Aguas Calientes – Bolivia’s Hottest River *** Najgoretsza rzeka Boliwii

‘Aguas Calientes’ to zarowno nazwa wioski jak i rzeki (Boliwijczycy nazywaja zrodla ‘rio‘) w gminie Robore, ktorej wody sa bardzo gorace. Podobno, sa to najdluzsze gorace zrodla w Ameryce Lacinskiej, majace az 5 km dlugosci!

Pierwszy raz wybralismy sie tam po ciezkiej wspinaczce na Serrania Santiago, majac nadzieje na relaksujace popoludnie w sielskiej atmosferze. Nie zawiedlismy sie nic a nic, a wrecz przeciwnie, miejsce to przeszlo nasze najsmielsze oczekiwania!

Pierwszej kapieli zazylismy w goracych zrodlach resortu ‘Los Hervores’, ktorego plytkie wody (maksymalnie do kolan) posiadaja najwyzsza temperature pomiedzy 41 a 45 stopni Celsjusza! Pewnie pomyslicie, ze trzeba byc wariatem by zazywac tak goracej kapieli w upale przekraczajacym 35 stopni? Coz, nie bylismy jedynymi szalencami, dzielac rzeke z innymi turystami oraz okolicznymi mieszkancami.

Wierza oni, ze gorace zrodla maja wlasciwosci lecznicze, poniewaz zawieraja duze stezenie mineralow, ale niestety nie znalazlam zadnych oficjalnych informacji na ten temat. Jedno jest jednak pewne – kapiel nie wysusza skory oraz niesamowicie relaksuje. Odprezaja takze rajskie widoki (nam trafily sie rowniez setki motyli w bonusie).

boliviainmyeyes _MG_4667

Co prawda, na poczatku mielismy stracha, bo w niektorych chlodniejszych miejscach plywaly malutkie rybki, podobne do takich peelingujacych stopy w drogich gabinetach kosmetycznych, wybralismy wiec bardziej goracy punkt. I pierwsza wtopa! Igal wpadl do dziury termalnej, jak w ruchome piaski! Dopiero wtedy zauwazylismy, ze w niektorych miejscach bulgocze woda, wypluwajac piasek z glebi ziemi.

boliviainmyeyes

Stracha sie najedlismy, ale po chwili cala nasza trojka siedziala wokol najwiekszej dziury, moczac w niej nogi i probujac znalezc dno. Freddy i Igal zatrzymali sie na wysokosci pasa, ale ja nie chcialam sie pchac w nieznane:)

boliviainmyeyes

W Los Hervores spedzilismy cale popoludnie, konczac kapiel okolo 18.00, kiedy zaczely nas atakowac komary. Wrocilismy tam nastepnego dnia, by zrelaksowac nasze ciala, umeczone wspinaczka na Mirador de Chochis. Uwierzcie mi, nie ma nic lepszego! Wszyscy zgodnie stwierdzilismy, ze byl to najlepszy punkt naszego programu – czegos takiego nigdy bowiem nie doswiadczylismy i to w tak niesamowitych okolicznosciach przyrody!

Aguas Calientes posiada rowniez inne osrodki wypoczynkowe – jeden z nich – El Playon, graniczy z Los Hervores, a mozna do niego rowniez przejsc rzeka, ktora stopniowo staje sie glebsza i chlodniejsza (choc nieznacznie:) Mozna tam poplywac (woda siega mniej wiecej po pachy) i poobserwowac ptaki, wygladajace jak chuda wersja tukana (ktorego takze mozna zobaczyc), wylapujace male rybki w plytszych wodach. Podczas naszego pobytu, osrodek El Playon byl jendak zamkniety.

Nieco dalej znajduje sie resort El Burrino, ktory jest chyba najladniejszy. Rzeka w tym miejscu jest waska, otoczona bujna tropikalna roslinnoscia. Woda El Burrino przybiera kolor turkusowy, a jej temperatura wynosi okolo 35 stopni Celsjusza. Dno miejscami jest skaliste. Niestety, miejsce to nie zachecilo nas do kapieli, bylo bowiem troche brudne, a ludzie, ktorych tam zastalismy, po prostu sie tam myli – mydlem i szamponem. Szkoda.

boliviainmyeyes _MG_4687 boliviainmyeyes

Natomiast 2 kilomentry dalej, w zakolu rzeki, znajduje sie osrodek El Puente, ktorego nie odwiedzilismy, a ktory na zdjeciach wyglada przepieknie  – choc jak zaznaczyl nasz znajomy, ktory oprowadzal wycieczke po okolicy, to zapewne zasluga Photoshopa. Tak czy inaczej, warto byloby tam zajrzec przy nastepnej okazji, by zazyc bardziej ozezwiajacej kapieli, w temperaturze 25 stpni Celsjusza.

Informacje praktyczne:

Aquas Calientes, polozone wzdluz drogi Ruta 4,  oddalone sa o okolo 13 km od Santiago de Chiquitos. Wioske przecina rowniez linia kolejowa Santa Cruz – Puerto Suarez.

By dotrzec do rzeki, nalezy kierowac sie caly czas prosto, od zjazdu z glownej drogi az do linii kolejowej, ktora mozna przeciac samochodem w kilku miejscach. Rzeka znajduje sie za torami, osrodki wzdluz rzeki.

Wstep do Los Hervores wynosil jedynie 10 bs. W okolicy znajduja sie rowniez pola kempingowe oraz hostele, ale nie moge poreczyc za ich standard.

W zezonie zimowym (od maja do wrzesnia), Aguas Calientes jest podobno oblegane przez okolicznych mennonitow, ktorzy przyjazdzaja tu w celach leczniczych. Ciekawie byloby zobaczyc kobiety i mezczyczn kapiacych sie w spodniach i dlugich sukniach, nie uwazacie? Poza tym, jezeli mennonici sie na goracych zrodlach poznali, to cos w nich naprawde musi byc.

Z cala pewnoscia jest to miejsce nie do przegapienia podczas wizyty w La Gran Chiquitania!

A na koniec, pamiatka z podrozy – drewniana maska i obrazek przedstawiajacy El Abuelo (zakupione po cenie okazyjnej w miejscowym sklepiku w Santiago de Chiquitos za 120 bs. oraz w Hostelu Churapa za 35 bs.), ktory jest symbolem Chiquitanii.

boliviainmyeyes

El Abuelo (pl. dziadek) to mityczna postac ‘ducha przodkow’, ktory ma ulatwic nam przejscie w zaswiaty. Maske nosza tancerze, wykonujacy skoczny taniec przy dzwiekach bebnow, o tej samej nazwie, ktory mozna zobaczyc podczas kazdej lokalnej uroczystosci religijnej i swieckiej (tj. karnawal, Wielkanoc). Kalendarz uroczystosci w poszczegolnych miasteczkach znajdziecie na tej bardzo informatywnej stronie internetowej www.chiquitania.com.

Ciekawa jestem czy maska wam kogos przypomina? Mowi sie, iz wzorowana jest ona na pierwszych bialych osadnikach, jacy pojawili sie w tym rejonie – Hiszpanach, z ktorych w ten sposob troche sie nasmiewano:) Jakby nie bylo, ‘dopomogli’ oni milionom Indian Ameryki Poludniowej, w przejsciu na tamten swiat…

***

‘Aguas Calientes’ is both the name of the village and the river (Bolivians called the springs ‘rio‘) in municipality of Robore, whose waters are very hot. Apparently, they are the longest hot springs in Latin America, 5 km long!

We went there for the first time after climbing the Serrania Santiago, hoping for a relaxing afternoon in a rural setting. We were not disappointed, on the contrary, this place even exceeded our expectations!

We enjoyed our first bath in the hot springs in the resort of ‘Los Hervores’, whose shallow waters (up to the knees) have the greatest temperature between 41 and 45 degrees Celsius! You must think that we were crazy to take such a hot bath in the heat of 35 degrees? Well, we were not the only crazies, sharing the river with many other tourists as well as the locals.

They believe that the hot springs may have medicinal properties because of significant concentration of minerals, but I found no official information on this subject. One thing is certain – the bath don’t dry out the skin and it’s extremely relaxing. One can sail away also by looking at heavenly views (we got hundreds of butterflies as the bonus:)

boliviainmyeyes

To be honest, in the beginning we were scared, because in some cooler areas we could see tiny fish, similar to these feet peeling fish in expensive spas’, so we chose more warm point to start with. And then suddenly Igal fell into a thermal hole, as if in quicksands! Then we noticed that in some places the water was bubbling, spitting out sand from the depths of the earth.

Scarry stuff, but after a while, our whole party of three, sat around the biggest sink hole, soaking our legs and trying to find a bottom. Freddy and Igal stopped at the waist hight, but I didn’t want to dip into the unknown :)

boliviainmyeyes

We spent the whole afternoon in Los Hervores, ending our bath around 6 pm, when the mosquitoes began to attack us. However, we came back the next day to relax our bodies after stressful climb to Mirador de Chochis. Believe me, there’s nothing better! Everyone agreed that it was the best point of our program – in fact, we’ve never experienced anything like this in such bucolic natural setting!

Aguas Calientes has also other recreation centers – to one of them – El Playon, that borders with Los Hervores, you can walk by the river, which gradually becomes deeper and cooler (athough only slightly). You can swim there (water reaches roughly the armpits) and watch the birds (skinny-looking version of the toucan that can be seen there too) catching small fish in shallower waters. During our stay however, the resort El Playon was closed.

A little further on, you can find the resort El Burrino, which is probably the most beautiful place of them all. The river there is narrow, surrounded by lush tropical vegetation. The water at El Burrino is turquise and its temperature is around 35 degrees Celsius. The bottom is rocky in places. Unfortunately, the place wasn’t too inviting – it was unguarded and dirty, and the people were taking a real bath there, with  soap and shampoo. What’s a pity!

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

2 km away, in a bend of the river, lays third resort El Puente, which we unfortunately haven’t visited. It looked amazing on the pictures, although as pointed out by our friend who knew the area, they were probably photoshopped. Anyway, it would be worth checking out, as it offers more refreshing baths at 25 degrees Celsius.

Practical information:

Aquas Calientes is located along the road Ruta 4, about 13 km away from Santiago de Chiquitos. The railway line Santa Cruz – Puerto Suarez also crossess the village.

To get to the river, you should go straight from the exit of the main road, until the railway line, which can be crossed by car in several places. The river is located behind the tracks and the resorts lay along the river. There is a small entrance fee to Los Hervores (as well as other recreation centres) of 10 bs. There are also campsites and hostels available in the area, but I can’t say anything about their standards.

In winter season (May to September), Aguas Calientes is reportedly besieged by local Mennonites, who come here for medicinal purposes. It would be interesting to see women and men bathing in trousers and long dresses, don’t you think? Besides, if the Mennonites believe in hot springs healing properties, there must be something in it.

All in all, this is a place not to be missed during a visit to La Gran Chiquitania!

And finally, a souvenir from the trip – wooden mask and painting of El Abuelo, (purchased at a local store in Santiago de Chiquitos for a bargain price of 120 bs. and in Hostal Churapa for 35 bs.), which is a symbol of Chiquitania.

El Abuelo (en. grandfather) is a mythical figure of the ‘ancestors’ spirit’, who supoused to help in our transition into the afterlife. The mask is worn by dancers performing a lively dance to the sounds of drums, which is also called ‘El Abuelo’. The performance can be seen at every local religious or secular celebration (ie. Carnival and Easter). The calendar of festivities of every individual town can be found on this very informative website: www.chiquitania.com.

I wonder whether the mask reminds you of someone? It is said, that the mask is modelled on the first white settlers in the area – the Spaniards, who are represented with a bit of mockery :) After all, they really ‘had helped’ millions of Indians of South America in transition into the Heaven.

Chochís & Santuario Mariano de la Torre *** Swiete poganskie miejsce II

Bardzo chcielismy zobaczyc wodospad panny mlodej (Velo de la novia), ale nie mielismy ochoty wracac do dzungli. Postanowilismy wiec kontynuowac nasza wycieczke po Chochis, odwiedzajac kolejna atrakcje regionu – Sanktuarium Maryjne de la Torre, poswiecone Matce Bozej Wniebowzietej (Virgen de la Asunta).

Miejsce to znajduje sie okolo dwoch kilometrow od wioski, a wiedzie do niego kreta, wylozona kocimi lbami droga.

Budynek sanktuarium, zostal wybudowany w roku 1988 przez jezuite Hansa Rotha (tego samego, ktory przywrocil do zycia siedem glownych misjii jezuickich) pod niemal sama skala La Torre. Jest to oczywiscie jedynie zludzenie optyczne, bowiem aby dotknac czerwonego granitu emanujacego tajemnicza energia, trzeba jeszcze pospacerowac troche pod gorke.

boliviainmyeyes

Architektura i wystroj swiatyni, stworzony przez artystow europejskich i lokalnych, nie przypominaja jednak w niczym wiekowych kosciolow misyjnych, czyniac ja jednym z najbardziej oryginalnych dziel sztuki sakralnej jaki mialam okazje odwiedzic. Prosty kamienny budynek zapelniaja fantazyjne rzezby drewniane, z ktorych najbardziej imponujace jest ‘Drzewo zycia’ (Arbol de la vida) oraz drzwi ze scena ‘Wygnania z Raju‘.

bolivainmyeyes

bolivainmyeyes

bolivainmyeyes

Jednak, nawet najbardziej niesamowite dziela sztuki bledna w obliczu historii tego miejsca. Sanktuarium powstalo bowiem dla upamietnia ofiar wielkiej tragedii, ktora nawiedzila region, a ktorej historie, przypominajaca amerykanski film katastroficzny, mozemy sledzic, klatka po klatce, na drewnianych obrazach swoistej ‘Drogi Krzyzowej’, umieszczonych w podcieniach budynku.

bolivainmyeyes

W 1979 roku, ulewne deszcze spowodowały wielkie powodzie i osuniecia ziemi, niszczac doszczetnie pobliska wioske El Porton i zabijajac niemal wszystkich jej mieszkancow. Wielka woda podtopila rowniez most kolejowy, znajdujacy sie w Chochis, po ktorym mial przejechac pociag. Jego pasazerowie, widzac podnoszacy sie poziom wody, modlili sie do Matki Boskiej o ochrone. Pociag szczesliwie przejechal przez wiadukt, ktory chwile pozniej zostal zniszczony.

bolivainmyeyes

Wdzieczni pasazerowie przypisali swoje cudowne ocalenie wstawiennictwie Matki Boskiej, postanawiajac w tym miejscu wybudowac kaplice ku jej czci.

bolivainmyeyes

Tym samym, wioska Chochis wraz z symboliczna czerwona skala ‘La Torre’, stala sie swietym przybytkiem chrzescijan, koegzystujac ze starozytnym poganskim miejscem kultu.

***

We really wanted to see the waterfall of the bride (Velo de la novia), but we had no desire to go back to the jungle. So we decided to continue our trip around Chochis by visiting another big attraction of the region – The Marian Sanctuary de la Torre, dedicated to Virgin of the Assumption (Virgen de la Asunta).

This place, located about two kilometers from the village, can be reached by car or on foot, climbing curvy road, lined with cobblestones.

Sanctuary was built in 1988 by Fr. Hans Roth, the same one who brought to life the major seven Jesuit missions, at the base of ‘La Torre’. This is of course an optical illusion, because to touch the red granite emanating the mysterious energy, you have to walk uphill a bit longer. The architecture and decor of the temple, created by the European and local artists, don’t resemble other missionary churches, making it one of the most original works of religious art which I had the opportunity to visit.

A simple stone building is filled with fantastic wooden sculptures, from which the most impressive is the ‘tree of life’ (arbol de la vida) supporting whole structure and doors depicting  Biblical ‘Expulsion from Paradise’.

boliviainmyeyes

However, even the exceptional works of art fade in a face of history. The sanctuary was created to commemorate the victims of the great tragedy that struck the region, which story, reminding of an American disaster movie, could be seen frame by frame, on wooden images of original ‘Station of the Cross’, placed in the arcades of the building.

bolivainmyeyes

In 1979, torrential rains caused heavy floods and landslides, destroying completely the nearby village of El Porton and killing almost all of its inhabitants. Great water also flooded the railway bridge, located near Chochis, approched by the train. All its passengers, seeing the increasing water level, prayed to the Virgin Mary for protection. The train somehow crossed the bridge safely but less than a minute later the entire bridge was distroyed. The surviving passengers attributed their miraculous deliverance to the Virgin Mary’s protection and vowed to build a shrine in her honour.

bolivainmyeyes

Thus today, the village of Chochis with its symbolic red rock ‘La Torre’, became a sacred Christian sanctuary coexisting with ancient pagan place of worship.

Chochís & La Torre – Holy Pagan Place *** Swiete poganskie miejsce I

Chochís to mala wioska lezaca tuz przy trasie Ruta 4, okolo 60 km od Santiago de Chiquitos w kierunku Santa Cruz de la Sierra. Nie sposob nie zauwazyc tego miejsca, bowiem juz z daleka widac na horyzoncie smukla i wysoka czerwona skale, zwana ‘La Torre’ (Wieza).

boliviainmyeyes

Od wiekow, ten granitowy olbrzym byl uwazany za magiczny i swiety. Ponoc miejscowi do dzis wierza, iz skala ta jest punktem energetycznym, a w lokalnych legendach figuruje ona pod nazwa ‘Diabelskiego Zeba’ (La muela del diablo). Sami przyznacie, ze kolos ten, znienacka wyrastajacy z ziemi, wyglada zjawiskowo? (Wedlug mnie o wiele bardziej niz jego starszy brat z La Paz.)

Co prawda, my nie poczulismy jego tajemniczej energii, choc przyznam, ze po powrocie z naszej wyprawy zauwazylam, iz moja kondycja fizyczna ulegla niesamowitej poprawie! A moze to raczej za sprawa katorzniczej acz zakonczonej powodzeniem wspinaczki na ‘Mirador de Chochis’?

W spokojnej i ukwieconej na czerwono wiosce powiedziano nam, ze mozemy tam pojsc sami, bez przewodnika, i ze to tylko 30 minut na piechote. Wskazano nam droge mowiac, ze mamy isc caly czas prosto, pod gore. Prawde powiedziawszy, mielismy nadzieje, ze szlak bedzie podobny do tego w Santiago de Chiquitos, choc obilo nam sie o uszy, ze teren jest bardziej stromy.

_MG_4716

Rzeczywistosc przerosla nasze najsmielsze oczekiwania. Czerwona droga skonczyla sie na torach, za ktorymi byla sciana zieleni. W dali widzielismy cos w ksztalcie znaku, wiec postanowilismy pojsc wzdloz torow, by go sprawdzic. W pewnym momencie pobocze rowniez sie skonczylo, a przed nami byl most kolejowy, a pod nim przepasc.

boliviainmyeyes

Szybka decyzja, nie slychac pociagu, idziemy! Znak wskazywal rozpoczecie szlaku. Ale szlaku niemalze nie bylo widac, bo byl zarsniety tropikalna zielenina.

boliviainmyeys

Aha! To dlatego przewodnicy nosili ze soba maczete!

My ani przewodnika, ani maczety niestety nie mielismy, ale za to towarzyszyl nam Igal, ktory jako jedyny ubrany byl w dlugie spodnie i porzadne buty. Jako jedyny mial rowniez doswiadczenie lazenia po dzungli, tej prawdziwej, w Beni, i jako jedyny nie mial stracha przed nieznanym. Poszlismy wiec za Igalem, ale przez kolejna godzine (!) powtarzalam jak mantre ‘trzeba bylo wziac przewodnika’. Przez godzine przedzieralismy sie przez zarosla, wypatrujac sciezki, oraz druty kolczaste, ktore jakims cudem znalazly sie na trasie. Na trasie, ktora niby byla, a jakby jej nie bylo.

boliviainmyeyes

Chcac nie chcac, wsluchiwalismy sie w odglosy lasu, zagluszane przez glos sprzedawcy dochodzacy z wioski. Normalnie, takie halasy bardzo by mi przeszkadzaly, ale w naszych okolicznosciach byly one pocieszajace – jak sie zgubimy, to po nich trafimy z powrotem do cywilizacji.

W koncu dotarlismy do skaly i rozpoczelismy wspinaczke. Czulam sie tu jakos bezpieczniej niz w dzungli, mimo iz droga latwiejsza nie byla. Wrecz przeciwnie, kruche skaly lamaly sie pod stopami, kilka razy rowniez wyciagalismy do siebie pomocna dlon, lapiac sie konarow i galezi dla zachowania balansu. Pot lal sie z nas litrami, nie przesadzam. Nie pamietam, kiedy ostatni raz pot splywal mi po twarzy, szczypiac w oczy.

I oto bylismy na szczycie, gdzie stal ladny drewniany punkt widokowy. Az trudno uwierzyc, ze ktos kiedys zdobyl sie na trud by go postawic, by potem zapomniec o utrzymaniu i oznaczeniu szlaku!

Warto bylo, zapytacie?

Warto.

Wykonczeni wspinaczka, goracem i stresem, z zachwytem wpatrywalismy sie w ten cudowny widok – zab diabla wyrastajacy z zielonego morza.

boliviainmyeyes

Nie bylismy na miradorze sami – miedzy nami fruwaly dziesiatki helikopterow, ahem, wazek:) A z dzungli pod nami dochodzily dziwne odglosy. Hura! Turysci, pomyslalam. Spojrzalam w dol i znieruchomialam ze strachu, widzac poruszajace sie korony drzew. Freddy jako pierwszy dostrzegl w nich malpy! Odetchnelam z ulga, ale zaraz potem pomyslalam, ze moze te malpy przed CZYMS uciekaja? Moze jaguarem albo innym zwierzem? I jak ja mam teraz zejsc w dol, z powrotem do dzungli pelnej malp i niewiadomego zlego?

boliviainmyeyes

Coz, jak trzeba to trzeba. Powrotna droga wydala mi sie krotsza, pewnie dlatego, ze z gorki oraz, ze sciezka byla juz czesciowo wydeptana. Nawet nie wiecie, jak ja sie cieszylam, kiedy w koncu ujrzalam te tory kolejowe!

Dopiero wowczas zdalismy sobie sprawe, ze po drodze mielismy zobaczyc wodospad o romantycznej nazwie ‘Welon Panny Mlodej’ (Velo de la novia), ale go nie widzielismy. Uslyszelismy odglosy wody po drugiej stronie torow, ale byla to tylko rzeczka. Ruszylismy wiec z powrotem do wioski, po drodze mijajac duzy znak wodospadu, ze strzalka kierujaca w zarosla.

C.d.n.

P.S. W okolicach Chochis, w obrebie Valle de Turuquapá, mozna znalezc przyklady prehistorycznych rytow i malowidel naskalnych, niezliczone naturalne kapielsika oraz wiele pieknych skal. Nie sa one oczywiscie oznaczone na zadnej mapie, wiec by sie do nich dostac, trzeba skorzystac z pomocy przewodnika.

***

Chochís is a small village on the road Ruta 4, about 60 km from Santiago de Chiquitos in the direction to Santa Cruz de la Sierra. There is no way you would miss this place, as it can be seen from far away with its tall red rock on the horizon, called ‘La Torre‘ (Tower).

boliviainmyeyes

For centuries, the giant granite was considered to be magical and sacred. Apparently the locals believe to this day that the rock is the source of the energy, and local legends name it the ‘Devil’s Tooth(La muela del diablo). You must admit that this colossus, suddenly growing out of the ground, looks phenomenal? (According to me a lot more than its more known brother from La Paz.)

boliviainmyeyes

We didn’t feel a mysterious power, however I must say, that after returning from our trip I noticed that my physical condition improved a lot! Or maybe it is rather because of backbreaking though successful climb to the ‘Mirador de Chochis’?

In a quiet and flowery red village we were told that we can go there alone, without a guide, and that El Mirador is only 30 minutes away on foot. Friendly people show us the direction telling to go straight. Honestly, we were hoping that the trail will be similar to that in Santiago de Chiquitos, although we remembered someone saying that the terrain is steeper.

Reality overgrown our greatest expectations. The red road came to an end and we faced the railway truck. Confused, we decided to walk along the track to check out something in the distance that looked like a sign. Then, the terrain ended and we stood in front of the railway bridge built over the precipe. Quick decision, we didn’t hear the train, let’s go! The sign pointed the beginning of a trail. But the trail was hardly to be seen, overgrown by tropical plants.

Aha! That’s why some guides had machetes with them!

We had neither the guide nor machetes. But we had Igal, who was the only one dressed in long pants and a decent shoes. As the only one who had also experience in the real jungle, in Beni, and the only one who wasn’t scared of the unknown. So we followed Igal for the next hour (!). During that time I was repeating like mantra ‘we should have taken a guide‘, struggling through the plants, looking for a path, and barbed wires crossing the route.

Willy-nilly, we listened to the sounds of the forest, drowned out by the voice of a man speaking through the microphone, coming from the village. Normally, such noises are very disturbing to me, but in our circumstances, they were reassuring – if we get lost we could get back to civilization following that same voice.

Finally, we reached the rocks and started our climb. Somehow I felt safer here than in the jungle, though the trail has not been easier. On the contrary, the rocks broke under our feet, several times we also gave each other helping hand, clutching to wooden branches to maintain balance. The sweat was pouring out of our pores, I’m not exaggerating. I don’t remember when was the last time that sweat trickled down my face, stinging my eyes.

And here we were at the top, where the nice wooden lookout stood. It is hard believe that someone once put all this effort to build it, only to forget about the maintenance of the trail!

Was it all worthn it, you ask?

It was.

After all these sweat and stress, we stood there and stared in awe at the magnificent view – a red rock growing out of the green sea.

boliviainmyeyes

We weren’t the only ones on on the Mirador – there were dozens of helicopters, ahem, dragonflies flying among us:) And then we heard some strange noises comming from the jungle below. Hurrah! Some tourists, I thought. I looked down and froze in fear, seeing the tops of the trees moving. Freddy was the first who noticed monkeys jumping in the tree crowns! I breathed a sigh of relief, but then I thought that maybe the monkeys were running away from something? Maybe Jaguar or other beast? And how am I going to go down, back to the jungle full of monkeys and unknown evil?

Well, I had no choice. Our return seemed somehow shorter, probably because we were going down the hill, moving on the partially cleared path. You can only imagine how happy I was when I finally saw the railroad tracks!

That is when we realized that on the way we suppoused to see a waterfall called romantically the ‘The Bride’s Veil’ (Velo de la novia). We hear the sound of the water on the other side of the tracks, but it was comming from a small river. So we went back to the village, on the way walking past a large sign of the waterfall with arrow pointing out in the direction of the jungle.

C.d.n.

P.S. Outside of Chochis, within Valle de Turuquapá, you can find several examples of prehistoric carvings and paintings, refreshing swimming holes and lots of beautiful rocks. These are not identified on any maps, so to get there you need to find a guide.

‘Santiago de Chiquitos’ – The Gateway to the Paradise *** U bram Raju

Do Santiago de Chiquitos, polozonego na uboczu Ruta 4 (23 km od Robore), przybylismy wczesnym wieczorem. Miasteczko (lub raczej wioska) znajduje sie u stop Serrania (wzgorza) Santiago, a prowadzi do niego kreta, asfaltowa i bardzo dobrze oznaczona droga. Mielismy troche czasu i swiatla slonecznego na zapoznanie sie z tym urodziwym miejscem – spokojnym, czystym, zorganizowanym (!), pelnym przyjaznych ludzi pozdrawiajacych przyjezdnych na kazdym kroku. Dzieki swemu urkliwemu polozeniu oraz przyjemnemu klimatowi (jest tu troche chlodniej niz w nizej polozonych miejscach Chiquitanii), miasto jest czesto nazywane Antesala del CieloPoczekalnia Niebios. Ciekawostka jest, iz podobno region ten ma wielu dlugowiecznych mieszkancow, ktorym zapewne nie spieszy sie do Nieba, skoro moga cieszyc sie zyciem doczesnym w tak pieknych okolicznosciach przyrody;)

_MG_4521 DSCN0268

Santiago de Chiquitos zostalo zalozone w roku 1754, jako dziesiata misja jezuicka. Od samego poczatku istnienia stacjonowal tu garnizon, ochraniajacy mieszkancow przed wrogo nastawionymi plemionami Zamucos i Guaycurus. Zreszta, jeszcze w 1944 roku Indianie ze szczepu Ayoreo zamordowali czterech protestanckich misjonarzy z USA w niedalekim miescie Robore. Tradycjia jest kontynuowana, bo dzis w wiosce funkcjonuje szkola militarna.

Niebezpieczne czasy walki plemion jednak minely i dzis Santiago de Chiquitos uznawane jest za najbezpieczniejsze miasto Boliwii. Zycie w wiosce plynie w spokojnym tempie, a skupia sie ono wokol glownego placu, przy ktorym wieczorami mieszkancy wystawiaja grille, przygotowujac proste przysmaki, lub przechadzaja sie po placu, zamienionym na uroczy park.

Przy placu znajduje sie rowniez kosciol, ktory jednak nie zachwyca jak pozostale swiatynie jezuickie. Jego budowe ukonczono w 1771 roku, ale po tym jak jezuici zostali wygnani z Boliwii, popadl on w ruine, bedac pozniej trzykrotnie odnawiany.

boliviainmyeyes

Ale nie o kosciele chcialam pisac a o tym, co znajduje sie tuz za granicami miasteczka – park Reserva Departmental Valle Tucavaca. Dolinie Tucavaca obejmuje najlepiej zachowany fragment suchego lasu w Ameryce Poludniowej, uznawany za najbardziej dziewiczy tropikalny suchy las na swiecie. Szmaragdowo zielone polacie lasu (wcale nie takiego znowu suchego) stapiajace sie z blekitnym horyzontem nieba, mozna podziwiac z El Mirador, punktu widokowego na szczycie Serrania Santiago.

Chiquitano

Jak wspomnialam w pierwszym wpisie —> klik, jest to jedyny doskonale oznaczony szlak w okolicy, na ktory bez problemu mozna sie wybrac samodzielnie. I tak tez uczynilismy, wyruszajac z samego rana w piesza wedrowke, ktora rozpoczela sie trzy -kilometrowym marszem szeroka piaszczysta droga, wsrod tysiecy motyli.

Chiquitano

boliviainmyeyes

Tu musze wspomniec o naszym specjalnym towarzyszu, ktorym byl duzy czarny pies o poetycko brzmiacym imieniu Sombra (Cien), nalezacy do kucharki z restauracji Churapa. Po tym jak znikal i pojawial sie przed nami na kolejnych odcinkach trasy, bylo widac, iz nie byl to jego pierwszy raz w funkcji przewodnika:)

Spacerkiem dotarlismy do podnoza gory i rozpoczelismy godzinna wspinaczke. Trasa nie jest najciezsza, ale trzeba uwazac na osuwajace sie kamienie. Najpierw dotarlismy do malego punktu widokowego, na ktorym zrobilismy sobie mala przerwe.

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

A po kilkunastu kolejnych minutach bylismy na samym szczycie, otoczeni przez pionowe skaly, przypominajace miejscami ruiny antycznej fortecy. Nie, na Duzym Miradorze sie nie skonczylo, postanowilismy pojsc dalej, caly czas podziwiajac to niesamowite miejsce, z ktorego kazdej strony, jak okiem siegnac, rozposcierala sie szmaragdowa dzungla. Pochmurne niebo oslanialo nas przed sloncem, lagodna bryza ochladzala powietrze, a nad glowami szybowaly jastrzebie (?).

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

Wedrowke zakonczylismy chyba w najbardziej fotografowanym miejscu, z ktorego widac skalna wieze. Raz zdarzylo nam sie zejsc ze szlaku, zapuszczajac niemal do samych jaskin (ktorych fanami, jak wiecie, nie jestesmy).

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

Droga w dol byla troche trudniejsza, nawet Sombra nie chcial isc juz jako pierwszy, i jakby dluzsza.

boliviainmyeyes

Moze dlatego, ze zblizal sie czas obiadu, o ktorym przypominaly nam burczace brzuchy? Po drodze poszlismy ‘na pachte’ (tak sie u nas mowilo na ‘podkradanie owocow z drzew sasiadow), zrywajac owoce achachairu (tu nazywane tamarindo) oraz zbierajac dojrzale rzeczne mango z pobocza drogi. Tak, grudzien to w Santiago sezon na mango!

boliviainmyeyes

Drzewo Mango!

P.S. El Mirador to tylko jedno z cudownych miejsc w okolicach Santiago de Chiquitos wartych zobaczenia. Niestety my tym razem nie dotarlismy do naskalnych malowidel, ukrytych w jaskiniach i posrod gestego lasu, licznych wodospadow czy skalnych lukow. Coz, trzeba bedzie tam powrocic!

***

We arrived in Santiago de Chiquitos, located on the sideway of the Ruta 4 (23 km from Robore), in the early evening. The town (or rather village) is situated at the foot of the Serrania Santiago (hill), at the end of serpent, paved and well marked road. We had some time to familiarize with this pretty town before sunset, finding it as a quiet, clean, organized (!), full of friendly people greeting visitors at every step, place. Thanks to its location and pleasant climate (it is a little cooler here than at lower altitudes of Chiquitania), the city is sometimes called Antesala del Cielo – Heaven’s Waiting Room. Interestingly, there are many long-lived residents in the region, who probably aren’t in a hurry to get to the eternal heaven, since they can enjoy life in such beautiful natural circumstances ;)

Santiago de Chiquitos was founded in 1754 as a 10th Jesuit mission. From the very beginning, the garrison was stationed in the mission, protecting its residents against hostile tribes of Guaycurus and Zamucos. Moreover, even in 1944 Indians Ayoreo murdered four Protestant missionaries from the United States in the nearby town Robore.
The tradition continiues as today there is a military school in the village too.

However, the dangerous times have seemed to pass and today Santiago is considered to be the safest city of Bolivia. The life in the village flows at leisurely pace, and focuses around the main square where residents make a barbecue in the evenings, preparing simple dishes, or stroll around the plaza, converted into a charming park.

boliviainmyeyes

In the square stands a church, which, however, does not impress as the other Jesuit temples. It was completed in 1771 but after the Jesuits were expelled from Bolivia, it fell in ruine, being later renewed three times.

boliviainmyeyes

But it’s not the church I wanted to write about but the town’s surroundings – Chiquitano tropical dry forest, which is a part of the protected park Reserva Valle Departmental Tucavaca. In fact, Tucavaca Valley has the best preserved fragment of dry forest in South America, as well as the most pristine tropical dry forest in the world. The emerald green expanses of forest (not so dry after all) merging with azure horizon of the sky, can be enjoyed from the El Mirador, a lookout point at the top of the Serrania Santiago.

As I mentioned in the first post about Chiquitania ––> click, it is the only well-marked trail in the area, easily accesable without the guide. And so, we sett off in the morning beginning with 3 kilometers’ march on the wide sandy country road, among the thousands of butterflies.

boliviainmyeyes

and sleeping/dead squirells

Here I have to mention our special companion –  a large black dog called Sombra (Shadow), belonging to the cook of the restaurant Churapa. After his disappearance and reappearance at certain points of the trail, we knew that it wasn’t his first time as a guide :)

boliviainmyeyes

After a peaceful walk we reached the foot of the mountain and started one hour climb. The route is not the hardest, but you have to watch out for falling rocks. First, we got to a Small Viewpoint, where we had a wee break.

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

And after a few more minutes, we were at the top, surrounded by vertical rocks, that at places looked like the ruins of the ancient fortress. No, we didn’t stop at this Big Mirador, but we decided to go on, admiring the amazing views of an emerald jungle. Cloudy sky shrouded us from the sun, mild breeze cooled the air, and hawks (?) were soaring above our heads.

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

I think we finished our wandering at the most photographed spot, from where you can see the rock tower. Once we happened to get off the trail, venturing almost to the caves (that we aren’t the fans of).

boliviainmyeyes

The way down was a little more difficult, even Sombra didn’t want to lead us any longer.

boliviainmyeyes

Maybe because it was the lunch time? Along the way, we collected some fruit of achachairu (here called tamarindo?) and picked up ripe river mangos from the side of the road. Yes, December in Santiago de los Chiquitos is the season for mangoes!

boliviainmyeyes

P.S. El Mirador is just one of the wonderful places around Santiago de Chiquitos. Unfortunately, this time we didn’t see cave paintings or numerous waterfalls and rock arches hidden in the forest. Well, we have a multiple reasons to go back!

Unique Church of ‘San Jose de Chiquitos’ *** Jedyny taki kosciol na swiecie

San Jose de Chiquitos to trzecia najstarsza misja jezuicka w Chiquitanii, zalozonna w 1697 przez ks. Felipe Suareza i Dionisio Avila. Przeniesiona zostala tylko raz, na poczatku XVIII wieku i dzis znajduje sie mniej wiecej w polowie drogi miedzy Santa Cruz de la Sierra i Puerto Suarez.

Miasteczko jest waznym przystankiem na trasie kolejowej Santa Cruz – Brazylia, glownym centrum hodowlanym i brama do dwoch parkow narodowych: Kaa – Iya oraz Santa Cruz de la Vieja. Pierwszy jest najwiekszym parkiem Boliwii, w ktorym znajduje sie najwieksze skupisko jaguarow oraz najwiekszy pierwotny suchy las na kontynencie amerykanskim. Drugi jest zas najmniejszym parkiem, poswieconym historii regionu (to tu zalozono Santa Cruz de la Sierra, ktora pozniej przeniesiono nad rzeke Pirai), ktory jest domem dla ponad 70 gatunkow ptakow oraz wielu rzadko spotykanych roslin.

San Javier de Chiquitos ponoc przypomina Santa Cruz de la Sierra sprzed 60 lat – posiada niska zabudowe wzdluz szerokich zakurzonych ulic oraz spokojny park w centrum, z pieknymi drzewami toborochi. Plan miasta odzwierciedla pozostale misje jezuickie —> klik, ale sam kosciol jest zupelnie inny. Jego kamienna poznobarokowa architektura przypomina niektore tego typu zalozenia w Argentynie i Paragwaju, dzis jednak bedace w ruinie, co czyni kosciol San Jose de Chiquitos unikatem w skali swiatowej!

boliviainmyeyes

Zalozenie zostalo budowane w czterech etapach (1747- 1754): najpierw postawiono kosciol (templo), nastepnie dzwonnice (campanario), pozniej kostnice (osario), a na samym koncu szkole (colegio) i warsztaty (talleres). Obecnie kosciol znajduje sie w konserwacji, jego sciany sa osuszane, dlatego tez wstep na dzwonnice, z ktorej podobno rozposciera sie piekny widok na okolice, jest zabroniony. W kompleksie dziala takze muzeum, ktorego jednak nie zwiedzilismy, bo mialo ono przerwe na lunch;)

boliviainmyeyes

Trzy-nawowe wnetrze kosciola pograzone jest w mroku, ale piekne barokowe drewniane artefaksy od razu zwracaja na siebie uwage: pelne ekspresji rzezby na oltarzach bocznych, pozlacane tabernakulum, kazalnica, czy glowy herubinkow. Te ostatnie zaskoczyly mnie od razu swoja powaga, tak rozna od wesolych aniolow z San Xavier! Wygladaja one jednak na bardziej autentyczne, pozbawione sa bowiem polichromii.

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

San Jose de Chiquitos

Budynek colegio dzis miejsci szkole muzyczna, podtrzymujaca tradycje muzyki barokowej boliwijskich misji jezuickich; rowniez tu, co dwa lata, odbywa sie Miedzynarodowy Festiwal Muzyki Renesansu i Baroku.

Wewnetrzny dziedziniec takze kryje kilka niespodzianek, w formie wyblaklych lecz dobrze zachowanych freskow w sylu naiwnym. Boczna sciane kosciola ozdabiaja pilastry; sciany colegio pokrywaja zas kwiaty i ptaki, postaci ludzkie oraz falszywe ozdobne portale.

boliviainmyeyes

San Jose de Chiquitos

Na jednym z nich widzimy figury Sw. Krzysztofa z dzieckiem, Sw. Jerzego z kwiatem, Sw. Wincentego z trabka.

San Jose de Chiquitos

Nad drzwiami szkoly zachowal sie fresk datowany na 1779, przedstawiajacy biskupa Santa Cruz, przybywajacego do misji z wizyta, ktory na pierwszy rzut oka przypomina Madonne w szerokiej sukni:)

San Jose de Chiquitos

Najwieksze malowidlo, powstale w roku 1777, kiedy budynek szkoly sluzyl jako urzad gubernatora, przedstawia zas parade zolnierzy w mundurach na modle francuska.

San Jose de Chiquitos

Kluczem do zrozumienia ekspresji kulturalnej misji jezuickich jest swiadomosc, iz kultura ta jest synteza dwoch zupelnie roznych stylow artystycznych – baroku europejskiego i tradycji lokalnych. Styl ten okreslany jest mianem ‘mestizo’.

Wiecej na temat misji jezuickich znajdziecie tu —> klik oraz tu —> klik.

Informacje praktyczne:

San Jose de Chiquitos znajduje sie 3 godziny jazdy samochodem od Santa Cruz, z dala od glownej drogi. Mozna zatrzymac sie tu na obiad, ale niestety nie moge z czystym sumieniem polecic zadnej restauracji. My stolowalismy sie w jednej na placu, ktora z zewnatrz wygladala przyjemnie i czysto. Jednak samo jedzenie nas nie zachwycilo, no moze z wyjatkiem zupy za 5 bs.

W miescie znajduje sie wiele hoteli o roznym standardzie. Najlepszym jest ponoc Hotel La Villa Chiquitana, ktora posiada rowniez wlasna restauracje oraz basen! Ceny – od 250 bs. za pokoj jednoosobowy z lazienka, klimatyzacja, lodowka.

W miescie istnieje wiele sklepow z pamiatkami, ale wszystkie one, podobnie jak muzeum, sa zamkniete w porze obiadowej (12.30 – 15.00).

P.S. W San Jose de Chiquitos mielismy rowniez przedsmak tego, co czeka w glebokich haszczach tej dzikiej krainy – takie wielkie insekty! (Prawde mowiac, cieszylam sie, ze ten byl niezywy;)

boliviainmyeyes

***

San Jose de Chiquitos is the third oldest Jesuit mission in Chiquitania, founded in 1697 by Fr. Dionisio Suarez and Felipe Avila. The town was relocated only once at the beginning of the eighteenth century and today is located roughly halfway between Santa Cruz de la Sierra and Puerto Suarez, being an important stop on the railway route Santa Cruz – Brazil.

San Jose de Chiquitos is also a gateway to two national parks: Kaa – Iya and Santa Cruz de la Vieja. The first is the largest park in Bolivia, with the biggest concentration of jaguars and the largest dry forest on the American continent. The second is the smallest park in the country dedicated to history of the region (here the city of Santa Cruz de la Sierra was originally founded, later relocated to the banks of the river Pirai), which is a home to over 70 species of birds and many rare plants.

Apparently, the town itself resembles Santa Cruz de la Sierra from 60 years ago – having low buildings along the wide dusty streets and peaceful park in the center with beautiful Toborochi trees. Plan of San Jose de Chiquitos Jesuit missions is more less the same as San Xavier’s —> click, but the church is completely different. Its stone late Baroque architecture resembles other such establishments in Argentina and Paraguay, which are in ruins today, making the church of San Jose de Chiquitos unique in the World!

boliviainmyeyes

The mission has been compleated in four stages (1747- 1754): first the church (templo) was built, then the bell tower (campanario), later ossuary (osorio) and at the end the school (colegio) and workshops (talleres). Today, the church is in the maintenance, its walls being dried and preserved, and therefore the entry to bell tower, from where one can see (presumably) an amazing views of the surrounding area, is prohibited. The complex houses also a museum, which we didn’t visit, because it was on the lunch break:)

boliviainmyeyes

The interior of three-nave church is immersed in darkness, but beautiful baroque wooden artworks immediately attract attention: expressive sculptures on the side altars, gilded tabernacle, or angel heads. The latter surprised me at once with their seriousness, so different from somewhat happy angels of San Xavier! However, they look more authentic, being stripped of polychrome.

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

The colegio building houses music school, continuing Bolivian Baroque music tradition of Jesuit missions. San Jose de Chiquitos hosts, every two years, the International Festival of Music of the Renaissance and Baroque.

Inner courtyard also hides a few surprises, in the form of original frescoes in naive style, faded but well preserved: flowers and ornamental birds, human figures and false portals.

boliviainmyeyes

On one wall we can see the figure of St. Christopher with the child, St. George with flower and St. Vinccent with a trumpet. There is also a fresco dated 1779, depicting the Bishop of Santa Cruz coming with a visit, which at first glance resembles Madonna in a wide dress :) The biggest painting, created in 1777 when the school building served as a governor office, represents the military parade of soldiers in French – like uniformes.

boliviainmyeyes

The key to understanding the cultural expression of the Jesuit mission is the consciousness that the cultur of this region is a synthesis of two completely different artistic styles – European Baroque and local Indian traditions. This style is called ‘mestizo‘. I wrote more on Bolivia’s Jesuit mission after visiting San Xavier —> click and —> click.

boliviainmyeyes

Practical information:

San Jose de Chiquitos is located 3 hours drive from Santa Cruz, a bit away from the main road. You can stop there for a lunch, but unfortunately I cannot recommend any restaurant. We ate in one located on the main square, which from the outside looked nice and clean. However, the food did not amazed us, well, maybe with the exception of the soup for 5 bs.

There are many hotels of varying standard. The best is said to be La Villa Chiquitana, which has also its own restaurant and a swimming pool! Price – 250 bs. for a single room with bathroom, air conditioning, refrigerator.

There are also many artisan shops but the same as the museum, they are closed for lunch (12.30 – 15.00).

P.S. We could also have a taste of what is awaiting us further into the wild – huge insects like this (I was glad it was dead though;)

boliviainmyeyes