de la Luna). From what I remember, it departs from Plaza Isabela Catolica at 9.00 and 15.00.

_MG_2838

* La Paz’s famous ‘El mercado de las Brujas’ (Witches’ Market) – perhaps the most popular, because it located in the city center, but it doesn’t have much in common with its name. There are few souvenir shops selling various medications, lamas fetuses, ‘magic’ plants, creams, soaps and amulets, but they are just … shops for tourists. If someone wants to see a real witches’ market, they should go to a certain part of the La Cancha (called La Pampa) in Cochabamba, where the view of ‘white faces’ doesn’t bring a smile on sellers’ faces, but rather a sincere reluctance, where tables groan from a variety of herbs, dried or preserved in oils animal debris, stones, seeds, etc., where you can see, hear and SMELL the magical atmosphere of the real ‘Mercado de las Brujas’.

* Illimani Mountain is reportedly visible from almost any place in the city – maybe, but not when the sky is overcast. During our short stay we were able to see this majestic mountain only once – on the way to the airport. Its perpetually snow-covered peaks beautifully contrasted with a navy evening sky. I also saw glimpses of it between skyscrapers changing its colour in the rays of the setting sun – a really unusual sight, but as it turned out, not for everyone.

* In La Paz is always cold – and even freezing at night, but in the clear sunny days the temperature is very pleasant, although I must admit, I was a bit surprised to see some tourists in shorts and flip – flops. On the other hand, if someone arrives from a country with minus temperatures, 15 degrees Celsius can actually be felt as hot. To be honest, it is almost like Summer in Ireland :)

It was inconceivable, however, that our hotel room, one of many located around the inner indoor courtyard, was always hot even though there was no heating! Fascinating :)

For those who feel always cold I also have good news – there is no problem in La Paz to find high-quality winter clothing – many shops with traditional handicrafts offer wool sweaters (also alpaca), socks, hats, gloves, scarves of a very good quality and affordable prices. I would buy everything if only I could!

* From La Paz you can very easily travel to Lake Titicaca – it isn’t so far, but it’s not always easy. Of course, you can book a tour offered by many travel agencies for one or more days, but no one can guarantee that they would actually happen…

Bolivia is cursed by strikes and roadblocks.  I survived such a blockade once near Oruro but this time it was impossible for us (and hundreds other tourists) to visit to the sacred lake of the Incas.

It turned out that in Bolivia, it’s better not to plan anything and do not pay in advance for trips – am agency, which dealt with our trip, contacted us the day before our arrival to La Paz, giving us the information about blockade and possible trip cancellation, at the same time reminding to pay deposit money. The question is if the money would be refunded after trip cancellation? We will never know, because the tour never happened, neither the money transfer.

I think that it isn’t worth to book a hotel for a few days, because in the event of having to shorten your stay, you must still pay for 2 days in advance. We were lucky because Booking.com allowed us to cancel 2 nights due to my sudden health deterioration and need to leave the city as soon as possible. So, I think it is better to extend the stay day by day –  there are always vacancies somewhere.

Unfortunately, strikes, blockades and general difficulty in communication put Bolivia on the list of ‘the most unfriendly countries in the world“. So, when planning the expedition in this part of the world, do not plan too much!

* It is said that ‘Aymara people are cold and unfriendly’ – I can’t agree with it at all! On our way met a lot of the indigenous inhabitants of Altiplano, who were very approachable to us and friendly. Another thing is that a large part of the inhabitants of La Paz came from other parts of Bolivia and it’s really hard to distinguish between an ‘Aymara‘ man and ‘Quechua‘ (with women is easier when they wear their traditional polleras).

There is many homeless people on the streets of the capital, what contributes to a sense of pessimism hovering over this great city. Besides, higher – the colder, and life becomes poorer.

_MG_2843

* Holiday is the worst time to visit Bolivia – not just because all the museums are closed. During Easter or Christmas as well as ‘our summer’, the country is visited by larg number of tourists, which transforms the city into a battlefield for ‘space’ – in the hotel, the restaurants, on the streets, on the markets, in the museums (if open), in the bus, in the travel offices, etc. Although on the other hand, sometimes it’s good to see the ‘white face’ (= other than native) and hear a familiar language in places more distant and alien :)

* With a clear conscience I can recommend the hotel “Hostal Naira ‘, that isn’t the cheapest (for a couple we payed around 50 $ per night), but it is located in the heart of the city, nearby ‘Mercado de las Brujas‘ and Church of St. Francis. It’s also 10 min. walking to the Plaza Mayor, museums and popular tourist agencies where you can book trips.

_MG_2537

There is also a hotel restaurant with an international cuisine, besieged by tourists – witch isn’t surprising – it serves a delicious breakfast, lunch and dinner in affordable prices, in an interesting and most importantly clean and cozy atmosphere. I can recommend especially huge sandwiches, cakes and tea made of whole coca leaves. I could only complain about the slow service, but it wasn’t waiters’ fault, there was just not enough staff! We had been eating in there for 2 days, not only because the food was tasty and it was close to the hotel, but honestly we couldn’t find anything better in the area.

* Trip to ‘Death Road’ (El Camino de la Muerte) only on bikes – as we planned. In La Paz there are many agencies that organize such extreme activities and we pre-booked our with Vertigo Biking, which is recommended as one of the safest. The whole day (bicycles, helmets, clothing, lunch and refreshments, pictures, 4 hour downhill Death Road) you pay about $ 50 per person. Of course, it could be done cheaper, but I do not know if it’s worth the risk.

But what to do if you are not sure of your cycling skills? Well, I found an information about the walking tour through the world’s most dangerous road with Trekking Ecovia that offers 8 hours walk through the beautiful and frightening ‘natural circumstances’ and the rest by bus and train (on more secure route) – all for about $ 40 per person. I think this is an option for me :)

Other travel agencies also offer trips to the snow-capped Illimani or to explore the surroundings of La Paz on a horse back – there is something for everyone.

And that’s it for now – if I remember something more, I will add it later :)

 

The View To Die For *** Zobaczyc La Paz i umrzec…

W czwartek rano wybralismy sie do La Paz – najwyzej polozonej stolicy swiata, zas w piatek wieczorem bylismy z powrotem w Santa Cruz. Dlaczego? Czesciowa odpowiedz na to pytanie zawarta jest w pierwszym zdaniu.

Ekscytujacy przylot na najwyzej polozone lotnisko swiata ‘El Alto’oraz niezwykle przezycia estetyczne w drodze do hotelu, zapowiadaly emocjonujacy dlugi weekend. Jednakze wysokosc 3.650 m.n.p.m dala o sobie znac juz w hotelu, gdzie bol i zawroty glowy postanowilam zlagodzic krotka drzemka (w koncu wstalismy o 6 rano) oraz herbatka z lisci koki.

Przyznam, troche to pomoglo i reszte dnia spedzilismy na zwiedzaniu. Niestety, w nocy, do ogolnego zmeczenia doszly palpitacje serca, ktore skutecznie uniemiozliwily mi spanie. Nad ranem zas moje serducho zaczelo pobolewac – coz, mialo do tego prawo, w koncu pracowalo na pelnych obrotach przez cala noc! Tak sie sklada, ze mam dosyc ‘bogata’ historie medyczna, wiec postanowilismy jechac do szpitala, tak na wszelki wypadek. Nasz hotel polecil prywatna klinike ‘Alemana’, w ktorej zaopiekowano sie mna niemal od razu, a nawet wezwano kardiologa, ktory zrobil mi EKG (dodam tylko, ze Wieki Piatek jest w Boliwii dniem wolnym od pracy).

Na szczescie okazalo sie, ze serce mam jak dzwon, ale na nasze nieszczescie, zalecono mi jak najszybsze opuszczenie La Paz!

Na sobote mielismy zaplanowana wizyte w Copacabanie, jednak z powodu blokady drogi, podroz w strone Jeziora Titicaca byla niemozliwa, a zabukowanie hotelu w tropikalnych Yungas graniczylo z cudem. Coz wiec nam zostalo? Szybkie przebukowanie biletu i powrot do ‘domu’.

Tak oto rozpoczela sie i zakonczyla nasza przygoda z La Paz – ‘najpiekniejszym miastem na swiecie’. O tym zas, co zdarzylo sie pomiedzy, napisze wkrotce.

Na pocieszenie, ostatniego wieczoru ukazala sie naszym oczom gora Illimani, ktora udalo mi sie sfotografowac w drodze na lotnisko – widok ten jest jednym z powodow, dla ktorych warto bylo cierpiec!

_MG_2928

***

On Thursday morning we went to La Paz – the highest capital of the world and on Friday night we were back in Santa Cruz. Why? The first sentence contains partial answer to this question.

Exciting arrival on the world’s highest situated airport ‘El Alto’ and the very beautiful way to the hotel, heralded a steamy long weekend. However, the height of 3,650 meters above sea level reminded about itself in the hotel with headache and dizziness. I decided to have a short nap (in the end we got up at 6 am) and a coca leaves tea.

I must admit it helped a little so we spent the rest of the day sightseeing. Unfortunately, that night a general fatigue and tiredness was joined by heart palpitations, which effectively prevent me from falling asleep. And in the morning my heart started to ache – well, no wonder, it was working at full speed all night!

It happens that I have a rather ‘rich’ medical history, so we decided to go to the hospital, just in case. Our hotel recommended a private ‘Clinica Alemana’ where they took care of me almost immediately (mind, it was a Good Friday bank holiday), and even called a cardiologist.

Fortunately, it turned out that my heart is like a bell, but unfortunately, it was recommended to us to leave La Paz as soon as possible!

On Saturday we had planned a visit to Copacabana, but due to the road blockade a journey toward Lake Titicaca was impossible as to book a hotel in the tropical Yungas. So what did we do? W manage to re-book our plane tickets and go ‘home’.
Thus began and ended our adventure in La Paz – ‘the most beautiful city in the world’. I will tell you soon about what happened in between.

And for now, I am living you with a picture of the great Mount Illimani,that presented itself to us on that very last evening and which I managed to ‘snap’ on the way to the airport. This view is ‘to die for’, as they say – for me though, one of the reasons worth all that suffering.