Ciudad de Itas *** Skalne Miasto

Po raz pierwszy widzialam takie cudo natury w Czechach, gdzie szare skaly o roznych ksztaltach ‘rosna’ posrod lasu. Tutaj sprawa wygladala troche inaczej – aby dojsc do skalnego miasta musielismy najpierw wspiac sie na czerwonawe, chropowate od zastyglej miliony lat temu lawy wzniesienia, by nastepnie zejsc w dol. Wowczas naszym oczom ukazal sie kanion ze skalami o roznych ksztaltach, przypominajacymi ‘zolwia’ badz inne zwierze, przestronne groty, niczym wnetrza sredniowiecznych katedr, a nawet prehistoryczne malowidla naskalne (choc o to pewnie moznaby sie spierac).

Wedrowalismy dnem kanionu, ktory sam uksztaltowany zostal w niepamietnych czasach przez fale morskie i podziwialismy te cuda Pachamamy, az nadszedl moment powrotu. No wlasnie… wspinaczki po stromych skalach, ostrych jak brzytwy, bez zabezpieczen innych niz drobna reka przewodnika….

Przyznam, ze po pelnym emocji poranku w jaskini Umajalanta —> klik, moje cialo nie bylo przygotowae na wiecej takich atrakcji – ale udalo sie!

A potem juz tylko wystarczylo zejsc z gor i wsiasc do autobusu, z okien ktorego moglismy podziwiac zapierajace dech w piersi przepascie, w swietle zachodzacego slonca….

                                                ***

First time I saw the wonder of nature like that in Czech Republic, where gray rocks of different shapes ‘grow’ in the midst of the forest. Here it was a little bit  different – to get to the ‘rocky town’, we had to firts climb on rough reddish rocks, formed by the frozen lava millions of years ago, and then go down. Then we saw rocks of various shapes, reminiscent of ‘turtle’ or other animals, spacious caves, like interiors of medieval cathedrals, and even prehistoric paintings (although that probably could be argued).

IMG_5106

We were wandering on the bottom of the canyon, which itself was formed in ancient times by the waves of the sea and admiring the wonders of Pachamama, until it was time to return. Yeap … climbing the steep rocks, sharp as a razor, with no help other than small hand of our guide.

IMG_5244

I must admit, after the emotional morning in the Umajalanta  cave—> click, my body wasn’t prepare for more such attractions – but I managed (as if I had other option:)!

And then we just had to go down the mountains, get in the bus, so we could admire from the windows the breathtaking chasms, in the light of the setting sun….

Caverna Umajalanta- A Journey to the Center of the Earth *** Podroz do Wnetrza Ziemi

Drugiego dnia naszej wycieczki, wyruszylismy autobusem na zwiedzanie skalnego miasta i jaskini. Nasz przewodnik przekonywal, ze tym razem bedzie latwiej i nie doswiadczymy juz zabojczej wspinaczki po kamiennych schodach, jak to mialo miejsce w kanionie Vergel. Coz, tym razem schodow za wiele nie bylo, ale wspinaczka tak, i to taka ‘potencjalnie zabojcza’!

Najpierw udalismy sie do jaskini Umajalanta (lub Humajalanta) – jednej z najglebszych w Boliwii (dlugosci ponad 10km). Po trwajacym okolo 20 minut marszu, moglismy podziwiac niezwykle formacje skalne, ktore widoczne byly z Torotoro – szare ‘trojkatne’ skaly jakby doczepione do czerwonawych wzgorz… Naprawde, trudno to opisac, zamieszczam wiec zdjecie:)

Po przeprawie przez wiszacy most, na ktorym wszyscy zachowywalismy sie jak dzieci na placu zabaw, oraz trakcie dinozaurow, dotarlismy na miejsce, gdzie otrzymalismy kaski z latarka. Niemale poruszenie wzbudzil takze osiolek z dluuugim ‘ogonkiem’:)

Wejscie do jaskini zatarasowane bylo mniejszymi i wiekszymi glazami, ale kto powiedzial, ze nie mozna ich przejsc? Otoz mozna i po chwili bylismy juz w srodku, z dala od swiatla slonecznego.

Kiedys bylam w kopalni soli w Wieliczce, ale jaskinia to zupelnie inne doswiadczenie – nie ma tu windy, mostkow, latarni i tysiaca turystow. Dziela sztuki ludzkiej zastapione zostaly zas rzezbami Matki Ziemi. Pachamama przez tysiace lat stworzyla w podziemnej grocie tysiace stalaktytow i stalagmitow roznych rozmiarow i ksztaltow. Podziwialismy wiec czarny stalaktyt zwany ‘Nietoperzem’, ‘Choinke’, ‘Matke Boska z Dzieciatkiem’ czy ‘Kieliszek Szampana’:) Niestety, wiele stalaktytow zostalo ‘odrabanych’ w poprzednikch latach przez turystow zadnych rzadnych darmowych upominkow z wakacji…

 

Pieknie tam bylo! Zeby jednak dostac sie do kolejnych grot,  musielismy przebyc kilka przeszkod, mrozacych krew w zylach (przynajmniej moich). W niezwykle emocjonujacych sytuacjach, kiedy wspinalismy sie po glazach, z czarna czeluscia pod stopami, przeslizgiwalismy sie przez szczeliny czy zjazdzalismy z gladkich scian na pupie – przed oczami mialam migawki z filmow takich jak ‘Sanctum‘ Spielberga albo innego filmu o kobietach uwiezionych w jaskini pelnej slepych potworow.

Na szczescie my mielismy okazje spotkac tylko ‘slepe ryby’ w podziemnym jeziorze. Czolgajac sie pod kolejna skala, myslalam zas o trzesieniu ziemi, czestym zjawisku w Boliwii… Tylko 3 razy mielismy do dyspozycji liny, ulatwiajace wspinaczke, przyznam jednak, ze powinno byc ich znacznie wiecej. Przewodnik powiedzial nam, ze kilka lat temu turysci zadni przygod nie mieli nawet kaskow, co przyjelam z niedowierzaniem, sama bowiem ‘obstukalam’ swoj kask z kazdej strony, strach wiec pomyslec, jaki bylby stan mojej glowy bez zabezpieczenia!

 

Po niemal dwugodzinnej, pelnej emocji wycieczce do wnetrza ziemi, ujrzelismy swiatlo! Naprawde, byl to jeden z najpiekniejszych momentow w moim zyciu! Od pierwszych promieni do wyjscia dzielilo nas tylko 20 minut przechadzki po ogromnych glazach i bylismy wolni!

 

Warto bylo? Oczywiscie, jednak byl to moj PIERWSZY i OSTATNI raz w jaskini. Wlasnie tam zdalam sobie sprawe, ze jestem dzieckiem SLONCA:)

P.S. Duze zdjecia dzieki uprzejmosci Ester, z ktora w autobusie zajadalysmy sie kurczakiem:) Moj Nicon Coolpix znow okazal sie nie taki znowu ‘cool’ i zdjecia robil tylko kiedy chcial, a wsystkie byly ‘zabrudzone’.

I nie dajcie sie zwiesc mojemu usmiechowi na zdjeciach z podziemia – mam taki nerwowy tik, zwlaszcza w gdy ktos celuje we mnie aparat:)

***

On the second day of our trip we went by bus to explore the rock city and the cave. Our guide explained that this time it will be easier and we will no longer experience deadly climbing up the stone steps, as it was in the canyon Vergel.

Well, this time there weren’t too many steps, but we had a ‘potentially deadly’ climb! First we went to the cave Umajalanta – one of the deepest in Bolivia (over 10km long). After a 20-minutes walk, we could see amazing rock formations, which were visible from Torotoro – gray ‘triangular’ rocks as if attached to the reddish hills ….

After crossing the suspended bridge, where we all behaved like children on the playground, and the dinosaurs trail, we reached the place where we were given helmets with a flashlight. There was also a donkey with a very looong ‘tail’ :)

The entrance to the cave was obstruct by large and smaller rocks, but who said that they can’t be passed?  After a while we were in the middle of a cave, away from direct sunlight.

Once I was in a salt mine in Wieliczka, but the cave is a completely different experience – there are no elevators, bridges, lanterns, and thousands of tourists. Human works of art have been replaced with sculptures of Mother Earth. Pachamama has created, during millions of years, thousands of stalactites and stalagmites of different shapes and sizes. So we admired black stalactites called ‘Bat’, ‘Christmas Tree’, ‘Madonna with Child’ and ‘Champagne Glass’ :)

Unfortunately, many stalactites has been ‘cut’ in past years by the tourists wanting a free holiday gift…

It was beautiful there but to get from the one to the next underground room, we had to pass few obstacles, chilling blood in veins (at least mine). In an extremely exciting situations where we climbed the rocks having the black abyss under the feet, cowl through the cracks or slide from smooth walls on our bums –  I had glimpses of movies before my eyes such as ‘Sanctum‘ by Spielberg or another film about women trapped in a cave full of blind monsters. Luckily we had a chance to meet only “blind fish” in the underground lake.

Crawling into another scale, I thought about the earthquake, a common phenomenon in Bolivia … Only three times we had the rope to ease the climbing, and I must say that there should be much more. Guide told us that a few years ago, adventurous tourists did not even have helmets, which I took with disbelief, because I bumped my helmet from each side, so I couldn’t imagine what would happened to my head without this basic protection!

After nearly two hours of extremely exciting excursion into the hearth of the Earth, we saw the light! Really, it was one of the most beautiful moments of my life!

From the first rays of the sun we needed only 20 minutes walk over massive rocks and we were free!

Was it worth it? Of course, but it was my FIRST and LAST time in the cave. It was there where I realized that I am a child of the SUN :)

P. S. Large photos courtesy of Ester, with who I ate a chicken in a bus :) My Nicon Coolpix again proved not to be that ‘cool’ and was taking pictures only when he wanted to do it, and all of them were ‘dirty’.

Also,  please do not be fooled by my smile on the pictures from the underground – I have a kind of nervous tick, especially when someone points the camera at me :)

Torotoro & El Tinku

Torotoro (lub Toro Toro) to malutkie miasteczko w departamencie Potosi, bedace przede wszystkim baza wypadowa do Parku Narodowego o tej samej nazwie. Znajduje sie tam kilka hotelikow – drozszych i tanszych (lepszych i gorszych), restauracyjki, bazar z rekodzielem artystycznym i rzeczami importowanymi z Chin, kosciol, kilka opuszczonych i zaniedbanych kolonialnych kamienic, biuro turystyczne, Muzeum Pachamamy i pomnik dinozaura na placu glownym.

Torotoro

Nasza wycieczka pomieszkiwala w osrodku niemal w centrum miasteczka (prawde mowiac, wszystkie miejsca znajduja sie w centrum:), w pokojach ponad 20-osobowych z lozkami pietrowymi (troche jak w wiezieniu, zwlaszcza ze pomieszczenia nie mialy okien), na ktorych czekala swieza posciel, poduszka i 2 koce. Pierwszej nocy mielismy takze goracy prysznic, ale niestety w kolejnych dniach, z powodu awarii, woda byla zimna. Trzeba jednak przyznac, ze nie przeszkadzalo to tak bardzo, poniewaz temperatura w dzien siegala 25 stopni Celsjusza. Warunki byly skromne, ale w miare higieniczne.

Osrodek mial takze wlasna stolowke, serwujaca tradycyjne dania – mnie najbardziej smakowal pieczony kurczak z ryzem i slodkie kisielowate —>  Api z pastelem.

Pierwszego wieczoru po przyjezdzie mozliwe bylo rozpalenie ogniska, przy ktorym studenci zorganizowali wspolne zabawy i konkursy. Ja za to nie moglam sie nadziwic Drodze Mlecznej, ktora po raz pierwszy podziwialam z okna autobusu poprzedniej nocy, a ktora w samym miasteczku byla pieknie widoczna.

Osrodek posiadal na swoim terenie takze osiolki i psa, ktory wygladal jak krzyzowka pitbula z bokserem, ale byl bardzo oswojony i przyjazny. Ciagnelo go do ludzi tak bardzo, ze wybral sie z nami nawet do kanionu za miastem! Niestety, stracil moje zaufanie juz pierwszego dnia, kiedy zaatakowal na ulicy psiaka, ktory wygladal jak moja Misia….

 

Torotoro to male i senne miasteczko, pelne jednak atrakcji. My trafilismy na fieste ‘El Tata Santiago’, ktora sciagnela do miasta ‘kolorowych’ mieszkancow okolicznych wiosek. Dla mnie frajda byl rowniez spacer ulicami i obserwowanie ludzi kupujacych produkty z ulicznych kramow, a coz dopiero parada tancerzy w tradycyjnych strojach tanczacych mpoj ulubiony taniec —> Tinku, czy procesja z figura Swietego!

IMG_4939

Nie wspominajac koncertu zespolu z ‘cholita’ na czele i zabawy w prywatnym domu, gdzie ‘poczestowano’ mnie chicha – napojem alkoholowym z gotowanej i sfermentowanej kukurydzy – ktorej nie moglam odmowic, z grzecznosci dla gospodarza! Kiedy gospodyni podala mi miseczke tego ‘blotnistego’ napoju prosto z wiadra, po sprobowaniu wylalam reszte dla Paczamamy (to taki zwyczaj w darze Matce Ziemi). Niestety gospodyni nalala mi druga miseczke tlumaczac, ze musze wypic do konca! Pilam lyczkami, sekunda po sekundzie czujac sie coraz gorzej, by w koncu wykorzystujac chwile nieuwagi gospodziny, podzielic sie ze znajomymi (ktorzy notabene mieli ze mnie niezly ubaw). Dodam tylko, ze po tej ‘uczcie’ nie spalam cala noc i bylo mi badzo niedobrze, ale czego sie nie robi dla uczczenia tradycji (pierwszy i ostatni raz)?

Dodam tylko, ze na wsiach, do wyrobu chicha czesto wykorzystuje sie wode niepierwszej swiezosci oraz, by napoj szybciej sfermentowal, kukurydze przezuwa sie w buzi, mieszajac ja ze slina. Smacznego!

Innym zwyczajem, praktykowanym przy okazji swieta religijnego ‘Tata Santiago‘ bylo ‘El Tinku’ – czyli ‘wiejska bijatyka’. W walce, rozgrywajacej sie w centrum miasteczka, przy dopingu tlumu mieszkancow, przyjezdnych i turystow, biora udzial mezczyzni, kobiety i dzieci. Ja (nie)stety nie widzialam krwi, wytarganych wlosow i powybijaych zebow na wlasne oczy, ale o intensywnosci walki moglam wnioskowac z twarzy i okrzykow zgromadzonych, a takze z pozniejszych relacji i filmikow znajomych. Mimo iz nie bylam w centrum wydarzen, postanowilam wykorzystac okazje i sfotografowac ten wielobarwny, odswietny tlum, Okazalo sie to dosyc latwe, bo nikt nie zwracal na mnie uwagi:)

Dlaczego ludzie sie bili? Coz, w przeszlosci El Tinku bylo taneczno-krwawa jurysdykcja społeczności lokalnej, tancem-walka, który praktykowaly społeczności Laimes i Jukamanis w prowincji Chayanta, w departamencie Potosi. Obie społecznosci zyly w dosc wrogich stosunkach i każdy powod byl dobry, by rozpoczac el Tinku, np. lama, która przeszła z ziem jednego plemienia na terytorium drugiego (wiecej na ten temat tutaj –> klik).

Dzis, przynamniej w Torotoro, El Tinku jest wyrazem swiatopogladu, wedlug ktorego o wartosci czlowieka, przede wszystkim mezczyzny, swiadczy jego sila fizyczna i spryt. Zeby zdobyc poszanowanie spolecznosci, ale takze obronic honor rodziny, nie trzeba zostac zwyciezca, trzeba jednak walczyc do konca. Kobiety natomiast bija sie, aby przypodobac sie mezczyznom. Dzieci? Coz, od malego wpajana jest im do glowy ta ‘kosmologia’.

IMG_5569

Torotoro jest jednak miasteczkiem przyjaznym turystom, poniewaz ludzie utrzymuja sie tutaj przewaznie z turystyki. Znane sa jednak przypadki z innych odludnych rejonow Boliwii, gdzie praktykuje sie tak zwana ‘justicia communitaria’, krorej przykladem moze byc zabojstwo polskiego turysty, ukamieniowanego za fotografowanie w jednej z wiosek, w ktorej panowalo przekonanie, ze zrobienie zdjecia zabiera dusze… El Tinku wpisuje sie te w agresywna tradycje spoleczenstw pierwotnych.

Ja sama bylam swiadkiem i niedoszla ofiara kamienia, rzuconego w moja strone przez starsza kobiete w —> Tarata, kiedy zapytalam o mozliwosc zrobienia zdjecia. Coz…nauczylo mnie to ostroznosci. Teraz aparat wyciagam tylko wtedy, kiedy wiem, ze  nic mi nie zagraza. Tu, jeden mily pan sam poprosil  mnie o zrobienie mu zdjecia, ktore pozniej z radoscia ogladal na wyswietlaczu aparatu:)

Informacje praktyczne:

Park Narodowy Torotoro połozony jest w połnocnej czesci departamentu Potosi, ale dostep do niego jest mozliwy tylko przez Cochabambe. Podroz samochodem lub autobusem trwa 6 godzin (136 kilometrów pod gorke). Park ma powierzchnie 16.570 h i jest czescia zachodniej strony srodkowego pasma Andow.

Nazwa Torotoro, wywodzaca sie z terminu Quechua “thuru thuru pampa” co tlumaczy sie jako: “Pampa (rozległe tereny) blota”, nie ma nic wspolnego z tym gorzystym suchym regionem :)

Główne atrakcje:

***

Torotoro (or Toro Toro) is a small town in the Potosi Department – the gateway to the National Park of the same name. There are several small hotels – expensive and cheaper (better and worse), little restaurants, arts and crafts bazaar and things imported from China, the church, several abandoned and neglected colonial buildings, tourist office, Museum of Pachamama and monument of a dinosaur in the main square.

Torotoro

We were living in a hostel almost in the town center (in fact, everything is located in the center :), in rooms with bunk beds (which kind of resembled a prison, because there were no windows), although with fresh linen, pillow and two blankets. The first night we had also a hot shower, but unfortunately in the following days, due to failure of the instalation, the water was cold. I must admit that it did not bother me so much, because days were hot and it was refreshing to wash in a cold water. The conditions were modest, but quite hygienic.

Resort also had its own cafeteria, which served traditional dishes – I most enjoyed the roast chicken with rice and hot and thick fruit drink —>  Api with pastel.

First evening after our arrival it was possible to make the fire, by which students organized activities and competitions. I was admiring the Milky Way which was beautifully visible in a town.

Resort had also donkeys and a dog that looked like a cross between a boxer and pitbul, but it was very tame and friendly. He liked to be with people so much that one day he went with us to the canyon! Unfortunately, he lost my trust on the first day, when he attacked on the street another dog that looked like my Misia ….

Torotoro is a small and sleepy town, but full of attractions for tourists (especially ones from different continent :). We stumbled upon fiesta ‘El Tata Santiago, which brought into town ‘colorful’ inhabitants of surrounding villages. As for me, a big attraction was to wander through the streets and watch the people selling and buying products, not to mention the parade of dancers in traditional costumes dancing my favourite —> Tinku, and the procession of the statue of the Holy Santiago!

Torotoro

In addition, there was a concert of a band with ‘Cholita‘ at the forefront and dancing party organised in a private house, that we were invited to while walking down the street. I was also invited to drink some chicha – an alcoholic beverage made of cooked and fermented corn. I could not refuse it, out of courtesy for the host! Given to me in a bowl straight from the bucket, I had a sip and poured the rest for Pachamama (it is customary to share first sip with Mother Earth), but unfortunately the hostess gave me another one saying that I have to drink it to the end! I drank sip by sip, second by second, feeling worse and worse. Eventually taking advantage of the hostess not looking, I shared the rest with friends who  had a good laugh at me. I will only add that after this ‘feast’ I did not sleep all night and I was feeling sick, but how can you not to honor the tradition (this first and last time)?

I will only add, that in the small villages, chicha is made often with dirty water and to make it ferment quicker,  people chew the corn in their mouth, mixing it with saliva. Salud!

Another ritual practiced on the occasion of religious holiday of ‘Tata Santiago‘ was ‘El Tinku’ – in another words ‘village brawl’. In the fights, taking place in the center of town, men, women and children fight, cheered by crowd of residents and tourists. I (un)fortunately haven’s seen blood, hair and teeth flying in the air, but  I could infert he intensity of the fight from faces and shouts of the congregation, and later that day from the videos taken by my friends.

Although I was not in the center of this situation, I decided to take pictures of this colorful, festive crowd, which was easy, because no one paid attention to me :)

IMG_5541

Why do people fight? Well, in the past’ El Tinku’ was a bloody fight – dance practiced by community of Laimes and Jukamanis in the department of Potosi. Both communities lived in a rather hostile relationship, and every reason was good to start El Tinku.

Today, at least in Torotoro, El Tinku is an expression of belief, in which the value of a man is demonstrated by his physical strength and bravery. To get respect of the community, but also defend the family honor, you don’t have to be the winner, but you must fight to the end. Women fight to please men. Children? Well, they just follow adults.

There were cases from other desolate parts of Bolivia, where so-called ‘justicia communitaria’ is practiced until today – an example might be killing of Polish tourist, who was stoned for taking pictures in one of the villages, where people believe that photographing takes their souls …Torotoro however, is a tourist friendly town because people here live mostly from tourism.

I myself was attacted by an old woman in —> Tarata who threw a stone at me, after I asked if I could take a picture. Well … it was a lesson for me. Now I take out the camera only when I know that it’s safe and, as it happened in Torotoro, one man even asked for a picture of himself, which he admired later with a big joy on the LCD screen:)

IMG_5528Practical Info: 

Torotoro National Park is located in the north of the Potosi District, but its access is through Cochabamba. It takes 6 hours drive to get there (136 km up the hill) and it’s possible to go there by bus. The park has a surface area of 16,570 h. and is part of the central west side of the Mountain Ranges of the Bolivian Andes.
Torotoro’s name originally comes from the Quechua term “thuru thuru pampa” and translated to Spanish means “Pampa (extensive plain) of mud” which has nothing to do with this mountainious dry region:)
Main attractions:

Cañon de Torotoro & ‘El Vergel’ *** Po sladach dinozaurow

Pierwszego dnia naszej wycieczki, zorganizowanej przez studentow turystyki Universytetu San Simon, wybralismy sie do Kanionu Torotoro i ‘Vergel’. Kilka kilometrow marszu przez piekne okolice Torotoro to sama przyjemnosc – w oddali niezwykle trojkatne gory, pojedyncze domostwa stapiajace sie z suchym, ziemistym krajobrazem.

IMG_4794

Az tu nagle – przepasc! Z punktu widokowego podziwiamy kanion, ktorego sciany mierza 250 m i po pokonaniu kilkuset kamiennych schodow, jestesmy na samym dole.

Wedrujemy skalistym dnem, ktore kiedys pokrywala woda, obserwujac niezwykle formacje skalne od ery precambryjskiej do trzeciorzedu. Idziemy po sladach dinozaurow.

Kiedy dochodzimy do miejsca zwanego Vergel, krajobraz zmienia sie w tropikalny raj – ze scian wytryskuja wodospady, skaly pokryte sa zielona korona.

W tym miejscu robimy sobie ponad godzinna przerwe na obiad i kapiel w naturalnych, krystalicznie czystych basenach. Ja poprzestaje na zanurzeniu nog, poniewaz lodowata woda nie sluzy moim migdalkom, ale i tak przynosi mi to ulge po godzinach wedrowania.

Po godzinie relaksu czas na zabojcza wspinaczke po kamiennych schodach, specjalnie na te okazje zbudowanych przez mieszkancow Torotoro. Przyznaje – na wysokosci 2000 m.n.p.m brakuje oddechu, a kazdy krok staje sie wyzwaniem. Mimo to, daje rade, szczegolnie, ze po stopach depcze mi 60 – letnia mama jednej ze studentek:)

Po wyjsciu z kanionu, odpoczywamy chwilke pod zadaszeniem – takim malym przydroznym sklepiku, gdzie mozna kupic napoje, lody, slodycze. Ja wypijam ostatki wody z butelki. Wracamy do miasteczka – wokol nas rozlegle krajobrazy z pojedynczymi rozowymi gospodarstwami, drzewka w kamiennych kopcach (chronione w ten sposob od wiatru i zimna), kamienie i slady dinozaurow. Spotykamy jeszcze dwoch mezczyzn w tradycyjnych kolorowych czapkach i helmie, przypominajacym rynsztunek konkwistadorow.

IMG_4816

Jeszcze tylko obowiazkowa registracja i wpis do ksiegi w biurze Parku Narodowego Torotoro i przekraczamy granice miasteczka, mijajac po drodze kobiety kapiace sie i piorace ubrania w rzece.

                                                             ***

On the first day of our trip, organized by the tourism students of the University of San Simon, we went to Canyon Torotoro and Vergel. A few kilometres long walk through beautiful countryside of Torotoro is a pleasure – we could see the distant triangular mountains and single houses merging with a dry, earthy landscape.

IMG_4508

Then suddenly – precipice! From the viewpoint we can admire the canyon, whose walls gage 250 m and after ‘beating’ hundreds of stone stairs, we are at the bottom.

We wander on the bottom, once covered with the water, watching prehistoric rocky formations. We walk in the footsteps of dinosaurs.

IMG_4603

When we come to a place called Vergel, the landscape changes in a tropical paradise – small waterfalls are gushing from the rocks, covered with a green crown.

IMG_4660

At this point we are having a more than an hour break for lunch and swim in natural, crystal clear pools. I merely immerse my legs, because ice-cold water does not serves well my tonsils. It brings me relief after hours of wandering.

After an hour of relaxation it’s time for the killer climb. I must admit – at the height of 2000 m I can’t catch my breath, and each step becomes a challenge. I must manage though, especially since 60 – year-old mother of one of the students is just behind me :)

IMG_4758

Our guide:)

After leaving the canyon, we can relax a minute under a roof of a small roadside shop, where you can buy drinks, ice cream and sweets. I just drink water from my bottle. We return to town, passing by vast landscapes dotted with pink farms, trees in stone mounds (protected in this way from the wind and cold), big stones and foot-marks of the dinosaurs. We meet two men in traditional colourful hats and helmets made of leather, amour-like conquistadors.

IMG_4804

Now we just need to register in the book of the office of Torotoro National Park and we cross the boundaries of the town, passing by women bathing and washing their clothes in a river.

Travelling In Bolivia *** Podrozujac po Boliwii

Jak podrozuje sie po Boliwii? Mozna samolotem, autobusem, samochodem, na rowerze czy pieszo:)

Przelot samolotem nie sprawia wiekszych problemow – boliwijskie linie lotnicze dzialaja bardzo profesjonalnie i oferuja dzienne loty z wiekszych miast w cenach niestety europejskich (do Santa Cruz w jedna strone zaplacimy okolo €30). Na pokladzie samolotu otrzymamy maly ‘snack’ w postaci kanapki, kawalka ciastka i wybranego napoju. A za oknem – przepiekne gorzyste krajobrazy! Mozna pstrykac zdjecia przez cale dwie godziny (o ile lecimy w dzien przy bezchmurnym niebie).

Jezeli mamy wiecej czasu i jeepa pod reka, mozemy podziwiac krajobrazy przez caly dzien, przemierzajac cierpliwie asfaltowo – kamienisto – piaszczysto – blotnista droge. Niestety nie mialam okazji wyprobowwac tej opcji, ale znajomi, ktorzy byli z nami w Santa Cruz, musieli zostac tam 2 tygodnie dluzej, bo troszke sie rozpadalo i droga byla nieprzejezdna:)

To  moze autobusem? W Boliwii funkcjonuje wiele lini autobusowych, o czym przekonalam sie podruzujac do Potosi. Dworzec w Cochabambie jest istnym labiryntem i potrzeba troche czasu na ochloniecie, by znalesc odpowiednia kase. Poszczegolni przewoznicy rozna sie cena i komfortem, jednak wszystkie autobusy sa przewaznie w dobrej kondycji. Plusem jest niska cena – z Cochabamby do Potosi mozemy dojechac za okolo 60 bs.= €6 (okolo 450 km), co zajmuje okolo 10 godzin – o ile mamy bezposrednie polaczenie w Oruro. My wyladowalismy tam o 5 nad ranem i postanowilismy wziac busa do Potosi na 8 osob, co kosztowalo nas 60bs. od glowy.

Inne plusy podrozy autobusem? Oczywiscie piekne widoki! Mimo, iz wiekszosc kursow odbywa sie w nocy, warto jest wybrac kurs w ciagu dnia. Dla mnie ma to wiekszy sens, poniewaz i tak nie moge spac w srodkach transportu, wiec gdybym jeszcze miala zaczac zwiedzanie po przyjezdzie nad ranem, to niestety nie byloby to dla mnie zbyt przyjemne.

Minusy podrozy autobusem? Jest ich kilka – autobus nie zatrzymuje sie na siusiu, nie mozna robic zdjec w czasie podrozy (bo chociaz nikt  nie zabrania, to jakosc obrazu jest watpliwa…), nigdy nie wiadomo, czy nie utknie sie w blokadzie (co przydazylo nam sie podczas powrotu z Oruro do Cochabamby). Co wtedy?

I tutaj na pewno przyda nam sie poczucie humoru oraz dobra kurtka i spiwor w razie czego:) My mielismy szczescie, bo po drugiej stronie blokady byl inny autobus naszej lini, musielismy wiec tylko przetaskac sie z naszymi bagazami na druga strone.

Inna sprawa sa rozmiary autobusow, ktore wydaja sie o ciut za duze na niektore, szczegolnie te kamieniste wysokogorskie drogi. Jadac do Torotoro (130 km w 6 godzin), odczulam te ciagle serpentyny i ciagly podjazd pod gore, ale nic nie widzialam, bo bylo juz ciemno. Wpatrywalam sie za to w droge mleczna, ktora widzialam pierwszy raz w zyciu!

Jednak podczas zwiedzania tego pieknego zakatka swiata, ktory znajduje sie na wysokosci od 1800 do prawie 4000 m.n.p.m, nie raz wstrzymywalam oddech, obserwujac zapierajace dech w piersiach PRZEPASCIE za oknem. Oczywiscie zdjecia nie oddaja powagi sytuacji i ogromu przestrzennego, ale i tak  nie moglam sie powstrzymac od proby uwiecznienia niektorych momentow zachwytu i przerazenia.

Dodam tylko, ze najpopularniejszymi slowami, ktore padaly z moich ust podczas podrozy byly – WOW i ‘LOCO’ (to jest szalone).

Najgorzej (i najpiekniej zarazem) bylo podczas powrotu do Cochabamby – tutaj wgapialam sie w droge na kazdym zakrecie. Z kazdym kilometrem krajobraz zmienial sie nie do poznania i kiedy juz cieszylam sie, ze kanion za oknem jakby sie splycal, to okazywalo sie, ze za nastepnym zakretem czeka na nas nowa niesamowicie gleboka przepasc! Przemknal mi takze przed oczyma znak drogowy (!) z ograniczeniem predkosci do 35 km/h, ale dam sobie reke uciac, ze nasz autobus mial na liczniku przynajmniej dwa razy tyle. Mialam takze wrazenie, ze tak jakby przyspiesza przed zakretem…. A wszystko to na kamienisto – piaszczystej drodze, bez barierek.

Na asfaltowej szosie autobus przeszedl zas swoista transformacie i zamienil sie w rakiete, pedzaca co najmniej 120 km/h, ale i tak byl wyprzedzany przez wszystkie samochody osobowe. Tylko ciezarowki zostaly w tyle. Wzrastala tez liczba kapliczek (krzyzy) przydroznych i to w zatrwazajacym tempie.

Po dotarciu do celu, bylam chyba jedyna osoba dziekujaca kierowcy za ‘bezpieczne’ sprowadzenie nas do domu:)

No to chyba zostaja nam rowery? Mam nadzieje sprawdzic je przy okazji wycieczki do La Paz, na slawnej ‘drodze smierci’ – chociaz tutaj niemal kazda droga wydaje sie byc ‘smiertelnie niebezpieczna’. Przeczytalam kiedys blog o grupie Polakow przemierzajacych Boliwie na rowerach i ich przygoda zakonczylasie szczesliwie:)

Za to o chodzeniu opowiem za chwile….

***

How can we travel in Bolivia? By plane, bus, car, bike or on foot :)

Going by plane does not cause major problems – Bolivian airlines operate very professionally and offer daily flights from major cities, unfortunately prices are European (to Santa Cruz one way cost approximately €30). On board of the aircraft you get a little ‘snack’ in the form of a sandwich, piece of cake and choice of drink. And outside the window – a beautiful landscape! You can snap pictures for two hours (if only you fly during the day).

If we have more time and a jeep, we can admire the scenery all day, driving patiently  on asphalt – pebble – sandy – muddy path. Unfortunately, I had no occasion to try this option, but friends who were with us in Santa Cruz, had to stay there two weeks longer, because there was a little rain and the road was impassable :)

What about bus? In Bolivia there are many bus lines, as I learned travelling to Potosi. Bus terminal in Cochabamba is a veritable maze so you need some cooling off time to find a suitable cash point. Bus companies are differ with price and comfort, but all the buses are mostly in a good condition. The advantage is low price – from Cochabamba to Potosi we can get for about 60 bs. = € 6 (approximately 450 km), which takes about 10 hours – if we have a direct connection in Oruro. We landed there at 5 am and decided to take a car for 8 people, which cost us 60 bs. per head.

Other advantages of traveling by bus? Of course beautiful views! Although most courses are held at night, it is better to choose a course during the day. For me it also makes more sense, because I can not sleep in transport, so if I had to start sightseeing in the morning after arrival, unfortunately I wouldn’t enjoy it.

Disadvantages when traveling by bus? There are some – a bus does not stop for a pee, you can’t take pictures during the trip (well, although this is not prohibited, the picture quality is questionable …), you never know whether or not you will stuck in blockade (as we did while returning from Oruro to Cochabamba). What then?

You will need sense of humor, a good jacket and sleeping bag just in case :) We were lucky, because on the other side there was another bus of our company, so we had to only carry our luggage to the other side.

Another thing is the size of coaches, which seems a bit too big for the rocky mountain roads. Coming to Torotoro (130 km in 6 hours), I felt this continuous uphill climb, but I could not see anything because it was dark. Instead, I admired the Milky Way, which  I saw for the first time in my life!

But while exploring this beautiful part of the world that has an altitude from 1,800 to almost 4,000 meters above sea level, I was holding my breath all the time, watching the breathtaking precipice just outside the window.

I will only add that the most popular words that fell out from my mouth during the trip were – WOW and ‘LOCO’ (this is crazy).

The worst (and most beautiful at the same time) was return to Cochabamba – I was staring at the road at every turn. With each kilometer landscape has changed beyond recognition and when I was happy when the canyon behind the window was getting more shallow, it turned out that behind next corner is waiting for us a new incredibly deep abyss! Once also flashed before my eyes a traffic sign (!) with a speed limit of 35 km / h, but I’ll give my left nut (if I had one:) that our bus was speeding at least twice as much. I also had the feeling that it speeds up before every corner … And all this on the stoney – sandy road, with no barriers.

On the asphalt road bus underwent specific transformation and turned into a rocket, flying at least 120 km / h; it was overtaken by all the cars, leaving only trucks behind. Also the number of road chapels (places where people died in a crash) was incresing with every minute.

When we reached Cochabamba, I was probably the only person thanking the driver for bringing us ‘safely’ home :)

Well, what about bikes? I hope to check it during a trip to La Paz, on the famous ” death road ‘- though here almost every road seems to be’ extremely dangerous’ :)
I will tell about walking in a moment ….