San Juan Bautista of Porongo *** Na tropie jezuitow w Boliwii

Porongo, jak juz wspomnialam, zostalo zalozone przez jezuite Santiago de Rivero na wzor wielkich misji Chiquitanii, i jeszcze rok temu (-–>W drodze do Porongo) miasteczko wygladalo na miejsce, gdzie diabel mowi dobranoc. Nie, nie zapomniane przez Boga, ale zupelnie odseparowane od komercji, zalewajacej Boliwie. Dzis jednak Porongo przechodzi transformacje, ale miejmy nadzieje, ze pojdzie ona w dobrym kierunku. Dzieki wsparciu panstwa, mieszkancy buduja chodniki wokol ogromnego zielonego placu, ktory nie zostal przeksztalcony, tak jak w innych misjach w park, ale w ogromne boisko do pilki noznej, z bardzo dobrze utrzymanm trawnikiem!.

Na szczescie, rzad finansuje rowniez renowacje największego skarbu Porongo, jakim jest drewniany kosciol San Juan Bautista de Porongo (1716), zaliczony w roku 1999 do “Patrimonio Nacional de Bolivia oraz kolonialnych domow otaczajacych glowny plac.

Mialam wielkie szczescie moc obserwowac remont swiatyni w akcji, prowadzony przez konserwatora – Alfredo. Nie tylko objasnil mi on proces renowacji oltarza glownego, ale pokazal rowniez rzezby przechowywane w zakrystii swiatyni. Alfredo, ktory uczyl się zawodu we Francji, przywracal do zycia dziela sztuki we wszystkich glownych  miastach Boliwii: Sucre, Potosi, La Paz oraz mniejszych miejscowosciach, jak Porongo. Opowiadal, ze czuje sie bardzo uprzywilejowany moc pracowac i mieszkac w tych wszystkich miejscach, poznajac nowych ludzi i ratujac dziedzictwo kulturalne Boliwii.

Danuta Stawarz Photography

Musze przyznac, ze on i jego koledzy ‘odwalili kawal swietnej roboty’, oczyszczajac stare drewniane rzezby, rekonstruujac brakujace elementy i odnawiajac oryginalna polichromie. Alfredo skorygowal nawet wzrok swietego, przekrzywiony w czasie poprzedniej nieudolnej renowacji! Niezwyklym bylo zobaczyc z tak bliska te wszystkie posagi bez odzienia oraz zajrzec w ich szkalane oczy otoczone rzesami.

_MG_7303

_MG_7309

_MG_7310

Tak bylam zaoferowana piekna kolekcja artefaksow oraz ciekawa rozmowa z Alfredo, ze kiedy opuscilam zakrystie, znalazlam swojego Freddiego w stanie bliskim rozpaczy, szukajacego mnie po wszystkich zakatkach Porongo…

_MG_7294

***

Porongo, as I mentioned before, was founded by the Jesuit priest Santiago de Rivero, in the style as the great missions of Chiquitania and just a year ago  (—> On the Way to Porongo) the town looked like the place where the devil says goodnight. No, not forgotten by God, but completely separated from commerce flooding Bolivia. Today however, Porongo is undergoing some transformations and let’s hope they will go in good direction. With the support of the state, residents are building sidewalks around the huge green plaza, which is not been transformed, as in other missions in the park, but the huge football field, with a very well kept lawn!

Thankfully, the government also finances the renovation of Porongos’ biggest treasure declared ‘Patrimonio Nacional de Bolivia’ in 1999 – it’s old temple  of  San Juan Bautista de Porongo (1716) and ancient houses that surround the main plaza.

I was very lucky to be able to see the renovation of the temple in action, being guided by one of the conservators – Alfredo, to the back of the church where all ancient wooden statues were being stored. Alfredo, who was learning his profession in France,  was restoring the works of art in all main cities of Bolivia eg. Potosi, Sucre, La Paz, but also small towns and villages like Porongo. He enjoyed living in all these different places, meeting new people and of course, taking care of Bolivian patrimony. I must admit, he and his colleagues, were doing great job, cleaning old wooden sculptures, reconstructing missing pieces and painting them as they were painted originally.  He even corrected the eye of the saint, that was crooked due to previous bad restoration! I was delighted to see all these statues without clothes and to look into their glass eyes, with big eyelashes from up close:)

Porongo

I was so happy to chat to Alfredo, that I forgot the passing time and when I left the sacristy, I found my Freddy in despair, looking everywhere for me…

300 Years of Porongo *** Gdzie diabel mowil dobranoc

14 lutego 1714 roku, ksiadz Santiago de Rivero i Indianie Chiriguanos (wschodnio – boliwijscy Guarani), załozyli miasteczko Porongo – jedna z ostatnich misji jezuitow w Boliwii.

A w ostania sobote miasteczko to obchodzilo 300 lat swojego istnienia! Niestety, ominely nas wszystkie uroczystosci religijne, ktore odbyly sie rano, ale zalapalismy sie na pokaz tradycyjnego wypieku mojej ulubionej ‘empanada de aroz’, podczas ktorego pewien pan usilnie staral sie mi wytlumaczyc historie Porongo oraz poczestowal mnie swiezym wypiekiem, mimo protestow pan, ktore przekonywaly, ze empanady sa tylko na pokaz:)

_MG_7679

Nie doczekalismy rowniez wyborow Krolowej Karnawalu, bowiem byly one zaplanowane na pozny wieczor, ale i tak moglismy podziwiac sliczne kandydatki w tradycyjnych strojach Camba, przechadzajace sie po placu.

_MG_7734

Przed powrotem do miasta zdazylismy jednak wypic zimne piwo, przy akompaniamencie tradycyjnego zespolu, z panem wygrywajacym skoczne melodie na…. lisciu pomaranczy:)

_MG_7749 _MG_7750

*

Porongo odwiedzilismy juz po raz trzeci (—> W drodze do Porongo), za każdym razem bedac serdecznie witani przez mieszkancow, ktorym nie przeszkadzalo nasze wscibskie oko, schowane za wizjerem aparatu. Niestety dla nas, a na szczęście dla nich – gubernator Santa Cruz finansuje budowe drogi asfaltowej oraz chodnikow w centrum Porongo, co zmieni na zawsze tradycyjny wyglad tego miasteczka oraz jego spokojna egzystencje. Ale takie jest życie, a rosnaca populacja mieszkancow Porongo zasługuje na poprawe jego warunkow.

_MG_7393

Uwaza sie, ze Porongo zawdziecza swoja nazwę owocu poro poro, ktory jest podobny w smaku  do marakui, ale miasteczko to jest znane w calej Boliwii jako stolica achachairu! Ten —> boliwijski owoc, niedawno wprowadzony na rynek europejski przez Marks & Spencer, rosnie w wielu ogrodach w okolicy i zbierany jest od grudnia (Fiesta de Achachairu) do marca. Owoce w tych miesiacach mozna zakupic od sprzedawczyn, ktore rozkladaja kosze z ‘pomaranczowym zlotem’ wokol plazy.

_MG_7704 _MG_7713

A tydzien temu dostalismy caly worek swiezo zerwanych owocow od wlascicielki sklepu, w ktorym kupilismy piwo:) Dorzucila ona jeszcze kilka mandarynek i mango:)  Goscinnosc mieszkancow Porongo nie zna granic!

*

Porongo jest jedna z pieciu prowincji, tworzacych Narodowy Park Amboro i nawet w drodze z Santa Cruz mozna podziwiac bujna zielen tropikalnych lasow, a takze piaszczyste wydmy i naturalne laguny. Obszar ten znany jest rowniez z produkcji kawy, podobno najlepszej w regionie, ale jeszcze jej nie probowalismy. W czerwcu odbywa sie festyn na czesc patrona Sw. Jana, kiedy to mieszkancy pala wielkie ogniska i chodza po rozrzazonych weglach, co mam nadzieje zobaczyc na wlasne oczy w niedalekiej przyszlosci:)

_MG_7797

***

On February 14th 1714, friar Santiago de Rivero and indigenous Chirigianos (Eastern Bolivian Guaraní), founded a small town of Porongo – one of the last jesuit missions in Bolivia.

Last Saturday, this town was celebrating 300 years of its faith and life (fe y vida), that hasn’t change much since colonial times. Unfortunately, we have missed all religious ceremonies, which were held in the morning, but being able to grab a demonstration of traditional baking of my favorite ’empanada de aroz‘. One gentleman earnestly tried to explain to me the story of Porongo and offered me a fresh baked empanada, despite the protests of local women who argued that the empanadas are only for display:)

We missed as well the announcement of ‘Reina de Carnaval’ (Carnival Queen), because it was scheduled later in the evening, but even so we could admire some of the candidates in traditional Camba costumes relaxing on the square.

_MG_7727

Before heading back to the city, we had some cold beer listening the sounds of the traditional band, with a frontman winning lively melodies on …. orange leaf :)

_MG_7743

*

It was our third visit to this village (—>On the Way to Porongo) and each time we were sincerely welcomed by its residents, don’t minding us strolling the streets with big cameras pointing at their homes and documenting their peaceful existence. Unfortunately for us, and fortunately for them – the government decided to finance not only new road from Santa Cruz, but also pavements in the centre of the town, that will change its traditional appearance maintained for ages. But that’s life, and this growing population of hardworking people deserves their living conditions to be improved.

_MG_7723

Is said that Porongo owes its name to the fruit poro poro, similar in taste to passionfruit, but the town is know to grow—> the best achachairu in Bolivia! This Bolivian fruit, recently introduced in Europe by Marks& Spencer, grows in many gardens in the area and it’s harvested form december (Fiesta de Achachairu) until march.  We were lucky to buy some, as its season it’s coming to an end, but just week ago we were given whole bag of freshly picked fruit by a shop owner from who we bought some beer:) Hospitality of Porongo people is really amazing!

_MG_7287

Porongo is also one of the nine municipalities that make up Amboró National Park  and even on the way from Santa Cruz you can enjoy wast and thick greenery covering the area, as well as sand dunes and lagunas.  This historically coffee producing area still processes some of the best coffee in the region. There is a Coffee Festival each year in June following the town’s “Fiesta Patronal”. Day on which the inhabitants celebrate their patron Saint John the Baptist, with people making a big bonfires and walking over hot coals! I hope to see both celebrations in the future:)

_MG_7425 _MG_7428 _MG_7414

‘Made in Bolivia’ : Achachairú *** Boliwijski owoc

W poprzednim wpisie zapomnialam wspomniec, ze glownym celem naszej wyprawy do Porongo bylo achachairu. Otoz miasteczko to slynie z festiwalu tego owocu, ktory odbywa sie na przelomie grudnia i stycznia – latwo jest wiec sie domyslic, ze troche sie spoznilismy i po ilosci koszykow na placu w Porongo mozna  bylo wywnioskowac, ze sezon na achachairu dobiega konca…

Pewnie zastanawiacie sie ‘z czym to sie je’?

Otoz owoce ‘Garcinia humilis’, zwanej potocznie achachairú albo achacha, pochodza z tropikalnej czesci Boliwii, a jezyku plemiona Guarani ‘achachairu’ znaczy tyle co ‘miodowy pocalunek’.

Danuta Stawarz Photography

Nazwa zapewne odnosi sie do pomaranczowej grubej skorki owocu, kryjacej bialy aromatyczny miazsz. Nie ma go za wiele, bowiem pokrywa on dosyc duze nasienie, czasem dwa. Najlepiej jest wiec rozlupac owoc do polowy i ‘wycycac’ miazsz razem z pestka – troche sie przy tym upaskudzimy, ale na pewno wynagrodzi nam to ten niesamowity, niepodobny do niczego innego, slodko-kwasny smak.

Danuta Stawarz Photography

Osobicie nie widzialam owocow achachairu w Europie, ale podobno na rynek wprowadzila go siec sklepow Marks & Spencer. Dojrzaly owoc, przypominajacy troche owoce dzikiej rozy (tylko wieksze i pomaranczowe), przechowuje sie dobrze poza lodowka, w temperaturze okolo 20 stopni Celsjusza. U nas w mieszkaniu niestety juz po kilku dniach pomaranczowe kulki zaczynaja sie marszczyc i wysychac, ale nadal sa jadalne:)

Owoc ten, zawiera sporo witaminy C, potasu i innych zdrowotnych zwiazkow. Ciekawostka jest to, ze zaczeto go uprawiac na skale przemyslowa w dalekiej Australii, jak rowniez w innych miejscach na Ziemi. Postanowilam wiec, ze nazbieram troche nasion i sprobuje je wysiac w naszej przydomowej ‘szklarni’ w Polsce. Zobaczymy, czy cos z tego wyrosnie. Jezeli sie uda, to bedzie to male (okolo 5-metrowe), wiecznie zielone drzewko o ladnych bialych kwiatkach.

Danuta Stawarz Photography

Pierwszy raz sprobowalam achachairu w Cochabambie, gdzie wyprosilismy na bazarze o jeden owoc na sprobowanie. Przyznam, nie zachwycil mnie tak, jak na przyklad ‘granadilla‘, ale zaintrygowal niecodziennym smakiem oraz tym, ze jest to owoc rdzenny dla Boliwii.

Mam nadzieje zakupic w przyszlosci miod wyrabiany z achachairu, choc nie mam pojecia co to moze byc – czy jest to prawdziwy miod, produkowany przez pszczoly z pylkow kwiatowych, czy sok z owocow lub skorki?. Jeszcze sie z nim nie spotkalam, ale podobno kosztuje 10 razy wiecej niz ten zwykly.

Skorke achachairu uzywa sie w boliwijskiej medycynie ludowej jako srodek przeciwko brodawkom oraz pomagajacy przetrzymac uczucie glodu. Tego jednak nie sprawdzalam na wlasnej skorze (i zoladku), wiec nie potwierdzam. Nalezy jednak uwazac, by nie poplamic ubran pomaranczowym sokiem, bowiem nie da sie go niczym usunac!

Wiecej o achachairu tutaj: http://zoom50.wordpress.com/2012/01/23/achachairuachachagarcinia-humilis/

***

I forgot to mention in the previous post, that we went to Porongo to buy achachairu. This town is famous for the Festival of Achachairu, which takes place in late December and  beginning of January – so it is easy to guess that we were a little too late, and by the number of baskets on the square in Porongo  we could deduce that the season of achachairu was coming to an end …

You’re probably wondering, ‘what the hell is it’?

Fruit of ‘Garcinia humilis’, popularly known as achachairú or achacha, comes from tropical parts of Bolivia and in the Guarani language means ‘honey kiss’.

Its name probably refers to the thick orange peel that hides white soft pulp. There isn’t a lot of it, because it covers quite a large seed, or sometimes two. The best way to eat it, is to split open the rind with a knife or fingers and  suck off the edible part off the seed. Eating this fruit can be messy but surely it will reward us with this amazing, unlike anything else, sweet – sour taste.

I’ve never seem achachairu in Europe, but I read that it can be bought in Marks & Spencer. Ripe fruit reminds me of rosehip (only bigger and orange) and are kept well outside the refrigerator at a temperature of about 20 degrees Celsius. In our apartment unfortunately, after a few days achachairu begins to wrinkle but is still edible :)

This fruit contains a lot of vitamin C, potassium and other healthy substances. It is interesting that people began to cultivate it on an industrial scale in distant Australia, as well as in other places on Earth. So I decided to keep some of the seeds and try to grow achachairu in my parents’ ‘greenhouse’ in Poland. Let’s see if this will  result with something. If so, it will be quite small (about 5-foot high), evergreen tree with nice white flowers.

I’ve tasted achachairu for the first time in Cochabamba, where we asked the fruit seller to give us one strange looking orange ball to try. I admit, it haven’t captivated me like for example ‘granadilla’, but the unusual taste and fact that the fruit is native to Bolivia was enough to interest me.

I hope to someday purchase a honey made from achachairu – I have no idea what it might be, whether it is a real honey, produced by bees from pollen or just a fruit juice? I haven’t seen it anywhere, but apparently it costs 10 times more than normal honey.

The skins of achachairu is used in the Bolivian folk medicine as a remedy against warts and can also be used as a hunger suppressant. This, however, I did not check nor on my skin nor stomach, so I can’t say if it works or not. You have to be careful thought, not to stain your clothes with its orange juice, because it is impossible to wash it out!

More about achachairu here: http://zoom50.wordpress.com/2012/01/23/achachairuachachagarcinia-humilis/

On the Way to Porongo *** W drodze do Porongo

W ubiegla niedziele postanowilismy wybrac sie na wycieczke do miasteczka Porongo, oddalonego o zaledwie 15 km od Santa Cruz de la Sierra. Wlasnie, tylko 15 km a podroz zajela nam niemal godzine!

Ale zacznijmy od poczatku: z mojej ulubionej mapy (ktora obecnie sklada sie z 4 kawalkow;) wynikalo, ze ‘autobus’ do Porongo odchodzi z okolic ‘Mercado Ramada’, chociaz samego srodka transportu od poczatku nie bylam pewna – zreszta zobaczcie sami dlaczego:

DSCN0886

Po 15 minutowym spacerze do bazaru Ramada i okolo 15 minutowym oczekiwaniu z 15 innymi ludzmi, z ktorych nikt zdawal sie nie wiedziec o ktorej godzinie przyjedzie ‘autobus’, czesc pasazerow zrzucila sie na taksowke, a czesc bobiegla w dol ulicy. Podejrzewalismy, ze dostali cynk o ‘autobusie’ i postanowili zajac sobie miejsca siedzace. I to bylo prawda, tylko zamiast autobusu przyjechala mala ciezarowka (zupelnie taka jak na mapie, nawet kolory sie zgadzaly!), zapelniona pasazerami – siedzacymi i stojacymi. Bylismy swiadkami scen dantejskich – czekajacy z nami ludzie zaczeli biec za ciezarowka i wskakiwac na przyczepe w biegu. W tym momencie oboje z Freddim spojrzelismy na siebie i zgodnym glosem postanowilismy zlapac taksowke:)

Nie kosztowala az tak duzo, bo tylko 50 bs. I wyruszylismy – minelismy centrum, przejechalismy przez most i wyschniete koryto rzeki Pirai, minelismy bogate kondominia i Biocentro Guembe, i podazalismy dalej piaszczysto – kamienista, miejscami podtopiona droga. Tak, 50 bs. za taka dluuuuuga i ‘niespokojna’ podroz to naprawde niewiele, zwazywszy na ryzyko zlapania gumy czy zepsucia amortyzatorow taksowki, ktore i tak byly dosyc wiekowe.

I dojechalismy. Spodziewalam sie czegos w rodzaju Cotoki – ale zamiast gwarnego miasteczka z niedzielnym bazarem zastalismy senne, przestronne i jakze urocze miejsce!
Cos mi sie wydaje, ze miasteczko to zachowalo swoj charakter tylko dzieki trudnej przeprawie z Santa Cruz (do Cotoki prowadzi autostrada), ale dowiedzielismy sie, ze wladze maja w planach budowe asfaltowej drogi w 2014. Dobrze wiec, ze znieslismy trudy ‘podrozy’ i mielismy okazje przyjzec sie spokojnemu zyciu mieszkancow Porongo i jego niezmienionej od czasow kolonialnych architekturze.

Ta niewielka osada zostala zalozona w 1714 roku przez zakonnika Santiago de Rivero, jako Misja ‘San Juan Bautista de Porongo’. W rogu ogromnego placu, ktorego jedna czesc stanowi pelnowymiarowe boisko do pilki noznej porosniete trawa, stoi drewniany kosciol z rozlozystym spadzistym dachem, tak typowym dla jezuickich kosciolow misyjnych na tym terenie.

DSCN0884

Chociaz stylistycznie nalezy on do zespolu ‘Misiones Jesuiticas de Chiqutos’objetych ochrona UNESCO, kosciol w Porongo jest o wiele skromniejszy od swoich slawnych siostrzanych kosciolow Chiquitanii (o ktorych jeszcze zapewne przeczytacie w przyszlosci). W jednonawowym wnetrzu, podpartym drewnianymi kolumnami, mozna podziwiac drewniany barokowy oltarz i imponujaca ambone.

DSCN0869

DSCN0871

Przed skwarem dnia mozna schonic sie w cieniu rozlozystych ‘babincow’, a jak sie znudzi, to mozna wejsc po kretych schodach na drewniana dzwonnice, a nawet ‘zabic’ w jeden z trzech, nadgryzionych zebem czasu dzwonow. Wszystko to stoi otworem dla garstki przybyszow.

DSCN0879 DSCN0874

DSCN0880

DSCN0883

Po zwiedzeniu kosciola, mozna wybrac sie na przechadzke wokol ogromnego placu, kryjac sie w cieniu bardzo starych drzew, podziwiajac otaczajace plac budynki z dekoracyjnymi drewnianymi portykami i bogata dekoracja malarska.

DSCN0862

DSCN0863

Przy okazji mozna zakupic achachairu (od grudnia do marca), pogawedzic z przyjaznymi sprzedawczyniami, a nastepnie zjesc owoce odpoczywajac na lawce w cieniu drzew lub przy zimnym piwie w malym sklepiku ukrytym w cieniu portyku. Mozna jeszcze poglaskac psa, a po posilku umyc rece w jednym z kranikow, dostepnych na placu:)

DSC00308

Perfekcyjne miejsce na niedzielne popoludnie! Tak blisko a jednoczesnie tak daleko…

Wycieczka do Porongo nie obyla sie bez ‘osbistej tragedii’ – otoz podczas fotografowania kosciola (pierwszego przystanku w Porongo) wyczerpala sie bateria w moim ‘Nikonie Coolpix’. Oczywiscie, powinnam byc przygotowana na taka okazje, ale jak to bywa w zyciu, nie bylam. Tak sie tez zlozylo, ze resztki baterii zuzylam na bezwartosciowe spontaniczne pierwsze zdjecia (przeklenstwo aparatow cyfrowych), a kiedy przeszlam do uwiecznienia rzeczy ciekawych, juz nie mialam czym… Lustrzanke zostawilam w domu, dla bezpieczenstwa, wiec ostatnia deska ratunku okazala sie stara komorka z 2 – mega pixelowym aparatem – zawsze to cos:) Reszta widokow zostala uwieczniona w mojej glowie, a to najwazniejsze!

***

Last Sunday we decided to take a trip to the town of Porongo located just 15 km from Santa Cruz de la Sierra. Exactly, only 15 km away and the journey took us almost an hour!

But let’s start from the beginning: my favorite map (which currently consists of 4 peaces;) showed that the ‘bus’ to Porongo is leaving from the area beside ‘Mercado Ramada’, however I wasn’t sure what kind of transport that is from the very beginning as the map featured something looking like a truck.

After 15 minutes walk to the bazaar Ramada and about 15 minutes of waiting with 15 other people, none of whom seemed to know what time the ‘bus’ is coming, some of the passengers had shared a taxi, while the others run down the street. We suspected that they got a tip that the ‘bus’ is close and decided to go ahead to take seats. All of that was true, and soon we saw in a distance a small truck (the same as on the map, even the colours were matching!), full of people – sitting or standing up. We were witnesses to hair-raising scenes- previously waiting with us people started to race to the truck, jumping on the trailer in a run. At this point, we looked at each other and decided to catch a taxi instead :)

It wasn’t so expensive at the end – it cost 50 bs. So we went – we passed the city center, went through the bridge Urbo and the dried out riverbed of Pirai, passed by some rich condos and Biocentro Guembe, following sandy, rocky and in places flooded road. Yes, 50 bs. for such a looong and ‘anxious’ journey is really not much, considering the risk of taxi breaking down on a way.

Before we got there I was expecting to see something like Cotoca – but instead of the bustling town with Sunday bazaar we found ourselves in a sleepy, quiet and very charming place!

It seems to me that Porongo kept its original character only because of commuting problems  with Santa Cruz (Cotoca is connected with a big city by highway), but we learned that the authorities have plans to build an asphalt road in 2014. We were lucky then to have an opportunity to see Porongo in its natural state.

This small colonial village was founded in 1714 by Fray Santiago de Rivero as a Mission of “San Juan Bautista de Porongo ‘. In one corner of the huge square courtyard stands a wooden church with sloping roof, so typical for the Jesuit churches in the area.
Although stylistically it belongs to the  “Misiones Jesuitas de Chiqutos’, protected by UNESCO, Porongo church is much more modest than his famous sister’s temples of Chiquitania. One-aisle interior, supported by simply carved wooden columns, houses baroque altar and impressive wooden pulpit.
You can also hide from the heat under wide porch or you can climb the winding wooden stairs to the bell tower. All of this is open to visitors.

After visiting the church, you can take a stroll around the huge square, in the shade of very old trees and admire the surrounding buildings with decorative wooden porticoes and often decorated with frescoes.
In a meantime, you can buy some achachairu (form december to march), chat with friendly vendors, then eat fruits resting on a bench in the shade of trees or enjoying a cold beer in a nice little shop hidden in the shade of the porch. You can even pat the dog and wash your hands after a meal in one of the taps on the square :)

Perfect place for Sunday afternoon! So close and yet so far ...

Unfortunately, during the trip to Porongo I had an unexpected incident – when shooting the church (the first stop in Porongo), the only battery in my ‘Nikon Coolpix’ went dead. Of course, I should be prepared for such occasion, but as in life, I wasn’t. Also, the battery  was spontaneously consumed while taking worthless  first images (the curse of digital cameras), and when I moved on to shoot interesting things, it died… Just to clarify, I left my DSLR home for safety reasons, so as my last resort I used an old cell phone with 2 MP camera – always something :) The rest of the beautiful views has been immortalized in my mind, and this is the most important!