Sucre IV – Niespodzianki blizsze i dalsze *** Closer and Farther Surprises

Wracajac ze zwiedzania atrakcji turystycznych miasta, spacerowalam po rynku starajac sie zabic troszke czasu, ktory mi pozostal do obiadu ze znajomymi. Przechodzac obok jakiegos urzedu, postanowilam wejsc do srodka i zapytac, czy moge pozwiedzac i zrobic zdjecie ogromnego witraza, ktory przyciagnal moja uwage. Ku mojemu zdziwieniu, pan straznik nie mial nic przeciwko, a nawet wiecej – zaprowadzil mnie na gore, gdzie moglam sfotografowac wieze jakiegos kosciola!

Przyznam, ze bylam z siebie bardzo zadowolona, nie tylko z uwagi na to, ze udalo mi sie zwiedzic miejsce, ktorego nie bylo na mapie, ale dlatego, ze potrafilam bez wiekszych problemow poprowadzic konwersacje w jezyku hiszpanskim! Tak – po 2 miesiacach intensywnej nauki moge poslugiwac sie nowym jezykiem – co prawda pokaleczonym, ale najwazniejsze, ze sie dogadam:)

Tak przy okazji zauwazylam niestety, ze wraz ze wzrostem znajomosci hiszpanskiego, zanikly moje zdolnosci porozumiewania sie po wlosku, no ale coz – cos za cos……

Idac za ciosem, weszlam w kolejna brame, by tym razem znalesc sie na przestronnym oszklonym dziedzincu, z blyszczaca posadzka przypominajaca tafle wody. Po chwili zblizyl sie do mnie pan, pytajac w czym moze mi pomoc. Zapytalam wiec, co to za miejsce i czy moge popstrykac troche zdjec, po czym dowiedialam sie, ze kiedys w budynku miescil sie bank, a obecnie nalezy on do uniwersytetu. Po opowiedzeniu milemu panu skroconej wersji mojego zyciorysu, dostalam wolna reke na sfotografowanie obiektu:) Piekne to miejsce, nieprawdaz?

Po chwili stalam zas w bramie budynku rzadowego, z ktorego zostalam odprawiona z kwitkiem dzien wczesniej, pytajac o zgode na krotkie zwiedzanie. Magiczny musial byc to dzien (badz moj lamany hiszpanski tym razem brzmial bardziej przekonywujaco), bowiem pan straznik powiedzial, ze tak! Moglam wiec wejsc do srodka, na dziedziniec i porobic zdjecia. Na zakonczenie dowiedzialam sie, ze w przeciagu kilku tygodni dostepny bedzie dla zwiedzajacych dach budynku, z ktorego bedzie mozna podziwiac panorame miasta. Bede o tym pamietac przy nastepnej wizycie:)

Innym razem, spacerujac po bocznych uliczkach Sucre, weszlam w brame budynku, ktory okazal sie byc Wydzialem Prawa – i oto przede mna widnial niemal zupelnie pusty i ogromny dziedziniec – miejsce nie tylko piekne, ale przede wszystkim zupelnie odciete od gwaru miasta.

Ostatniego dnia mialam szczescie wybrac sie na wycieczke, zorganizowana na zakonczenie konferencji lingwistycznej, przez studentow uniwersytetu w Sucre, ktora zaoszczedzila mi duzo czasu i pieniedzy (placilam wstepy dla miejscowych, nie dla gringos), ale takze dala mozliwosc spedzenia czasu w gronie przyjaciol. Chociaz jak sie pozniej okazalo – moj zapal do robienia zdjec wyalienowal mnie z grupy przez wiekszosc czasu.

Najpierw udalismy sie do ‘Glorietty‘ –  polozonego za miastem zamku, bedacego spadkiem po czasach wielkiego bogactwa i swietnoci miasta ery republikanskiej. Dzis budowla ta miesci sie w obrebie szkoly kadetow, ale dostep do niej jest dosyc swobodny.

Pamietacie ‘ Palacio Portales’ w Cochabambie? Otoz, Trip Advisor pisze o nim, jako ‘bezgustnym polaczeniu stylow architektonicznych’. Nie zgadzam sie zupelnie z ta opinia, mysle takze, ze autorzy tego komentarza nie widzieli ‘Glorietty’ – ktora jest najdziwniejsza budowla, jaka przyszlo mi kiedykolwiek ogladac. Meskla gotyku, renestansu, baroku, klasycyzmu i elementow architektury arabskiej w ogromnej skali. Jedna czesc budynku przypomniala mi nawet koszary w Kwidzynie – na szczescie owe nie posiadaja dodatku w postaci minaretu, gorujacego nad caloscia.

Tak pastwie sie nad gustem dawnych wlascicieli, a musze wspomniec, ze ich historia jest dosyc ciekawa. Malzenstwo Francisca Argandoña i Clotildy Urioste, ktore wzbogacilo sie na kopalni srebra, zalozylo wlasny bank oraz przejechalo niemal cala Europe (Francisco zostal nawet ambasadorem Boliwii we Francji), spotykajac sie z wybitnosciami owczesnego swiata i przenoszac Oswiecone idee na grunt boliwijski. Jedno trzeba im przyznac – wycieczka w ich posiadlosci, to jak przekrojowa lekcja z zakresu historii architektury i historii stosunkow politycznych XIX wieku.

Ciekawostka jest to, ze Francisco i Clotilda zostali uznani oficjalna bulla papieska za jedyna pare ksiazeca w historii Boliwii. Poniewaz nie mieli wlasanych dzieci – utworzyli w poblizu zamku sierociniec opiekujacy sie ponad setka dzieci. Na pamiatke ich dobrego serca, mozemy ogladac dzis pomnik, postawiony tuz przed glownym wejciem do zamku (ciekawe, ze jest na nim przedstawiony jedynie Francisco).

Przyznaje jednak, ze ta eklektyczna budowla zaskakuje swoim niezwykle ‘fotogenicznym’ wnetrzem – ktore zaspokoiloby kilkadziesiat sesji fotograficznych, szczegolnie w klimacie ‘couture’.

*

Po drugiej stronie miasta ulokowana jest fabryka cementu.

Nie byloby w tym jednak nic ciekawego, gdyby nie fakt, ze odnaleziono na jej terenie slady dinosaurow, ktore dzis mozna ogladac w specjalnie na te okazje wybudowanym ‘Parco Creatico’. Wspaniale miejsce dla dzieci, ktore moga do woli dotykac ‘zywych rozmiarow’ figury wielkich jaszczurow. Same slady, widoczne na pionowej scianie jedynie przez lunete (lub dobry zoom:) nie robia wielkiego wrazenia, chyba ze jest sie paleontologiem. Mnie bardziej podbal sie szkielet dinozaura, wystawiony w jednej z sal muzeum.  Najbardziej oblezony byl zas sklepik z pamiatkami, w ktorym rowniez ja zakupilam pocztowki.

I to by bylo na tyle z Sucre – miasta o wielkiej historii i wspanialej architekturze, niezwyklym rekodziele, przemilych straznikow, zamknietych kosciolow, przepiekniej w swej brzydocie Glorietty i dinozaurow. Jest to jedno z tych miejsc, do ktorych chce sie wracac – w koncu jest tam tyle jeszcze do zobaczenia – blizej i dalej!

***

Returning from visiting tourist attractions, I was walking through the market place, trying to kill a little time, which I I had left to the lunch with friends. Passing next to some office, I decided to enter its gate and ask if I can get a quick peak and take some pictures of a huge stained-glass window, which attracted my attention. To my surprise, Mr. Guard had nothing against it, and even more – he took me upstairs, where I could take a picture of some tower!

I must admit that I was very pleased with myself, not only due to the fact that I managed to visit this place, which was not on the map, but because I could without major problems lead the conversation in Spanish! Yes – after 2 months of intensive studies I am able to use the new language – quite broken, but most importantly, understandable :)

Unfortunately I’ve also noticed that with increasing knowledge of Spanish, my ability to communicate in Italian is disappearing, but well – something for something…

Following up, I decided to enter another gate, to find myself this time in the spacious glass-enclosed courtyard, with a glossy floor, resembling water pool. After a while some man came up to me, asking what he can help me with. So, I asked, what is this place and if I can take some pictures. I found out that the building once housed a bank, and now it belongs to the university and after telling him a short version of my resume, I got a free hand to photograph the object :)

After a while I stood in the gate of a government building, to which I was denied an access the day before, asking for permission to enter. It had to be magical day (or my broken Spanish this time sounded more convincing), because the guard said – yes! So I could enter the mansion and its courtyard to take pictures. Leaving, I found out that within a few weeks the building’s roof will be available for visitors, from where they would be able to admire the panorama of the city. I will remember that for my next visit :)

Another time, walking around the side streets of Sucre, I entered the gate of the building, which turned out to be the Faculty of Law – and here in front of me was almost completely empty and huge courtyard – a place not only beautiful, but also cut off from the bustle of city life.

On the last day, I was lucky to take a trip organized by the students of the University of Sucre, which saved me a lot of time and money (I paid admission for locals, not for gringos), but also the opportunity to spend time with friends. However, as it turned out – my enthusiasm for taking pictures alienated me from a group for most of the time.

First, we went to ‘Glorietta’ – a castle located outside the city that is a legacy of the great wealth of Republican era. Today this building is located within the cadet school, but access to it is quite easy.

Do you remember ‘Palacio Portales’ in Cochabamba (https://boliviainmyeyes.wordpress.com/2012/05/10/palacio-portales-39/)? Well, Trip Advisor writes about it as ‘kitschy’ combination of architectural styles”. I totally disagree with this opinion. I also think, that the authors have not seen ‘Castillo Glorietta’ – which is the strangest building that I’ve ever seen. Blend of Gothic, Renaissance, Baroque, Classical and Arabic architecture in a large scale. One part of the building reminded me even of barracks in Kwidzyn – fortunately these do not possess the additions the form of a minaret…

Ok, I might laugh at the taste of the former owners but I have to mention that their story is quite interesting. Marriage of Francisco Argandoña and Clotilda Urioste, became rich thanks to the silver mines; they set up their own bank, travel across Europe (Francisco was the ambassador of Bolivia in France), met the contemporary celebrities and brought back the enlightened ideas to Bolivians. There are some positives in this place – one trip to the castle is like a cross-sectional lesson of the art, architecture and history of political relations in the XIX century.

It’s also interesting that Francisco and Clotilda were considered by an official papal bulla the only royalty in the history of Bolivia. Also, because they didn’t have their own children – they built near the castle an orphanage, taking care for over 100 children. In memory of their good hearts, the statue was erected just before the main entrance to the castle (interestingly it depicts only Francisco).

I must say that this eclectic building has very surprisingly ‘photogenic’ interior – which would satisfy tens of fashion photo shoots, especially in a atmosphere of ‘couture‘.

On the other side of the city, the cement factory is located. There would be nothing interesting, if not for the fact that in this place were found footsteps of dinosaurs, which today can be viewed in a specially built for the occasion, ‘Parco Creatico’.

This is a great place for kids, who can touch ‘life size’ figures of those gigantic lizards. Foot marks, visible on the vertical wall only through a telescope (or with a good zoom :) are not very impressive unless you are a paleontologist. I liked more skeleton, exhibited in one of the rooms. The most crowded place in a museum was a souvenir shop, where I bought some postcards myself.

And that’s all from Sucre – a city of great history and wonderful architecture, unusual handicrafts, nice guards, closed churches, beautiful in its ugliness Glorietta and dinosaurs. This is one of those places to which I would like to come back – in the end, there is so much more to see – closer and farther!

Sucre III – Dzisiaj ja, jutro ty *** Today It’s Me, Tomorrow You

Dokad teraz?

Przegladajac mape przy pysznym sniadaniu, postanawiam odwiedzic pobliskie Muzeum Etnograficzne, przy Calle Espana. Juz wczesniej zwiedzalam te okolice, ale jakos przegapilam znak. Poza tym, w poblizu znajduje sie piekny kosciol, ktoremu chcialam zrobic kilka zdjec.

Muzeum okazalo sie ‘butikowe’ (ale za to bezplatne) – zaledwie dwie sale pograzone w ciemnosci, a wsrod ekspozycji kilkadziesiat tradycyjnych masek (uzywanych przede wszystkim w tancach), z roznych regionow Boliwii. Jedne pieknie podswietlone, inne nie. Niestety nie mozna bylo robic zdjec, wiec nie moge podzielic sie wrazeniami estetycznymi, a jedynie odowolac sie do wpisu z Urkupiñy, w ktorym zamiescilam zdjecia z parady tanecznej.

Ogladanie roznobarwnych masek o fantazyjnych formach z bliska, to zupelnie inne doswiadczenie oraz lekcja w pigulce o geografii i tradycjach, a takze roznicach tego ‘wielonarodowego’ kraju: ogromne, kolorowe, plastikowo – szklane maski z Diablady i Los Tobas, jak i zupelne inne w swym charakterze maski z Tarijy (poludniowy kraniec Boliwii) – drewniane, bardziej przypominajace Afrykanskie. Sa rowniez maski zrobione z tkanin (przypominajace pacynki) oraz z … czaszek zwierzat.

Wychodzac z muzeum, skrecilam w lewo i odwiedzilam (kolejny raz) jedyny kosciol, ktory wydaje sie byc zawsze otwarty -‘San Francisco’ z polowy XVI w. Od razu zwrocilam uwage na  portrety olejne (zapewne) patronow swiatyni w przedsionku, zaraz potem na ogromny pozlacany barokowy oltarz glowny i przepiekne zlocone kasetonowe sklepienie.

Kosciol franciszkanski usytuaowany jest pomiedzy ‘Plaza Juan Frias’ – odgrodzonej od ruchliwej ulicy pobielanymi arkadami, a ‘Museo Historico Militar’ – na ktorego dziedzincu mozna zobaczyc starodawne armaty jak i model malego samolotu, a takze….targi ksiazek. Nawet nie probowalam szukac wejscia do srodka, poniewaz nie interesuja mnie za bardzo militaria.

W okolicy bazaru przy Calle Ravelo znaduje sie kilka malutkich sklepow z pamiatkami, w ktorych sprobowalam wykorzystac swoje nowo nabyte umiejestnosci w targowaniu. I co? Udalo sie calkiem niezle, niezbyt dobrze wyszlam tylko na plecionym pasku, za ktory zaplacilam 28 bs. (zeszlam z 40bs.) – by chwile pozniej kupic calkiem podobny, a nawet lepszy za 20bs.! (tym razem powiedzialam, ze mam tylko 20  w kieszeni i ani ‘centavo‘ wiecej:) Swoja droga, piekne sa te recznie plecione paski, ale jeszcze nie doszlam do tego, jak sie je powinno nosic, poniewaz ich koncowki sa troche nikonwencjonalne.

Niedaleko znajduje sie uroczy barokowy kosciolek ‘San Miguel’, schowany w cieniu wielkiej zeliwnej (i oczywiscie zamknietej) bramy. Co mnie w nim urzeklo? – cudownie naiwnie prymitywne plaskorzezby zdobiace elewacje. Golym okiem widac tutaj owy metysaz form sztuki narzuconej przez konkwistadorow i sztuki pierwotnej, Inkaskiej. Naprawde urocze:)

Na leniwe popoludnie warto jest wybrac sie do Parku ‘Simon Bolivar’ – ulubionego  miejsca zakochaych par, dzieciakow wspinajacych sie na miniature wiezy Eiffla (ktora wcale nie przypomina oryginalu) i studentow praktykujacych tance tradycyjne. Park zapelnia sie muzyka szczegolnie po zmroku, a po drodze mozna podziwiac wspaniale oswietlone neoklasyczne budowle ‘Gran Teatro Mariscal’ i ‘Corte Suprema’ (sadu), a takze ‘koscielna’ fasade Szpitala Sw. Barbary.

Podobno niedaleko mozna zwiedzic nieczynna stacje kolejowa ze starymi pociagami, ale gdy przeczytalam, ze grasuja tam bezpanskie psy, postanowilam ominac te atrakcje.

Na troche dluzszy spacer wybralismy sie na najstarszy w Boliwii cmentarz, na ktorym spoczywaja zarowno prezydenci, piekni i bogaci jak i zwykli mieszkancy Sucre. Za drobna oplata (nie pamietam ile, ale nie bylo to duzo) mozna znalezc przewodnika (wystarczy popytac okolicznych dzieci, a zaraz kogos przyprowadza), ktory opowie o najbardziej ‘wartosciowych’ nagrobkach i osobistosciach, ktorzy pod nimi spoczywaja.

Prawde mowiac, miejsce to niewiele rozni sie od cmentarza publiczego w Cochabambie – cmentarz jest tylko troche mniejszy i moze bardziej zadbany (choc nawet pomniki prezydentow smuca suchymi kwiatami), ale zauwazylam, ze z powodu braku miejsca budynki rowniez tu ida w gore.

Brama cmentarna zegna nas (czy wita, jak kto woli) dajacym wiele do myslenia napisem: ‘Dzisiaj ja, jutro ty’.

A wiec do jutra! 

***

Where to next?

While viewing a map and eating breakfast, I decided to visit the nearby Ethnographic Museum, on Calle Espana. I have seen the area earlier, but somehow I missed it. Besides, museum is located near to the beautiful church, so I I had another opportunity for some pictures.

Museum turned out to be a ’boutique’ one (but at least it was free of charge) – just two dark rooms with many traditional masks (used in dances) from different regions of Bolivia. Some beautifully lit, some not. Unfortunately, it’s prohibitet to photograph there, so I can’t share my aesthetic thrill, but only send you to my post of Urkupiña, in which I posted pictures from the parade.

Watching these multicolored masks with fancy forms from up close, it’s a completely different experience and a great lesson of geography and bolivian traditions, so varied in this ‘multinational’ country.
I’ve seen huge, colorful, plastic and – glass made masks of Los Tobas and Diablada dancers and completely different in character mask from Tarija (Southern Bolivia) – wooden, that reminded me African ones. There were also masks made of fabric (resembling puppets) and of animal … sculls.

After I left the museum, I went to visit (once again) the only church that seemed to be always open – ‘San Francisco’ from the mid-sixteenth century. I immediately turned my attention to oil portraits of the temple patronsin the vestibule and  soon after that I was starying at the huge gold-plated Baroque high altar.

Franciscan Church is located between ‘Plaza Juan Frias’ – separated from the busy street by white arches and ‘Museo Historico Militar’, with the old cannons and a small model aircraft on its courtyard, as well as book fair. I wasn’t even trying to get inside as I am not interested in military.

Beside the local bazaar on Calle Ravelo you can find several tiny souvenir shops ad stands, where I tried to use my newly acquired skills of bargaining. And? It worked pretty well, I just wasn’t entairly happy with the braided belt, for which I gave 28 bs. (first price was 40bs.) when a moment later I bought quite similar one for 20bs.! (this time I said that I only have 20 in my pocket and not a “centavo” more :) By the way, these are beautiful hand-woven belts, but I still can’t figure out how they should be worn as they have very unconventional ends.

Nearby I saw a charming baroque church of ‘San Miguel‘, tucked away from the street in the shadow of a tall iron gate (of course closed). What was so caprivating in it? – wonderfully naive primitive reliefs on the facade. With the naked eye can be seen here mix of forms imposed by the conquistadors and ancient Inca art. Really cute :)

On a lazy afternoon, it is worthwhile to walk to the ‘Simon Bolivar Park’ – favorite place of couples, kids climbing on the miniature Eiffel Tower (which does not resemble the original) and students practicing traditional dances. Park fills up with the music especially after dark, when the neoclassical buildings of ‘Teatro Gran Mariscal ‘and’ Corte Suprema “, as well as ‘ecclesial ‘façade of St. Barbara Hospital are beautifully lit. Apparently, it is aso possibile to visit an old railway station nearby, but as I read something about strain dogs there, I decided to bypass this attraction.

For a little longer walk you can go to the oldest Cemetery in Bolivia, with graves of presidents, beatifull and rich as well as an ordinary residents of Sucre. For a small fee (I do not remember how much, but it wasn’t much) you can find a guide (just ask around some local children and they will bring you someone), who will talk about the most ‘valuable’ graves and the people under them. In fact, the place isn’t much different from a public cemetery in Cochabamba – is’s just a little smaller and maybe better kept (although even presidential monuments were covered with dry flowers), but I also noted that due to lack of space, new buildings are going up here too.

Cemetery in Sucre says goodbye (or welcome, if you prefer) with somehow unoptimistic (but how true!) words on its gate: “Today it’s me, tomorrow you’.

So, see you tomorrow!

Sucre II – Where Not to Sleep and Where to Eat *** Gdzie nie spac i gdzie jesc

Wycieczke po Sucre rozpoczynalam zawsze od pysznego sniadania w ‘Abis Cafe’ na Plaza 25 de Mayo (zaraz przy glownym placu). Troche burzujsko, przyznaje, ale jak to mowia – pierwszy posilek jest najwazniejszy i nie ma to jak zjedzenie go w przyjemnym (czystym) lokalu.

Alternatywa byly wlasnorecznie sporzadzone kanapki w hostelowej ‘kuchni’ – normalnie nie maialbym nic przeciwko, jednak nasz ‘Hostal Colon’ nie nalezal do najbardziej zadbanych. A szkoda! Piekny kolonialny dom, blisko centrum mialby ogromny potencjal – zamiast tego zastalismy niezamiecione podworze, brudna ‘kuchnie’ bez podstawowych naczyn, za to z resztkami (starymi) jedzenia w szafce. Ja zakwaterowana zostalam z kolezanka w pokoju 2-osobowym (w sucre to standard) zaraz przy ‘kuchni’ na parterze – poniewaz pokoj byl czescia zadaszonego patio, nie mielismy w zasadzie okna, tylko przeszklone drzwi. Wyposarzenie pokoju bylo nader skromne i zakurzone, sciany troche zagrzybione. Dodatkowa atrakcja byly komary, ktore pozostawily po sobie pamiatke pod postacia swedzacych babli na nogach. Lazienka, w podworzu z prysznicem, ktory byl goracy tylko wtedy, kiedy woda leciala ciurkiem – a wszystko to za 60 bs.????!

Szczesliwie, mialam przy sobie kartki przewodnika wydrukowanego z ‘Wiki Travel’, ktory wspominal kilka lepszych miejsc w okolicy. Napredce wybralismy sie wiec na poszukiwania: po chwili stalismy pod brama ‘Gringo Rincon’, by niestety dowiedziec sie, ze nie ma wolnych miejsc…Coz, podobno jest to najlepszy hostel za 40 bs., wiec trudno sie dziwic. Wstapilismy do innego, tam chciano 120 bs. od osoby – troszku za wiele. Najbardziej spodobal mi sie ‘Hostal Inka’, z wyremontowanymi pokojami 3-osobowymi z lazienka,  telewizorem na scianie i oknem (:) – ulokowanymi wokol przestronnego dziedzinca, ktory zostal swiezo zamieciony, wszystko to za jedyne 60 bs. (gdyby przyszlo nas wiecej, za 50 bs.)! Przyznam, troche mnie zastanowil brak turystow, ale jakie to ma znaczenie? Wazne, ze miejsce bylo lepsze niz poprzednie!

Zadzwonilismy zeby przekonac innych, ale kiedy okazalo sie, ze nasze bezokienne pokoje sa za 35 bs. nikt nie chcial sie przenosic…Coz, nie bede przeciez sama mieszkala w wielkim pustym ‘Hostalu Inka’ – biorac jednak pod uwage to, ze zaoszczedzilam 25 bs. – postanowilam za te pieniadze uraczyc sie sniadaniem w jakims ‘posh’ miejscu.

Padlo wlasnie na ‘Cafe Abis’, ktorej wlascicielem jest podobno Belgijczyk, poniewaz moj przewodnik przekonywal, ze miejsce to jest mile i przyjazne, a jedzenie przepyszne. ‘Wiki’ sie nie mylila – za mniej niz 25 bs. raczylam sie zapiekanym panini z serem i szynka lub z kurczakiem i cebulka, tostami z konfiturami + duzym kubkiem herbaty z cynamonem. W oczekiwaniu na te pysznosci, moglam w spokoju planowac nastepny dzien zwiedzania na moich 3 mapach Sucre:) Poniewaz kafejka nie nalezy do najtanszych, przyciaga glownie obcokrajowcow (jak Wlocha Marco, ktory przyjechal do siostry na wakacje) i biznesmenow. Nie jest tam ani za pusto, ani za tloczno. Czasem tylko wejdzie ktos z ulicy na loda z galki:)

Obiad i kolacje jadlam juz wspolnie z przyjaciolmi, ktorzy mieli przerwe w konferencji. Pierwszego dnia polecono nam restauracje ‘Rockers’, ktorej wlasciciel wygladal jak zapalony fan Marilyna Mansona, i ktorej wnetrze zdradzalo gleboka fascynacje muzyka rokowa (tylko te rozowe sciany nie pasowaly do wystroju, ale moze sie  nie znam….). Przyjemne i czyste miejsce z 3-daniowym obiadem za jedyne 15 bs.! Trudo to przebic prawda? Jedzenieco prawda szalu nie robilo, ale bylo calkiem smaczne i pozywne.

Wieczorem wybralismy sie do baru, ktory miescil sie pod posadzka restauracji i od razu przypomnialy mi sie podziemne puby w Toruniu – w szczegolnosci ‘nadziemny’ ‘Bunkier‘:)  Jako ze mielismy tam zjesc kolacje (po ponad godzinnym marszu po miescie okazalo sie jednak, ze tylko ja zostalam do nakarmienia), zamowilam  frytki i wodke ze Spritem – jakos nie mam apetytu w takich miejscach. Kiedy w koncu mi je podano przezylam szok – byly one przepyszne! Nie za tluste, chrupiace, gorace, posypane odrobina soli (co tutaj jest rzadkoscia) i pieprzem, polene keczupem, majonezem i musztarda, z bardzo pikantnymi chili w sosie sojowym! Pycha:) I to za jedyne 8 bs! Dodatkowe atrakcje dla fanow ciezkiej muzy:) Niestety nie pamietam dokladnego adresu, ale bylo to gdzies na skrzyzowniu ulicy Loa i Olaneta. Polecam.

Nie polecam natomiast lunchu na bazarze przy ulicy Ravelo – ‘Sopa de mani’ (z orzeszkow ziemnych), nie przypominala mi niczym pysznej zupy, ktora wczesniej znalam z Cochabamby czy chocby bazaru w Potosi. Z drugiej strony, kosztowala tylko 4 bs. Cos za cos.

Cenowa porazka byla za to pizza w jednej z centralnych ‘posh’ restauracji – 1 za 60 bs., zjedzona na 5 osob. Przynam, pyszna, ale jakby troche za mala… Poza tym, przed podaniem pizzy przyniesiono nam smiesznie bezsensowne male talezyki w ksztalcie kawalka pizzy oraz widelec i lyzke. Tak, lyzke! Dosyc dlugo dyskutowalismy po jakiego nam lyzka do pizzy, az przybiegla do nas kelnerka przepraszajac za pomylke:)

Nastepnego dnia zakupilam za to najdrozsza pomarancze sezonu, od ulicznej sprzedawczyni soku, za cale 1 bs. (przypomne tylko, ze 100 pomaranczy mozna kupic na bazarze w Cochabambie za 35 bs.). Coz, moj organizm potrzebowal witamin i mineralow, wiec po chwili wedrowalam w pelnym upale po snieznobialych uliczkach z obrana pomarancza w reku, zastanawiajac sie, jak ja ‘rozgrysc’, zeby nie popryskac sokiem calego ubrania. I wiecie co, nie udalo mi sie wymyslic zadnego sensownego sposobu – wgryzlam sie wiec w jeden koniec owocu i wyssalam z niego tyle soku, ile tylko sie dalo. Coz za marnotrawstwo!

Moim ostatnim posilkiem byly frytki z pobliskiej budki – nie warto jednak o nich szerzej wspominac.

***

I began every day in Sucre with a delicious breakfast –  always in the ‘Abis Cafe’ at the Plaza 25 de Mayo (just off the main square). A little ‘posh’ one I must admit, but as they say – the first meal is the most important and there’s nothing like eating it in a nice (clean) place.

Alternatively, I could had made some  sandwiches  in our the hostel’s  ‘kitchen’ – what I would normally do, but our  ‘Hostal Colon’ wasn’t  very  well maintained.  What a  pity!  Beautiful colonial house, close to the center would have a huge potential – instead we found messy  yard, dirty ‘kitchen’ without basic dishes,  but with  the remains (old) of  food in the cupboard.

I was allocated in a double room with a friend (it is a standard in Sucre)  right next to the ‘kitchen’ on the ground floor – because the room was part of a roofed patio, basically we had no windows, only a glass door. Room was very modest and dusty with a bit moldy walls. Additionally there were mosquitoes, which left a souvenir on my legs in the form of itchy bobbles. Bathroom with a shower was located in the courtyard and the water was hot only when’ dripping’ slowly – all this for 60 bs.??!

Luckily, I had a guide printed from ‘Wiki Travel’, that recalled few better places in the area. So we went hastily on the lookout for a new place: and a moment later we stood at the gate of ‘Gringo Rincon’ to sadly learn that there were no free rooms … Well, apparently this is the best hostel for 40 bs., so it is hardly surprising that it’s full. We walked to the other, where they wanted 120 bs. per person – a  little too much.

I liked the most ‘Hostal Inka’, with renovated tipple or double rooms with bathroom, TV on the wall and the window (:) – located around the spacious courtyard, which was freshly swept – and all this for only 60 bs. (if we came with more people, for 50 bs.)! I admit, I kinda thought that this place appeared somehow empty, but does it matter? Important was that the place was better than the previous one!
We called to convince others to move, but when it turned out that our windowless rooms are for only 35 bs. nobody wanted to leave … Well, surely I didn’t want to live alone in a big empty  ‘Hostal Inka’ – but taking into account that I  saved 25 bs.,  I decided to eat a nice breakfast in a ‘posh’ place.

So, ‘Cafe Abis’, according to my ‘Wiki-guide’, has Belgian, is cozy and friendly, and serves  delicious food. ‘Wiki‘ was right – for less than 25 bs. I could eat toasted panini with cheese and ham or chicken and onions, toast with jam + big cup of tea with cinnamon. In anticipation for these delicacies, I could  plan my trip for the next day, exploring my 3 maps of Sucre :) Since the cafe is not the cheapest, attracts mostly foreigners (as Italian Marco, who was on holiday visiting his sister), and businessmen. This place is never  too empty or too crowded. Sometimes someone will pop over  from the street to buy home – made ice cream :)

I ate lunches and dinners together with friends who were having a break in the conference. The first day someone recommended restaurants ‘Rockers’, whose owner looked like an avid fan of Marilyn Manson, and whose interior showed deep fascination with ‘hard’ music (only the pink walls didn’t fit the decor, but maybe I am wrong? ….). It was a nice and clean place with a 3-course dinner for only 15 bs.! Amazing, isn’t it? Food wasn’t so incredible, but it was quite tasty and nutritious.

In the evening we went to the bar, which was located under the floor of the same restaurant and immediately I had a flash-back of the underground pubs in Toruń – ‘above-ground ‘Bunkier’ in particular:). As we came there to eat dinner (after over an hour walking around the city I realized that I was the only one to be fed), I ordered french fries and vodka with Sprite – somehow I do not have appetite in such places. When finally the dish arrived I was shocked – it was delicious! Not too greasy, crunchy, hot, sprinkled with a bit of salt (which is a rarity here) and pepper, covered in stripes of ketchup, mayonnaise and mustard, with a very spicy chili dipped in a soy sauce! Great :) And for only 8 bs! Unfortunately I do not remember the exact address, but it was somewhere on the corner of Calle Loa and Olaneta. I truly recommend it.

What I do not recommend is a lunch at the market on Calle Ravelo – ‘Sopa de mani’ (Peanut soup), didn’t look or taste like a delicious soup, which I knew before from Cochabamba  and bazaar in Potosi. On the other hand, it cost only 4 bs. Something for something.

Slightly higher price tag we met for a pizza in one of the central restaurants – 1 for 60 bs., eaten by 5 hungry people. Delicious, but a little too small though … Besides, before serving pizza they brought us senseless funny and plastic small plates shaped in  a piece of pizza with a fork and spoon. Yes, a tablespoon! After quite a long time of discussing what do we need a tablespoon for, the waitress came to us apologizing for the mistake :)

The next day I bought the most expensive oranges in whole Bolivia from the juice vendor on the street, one for 1 bs. (please, remember you can buy 100 oranges at the market in Cochabamba for less than 40 bs.). Well, my body needed the vitamins and minerals, so after a while I was wandering in the full heat along the snow- white streets with a peeled orange in my hand (its white skin was quite hard at that point), trying to figure out how to eat that fruit without splashing its  juice all over my clothes? And you know what, I could not think of any reasonable way – so I bit into one end of the orange and suck as much juice out of it as I could. What a waste!

My last meal in Sucre were french fries from the street vendor – but I have no reason to write about them more.

Sucre I – The City of Four Names*** Miasto o czterech nazwach

Sucre jest miastem na tyle waznym w historii Ameryki Poludniowej, ze warto szerzej zapoznac sie z jego historia, architektura i innymi atrakcjami. A wiec zacznijmy od poczatku.

Dzisiejsze Sucre zostalo zalozone w roku 1538 pod nazwa Ciudad de la Plata de la Nueva Toledo’ czyli Srebrne Miasto Nowe Toledo. Wkrotce La Plata zostala stolica ‘Audiencia de Charkas’, ktora sprawowala piecze nad rozleglym terenem Ameryki Poludniowej (dzisiejszy Paragwaj, Peru, Chile, Argentyna i Boliwia) – pod patronatem kolonialnego Wicekrolestwa Peru. Pozniej przeksztalcila sie w Wicekrolestwo ‘Rio de La Plata‘.

W 1609 w miescie powstalo arcybiskupstwo a w 1624 – Uniwersytet Sw. Franciszka Ksawerego (drugi najstarszy w Ameryce Poludniowej). Do dzis Sucre jest duchowa stolica Boliwii, z ponad 100 kosciolow i licznymi konwentami oraz mekka studentow, takze zagranicznych.

Kultura andaluzyjska, ktora przyniesli konkwiskadorzy, ma swoje odbicie w niezwykle bogatej architekturze prywatnej jak i koscielnej. Domy jak i urzedy zostaly zbudowane wokol przestronnych dziedzincow (patio), oplecionych przepieknymi arkadami, zas ich elewacje wyrozniaja sie licznymi balkonami (drewniane pochadza z ery kolonialnej, metalowe z republikanskiej). Architektura koscielna zas jest meskla renesansu (z elementami gotyku), baroku i neoklasycyzmu. W niektorych budowlach da sie rowniez zaobserwowac tzw. metysaz, czyli wplywy rdzennej kultury indianskiej (wiecej na ten temat tutaj: http://amerykalacinska.com/www/index.php/73-74/10-latynoamerykaska-architektura-kolonialna–zarys-rozwoju-i-charakterystyka.html).

Dzieki przyjemnemu kilmatowi, Sucre stalo sie rezydencja wlascicieli kopalni srebra w Potosi, ktore oddalone jest o 2 godziny (jazdy autobusem) – stad niezwykly rozwoj tego miasta. (O Potosi pisalam wczesniej: http://amerykalacinska.com/www/index.php/73-74/10-latynoamerykaska-architektura-kolonialna–zarys-rozwoju-i-charakterystyka.html).

Odzwierciedleniem nowobogackiego stylu zycia jest zamek Gloriettanajdziwniejszy przyklad historyzmu jaki przyszlo mi ogladac, w zyciu!

W 1809 roku Sucre zapoczatkowalo ruch wyzwolenczy Boliwii (jak i calej Ameryki Poludniowej), by w roku 1826 stac sie ‘prowizoryczna’ stolica utworzonego ‘Alto Peru’, a 13 lat pozniej – konstytucyjna stolica Boliwii. Z upadkiem potegi ekonomicznej w Potosi pod koniec XIX w. rzad Boliwii przeniosl sie do La Paz. Do dzis Boliwia posiada dwie stolice.

W roku 1991 Sucre zostalo objete patronatem UNESCO.

4 nazwy:

  • Charcas – pierwotna, przedkolonialna nazwa miasta
  • La Plata – w czasach swietnosci kopalni srebra w pobliskim Potosi
  • Chuquisaca – imie nadane miastu w czasach walki o niepodleglosc
  • Sucre – nazwa nadana miastu na szesc jednego z przywodcow rewolucji – Antonio Jose de Sucre

A ja dodam jeszcze jedna, ktora takze jest powszechnie uzywana: ‘La Ciudad Blanca’, poniewaz wiekszosc budowli pomalowana jest na kolor bialy. Nie polecam wiec zwiedzania miasta bez okularow przeciwslonecznych i kremu z filtrem – grozi to slepota i poparzeniem. Polecam rowniez zaopatrzenie sie w sombrero (jego brak spowodowal, ze chodzilam po miescie oslaniajac twarz dlonia lub mapa, albo szukajac cienia, co nie bylo to zbyt wygodne).

Tak na marginesie, odwiedzilam kiedys Ostuni – ‘La Citta Bianca’ we Wloszech. Niby ta sama nazwa, lecz zupelnie inne klimaty. Wloskie miasteczko wznosi sie na wzgorzu – boliwijskie polozone jest w dolinie. Ostuni jest spokojnym miasteczkiem ‘prawie’ wolnym od samochodow z powodu bardzo waskich uliczek (choc przekonalam sie na wlasne oczy, ze niemozliwe stalo sie mozliwym) – Sucre jest miastem tetniacym zyciem, a po jego uliczkach jezdza tysiace glosnych pojazdow.  Ostuni posiada kilka kosciolow – Sucre ponad 100! Przyjrzyjmy sie im z bliska:)

Swoj tour zaczelam od Plaza 25 de Mayo – glownego placu Sucre, ktory jest parkiem! Przyjemnie, prawda? Podobna Plaze maja Cochabamba i Santa Cruz .

Swoje pierwsze kroki skierowalam do Katedry Guadalupe – kojarzy Wam sie z czyms ta nazwa? Oczywiscie – z telenowelami meksykanskimi,  w ktorych glowne bohaterki wznosily swe modly do Matki Boskiej z Guadalupe i wlasnie w katedrze w Sucre znajduje sie jeden z Jej wizerunkow! Poniewaz miasto obchodzilo swieto maryjne, katedra byla otwarta dla zwiedzajacych, a swiety obraz w przebogatej sukience wystawiony na pokaz.

Normalnie by go zobaczyc, trzeba zakupic bilet w muzeum katedralnym za 40 bs. bez mozliwosci robienia zdjec. W tym najwazniejszym muzeum w Boliwii mozna zobaczyc obiekty sztuki sakralnej i swieckiej. Przewodnik wspomina pinakoteke z malarstwem m.in. Van Dycka i Zurbarana, ale mnie poinformowano, ze znajduje sie ona w innej czesci miasta, gdzie trzeba zakupic dodatkowy bilet (?). Coz, bylo to jedne z niewielu miejsc, ktorych nie odwiedzilam.

Budowa katedry rozpoczela sie w roku 1559, ale widoczne sa w jej architekturze wplywy zarowno renesansowe, barokowe jak i neoklasyczne. W jej obrebie znajduje sie Kaplica Virgen de Guadalupe ze swietym obrazem.

Po muzeum postanowilam zwiedzic pobliskie budowle urzedowe, jednak z powodu protestu (a jakze!), byly one zamkniete. Gdy przemarsz dobiegl konca, odwiedzilam Casa de Libertad – najwazniejsza budowle w kraju, w ktorej Simon Bolivar oglosil republike, i ktora do dzis przechowuje karty pierwszej konstytucji Ameryki Poludniowej. Fasada prezentuje piekny przyklad architektury kolonialnej, z drewnianymi balkonami.

Prefectura de Chuquisaca – czyli budynek rzadu (dzis tylko regionalny), w ktorym przemily straznik pozwolil mi zrobic kilka zdjec oraz poinformowal, ze za kilka tygodni bedzie mozna go zwiedzac i podziwiac panorame miasta z dachu. Jest to najbardziej reprezentacyjny budynek w stylu republiki.

Wedrujac ulica Calvo przylegajaca do glownego placu, odwiedzilam koscioly Santo Domingo, Santa Clara (w ktorym znajduje sie muzeum, ktorego nie znalazlam (?) oraz najstarszy kosciol Sucre – San Lazaro (1544). Niestety ten ostatni i poniekad najciekawszy okazal sie zamkniety dla zwiedzajacych, zostalo mi wiec do podziwiania jego zewnetrze oraz ciekawie zdobiona (niedzialajaca) fontanna.

Stad juz niedaleko do La Recoleta, gdzie znajduje sie kosciol i muzeum oraz taras widokowy. To miejsce odwiedzilam jednak ostaniego dnia z wycieczka uniwersytecka. Przyznam, kosciol nie zachwyca, a ciekawie wygladajace na ulotkach Muzeum Sztuki Tradycyjnej  niestety bylo juz zakniete… Coz, nastepnym razem:)

W drodze powrotnej postanowilam odwiedzic Muzeum Kolonialne (Museo Colonial Charcas) i wiecie co? – bylo ono w (rocznym) remoncie! Moje szczescie…

Cdn.

                                                          ***

Last week I went together with the students of the University of San Simon of Cochabamba to Sucre – Bolivia’s capital. Before the journey I had read about the extraordinary charm of this historic city and beauty of its architecture. I must admit, I wasn’t disappointed – Sucre has it all: charming old town with a very well preserved colonial architecture, a pleasant temperate and dry climate throughout the year (although for someone from Central Europe this climate is rather hot;), interesting footprints of dinosaurs, waterfalls and mountains, crafts from the nearby Tarabuko (with one of the most beautiful fabrics in Bolivia) and … chocolate factory ‘Para Ti’.

Sucre was founded in 1538 under the name “Ciudad de la Plata de la Nueva Toledo” or Silver City of New Toledo. Soon La Plata was the capital of ‘Audiencia de Charkas’, which held custody over the sweeping area of ​​South America (present -day Paraguay, Peru, Chile, Argentina and Bolivia) – under the auspices of the colonial Viceroyalty of Peru. Later Sucre evolved into the Viceroyalty’ Rio de La Plata “.

In 1609 the archbishopric was founded and in 1624 – St. Francis Xavier University (the second oldest in South America). Until today, Sucre is the spiritual capital of Bolivia, with more than 100 churches and numerous convents.

Andalusian culture, brought by conquistadors, is reflected in a rich architecture, private and sacred. Private homes and offices were built around spacious courtyards (patios), braided with marvelous arcades, while the facades are characterized by a number of balconies (wooden are derived from the colonial era while the the metal ones from the republican). Church architecture is a mix of Renaissance (with elements of Gothic), Baroque and Neoclassicism. In some buildings can also be observed the so- called ‘mestizo’ style with the influences of the indigenous Indian culture.

With its pleasant climate, Sucre became the residence of the owners of the silver mines in Potosi, which is just a 2 hours drive by bus – hence the development of this extraordinary city. (I wrote earlier about Potosi here: http://amerykalacinska.com/www/index.php/73-74/10-latynoamerykaska-architektura-kolonialna–zarys-rozwoju-i-charakterystyka.html).

A reflection of a newly rich lifestyle is best seen in a Castle of Glorietta – the strangest example of historic architecture that I’ve seen in my entire life!

In 1809, Sucre started Bolivian liberation movement (as well as the whole of South America), in 1826 the city became a ‘provisional’ capital of newly created ‘Alto Peru’, and 13 years later – the constitutional capital of Bolivia. With the collapse of economic power of Potosi at the end of the nineteenth century, the government of Bolivia moved to La Paz and since that time Bolivia has two capitals.

In 1991 Sucre has became an UNESCO site.

Four names:

■ Charcas – the original, pre – colonial name of the city

La Plata – in times of splendor in the nearby silver mines of Potosi

Chuquisaca – name given to the city during the struggle for independence

Sucre – the name given to the city to commemorate one of the leaders of the revolution – Antonio Jose de Sucre.

And I will add another one, which is also widely used: ‘La Ciudad Blanca’, because most buildings are painted in white. That’s why I do not recommend visiting the city without sunglasses and sunscreen – it may cause blindness and burns. I recommend also sombrero (I walked around the city shielding my face with a hand or a map, searching for shade and it wasn’t too comfortable).

By the way, I visited once Ostuni – ‘La Citta Bianca’ in Italy. Kind of the same name but a completely different atmosphere. Italian town perched on a hill – Bolivian is located in the valley. Ostuni is a quiet town ‘almost’ car – free due to the very narrow streets (although I’ve seen with my own eyes, that impossible became possible) – Sucre is a vibrant city, full of noisy vehicles. And the last but not least, Ostuni has several churches – Sucre over 100! So, let’s look at them up close :)

I started my tour from the Plaza 25 de Mayo– Sucre’s main square, which is a park! Nice, isn’t’ it? Similar to Santa Cruz and Cochabamba.

First I went to the Cathedral of Guadalupe – do you associate this name with something? Of course – with Mexican soap operas, in which the main characters always pray to Our Lady of Guadalupe, and the Cathedral of Sucre houses one of Her images!

Because the town celebrated the feast of St. Mary, the cathedral was open to the public, and the holy image in beautifully rich dress was on the show.

Normally to see it you have to purchase a ticket in the cathedral museum for 40 bs. without possibility of taking pictures. In the most important museum in Bolivia the sacred and secular objects of art can be seen. Guidebook says of Pinacoteca with Van Dyck and Zurbaran, but I have been informed that it is located in a different part of the city and that I have to buy an extra ticket (?). Well, it was one of the few places that I have not visited.

Construction of the cathedral began in 1559, but Renaissance, Baroque and Neo-classical influences can be seen in the architecture. Cathedral contains also the Chapel of the Virgen de Guadalupe with the sacred image.

After the museum I decided to visit the nearby government buildings, but because of the protest (of course!), they were closed. When the parade was over, I visited Casa de Libertad – the most important building in the country in which Simon Bolivar proclaimed Republic, and which still holds first constitution of South America. Facade presents a beautiful example of colonial architecture, with wooden balconies.

Prefecture de Chuquisaca – a government building (now only regional), where nice guard allowed me to take some pictures and reported that in a few weeks building will be open to public to explore and admire the panorama of the city from its roof, is the most representative building in the style of the Republic.

Wandering along Calvo street from the main square, I visited churches of Santo Domingo, Santa Clara (in which the museum is located that I didn’t find (?) and the oldest church in Sucre – San Lazaro (1544). Unfortunately, the last and most interesting church turned out to be closed , so I was left to admire its exterior and interestingly decorated (dry) fountain.

From there it was very close to La Recoleta, where the church, museum and mirador are located, but I visited this place on the last day with the students. I admit, the church wasn’t’ very interesting and The Indigenous Art Museum unfortunately was already closed … Well, next time :)

On the way back I decided to visit the Colonial Museum (Museo Colonial Charcas) and guess what? – It was in the (annual) renovation! My luck …

To be continued…