‘Lomas de Arena’ I *** Tajemnicze wydmy w boliwijskiej dzungli

Lomas de Arena to jedna z najbardziej niezwykłych atrakcji departamentu Santa Cruz. Dlaczego? Otoz, nieczesto spotyka sie piaszczyste wydmy posrod tropikalnego lasu! Mowi sie, ze mozna sie tam poczuc jak na morzem, tylko bez morza:) Co prawda, mozna tam spotkac naturalne laguny, ale w porze suchej czasem nie ma po nich sladu. Podobno mozna tu zobaczyc kilka bardzo niezwykłych ptakow i zwierzat, w tym bociany, pancerniki, sowy i emu oraz zobaczyc wiele unikalnych gatunkow roslin.

W 1991 roku, na obszarze ponad 13000 km 2 utworzono Park Regionalny, do ktorego dostep jest jednak ograniczony. Nie, nie dlatego ze wstep jest za drogi czy park jest za daleko – to zaledwie 12 km od centrum miasta w kierunku wiezienia Palmasola, a wejsciowka wynosi ok. 10 bs od osoby. Najwieksza przeszkoda w dotarciu do wydm jest droga, a raczej jej brak:

boliviainmyeyes

Droga prowadzaca do ‘Lomas de Arena’

boliviainmyeyes

Igal sprawdzajacy glebokosc kaluzy

boliviainmyeyes

boliviainmyeyes

Damy rade!

boliviainmyeyes

Skoro im sie udalo, to nam tez sie uda…

boliviainmyeyes

:)

Co prawda, udało nam sie dojechac do bram parku, gdzie trzeba zaparkowac samochod i przejsc około 3 km, aby dostac sie do wydm, ale kiedy tam dotarlismy, niebo zasnulo sie chmurami i zdecydowalismy, ze jezeli zostaniemy tam na dluzej, to jest szansa, ze nie dalibysmy rady wrocic do miasta, ufff! Zreszta, nasz samochod juz raz zatrzymal sie w jedej z duzych kaluz, odmawiajac posluszenstwa i napedzajac nam strachu.

Tak wiec, wiecej zdjec i informacji o Parque Regional Lomas de Arena mam nadzieje opublikowac po zakonczeniu pory deszczowej – w maju lub czerwcu:) Dodam tylko, ze okolice wiezienia Palmasola nie sa najlepszym miejscem na spacery, warto jest wiec sypnac grosza na taksowke, ktora z cala pewnoscia da rade dojechac do Parku w sezonie suchym. 

***

Lomas de Arena is one of most unusual attractions in Santa Cruz. Why? Well, it’s quite unusual to find sand dunes in the middle of the lush tropics! They say that it’s like being on the sea side, just without the sea! There are some natural lagoons, but they can disappear in the dry season completely. Apparently, you could also find here some very unusual birds and animals including storks, armadillos, owls and the occasional emu and numerous unique species of flora.

This jewel of nature, the area of more than 13000 km 2, today has been protected and the access to the Regional Park is rather limited. It’s not expensive to get there or neither too far – it’s only 12 km from the city centre by Palmasola Jail and the entrance fee is about 10 bs. per person. The biggest obstacle in getting to dunes is …. the road, or rather lack of it:

boliviainmyeyes boliviainmyeyes

Yeap, we did drive to the gates of the Park, where you have to park a car and walk about 3 km to get to the dunes, but it was getting cloudy and we decided that if it rains, we might not be able to get back to the city. On the way our car stalled once in one of the big puddles and we got fright:)

So, more pictures and informations about this unusual site I will hopefully post after the rainy season – in May or June:) I will only add, that it’s not the best idea to walk around Palmasola Jail, as the area is quite dodgy. Therefore, spare some bolivianos to rent a taxi that surely will make it to the Park in a dry season.

Babysitting Little Kenny *** Kenny sam w domu

Moze pamietacie moja notke o zaginionym Chesterze? Coz, mijaja miesiace, a po jamniku naszej sasiadki nie ma sladu… Nie zaprzestala ona jednak poszukiwan, co tydzien wydajac 1000 bs. na ogloszenia w lokalnej prasie i telewizji. Kazdy, kto choc raz posiadal ‘najlepszego przyjaciela’ wie jaka pustka zostaje po jego stracie… Nasza sasiadka przygarnela wiec niedawno szczenie o imieniu Kenny, ktory jeszcze miesiac temy byl kuleczka mieszczaca sie w dloni, a dzis z ciekawoscia odkrywa swiat:)

W zeszlym tygodniu uslyszelismy przerazliwe piski dochodzace z mieszkania sasiadki i kiedy wyszlismy na klatke okazalo sie, ze Kenny zostal sam w domu. Po raz pierwszy. Biedak piszczal, szczekal i plakal przez ponad 2 godziny bez ustanku. Zostawilismy wiec na drzwiach sasiadki notke, ze nastepnym razem, kiedy bedzie musiala zostawic Kennego samego w domu, z radoscia go przygarniemy!

Nasza sasiadka ucieszyla sie z naszej oferty, i wczoraj poznym wieczorem przyniosla malucha, zawinietego w recznik i sweter, do naszego mieszkania.

_MG_8363-2

Przez nastepne 2 godziny czulam sie jak opiekunka do dziecka, probujac wynagrodzic Kennemu rozlake z ‘rodzicem’. Biedny szczeniak tym razem nie plakal, ale bylo mu bardzo smutno. Z tesknoty za swoja Pania, niemal nie opuszczal swojego legowiska, gdzie szukal jej zapachu wwachujac sie w jej sweter. Humor mu sie poprawil, kiedy Freddy wrocil z pracy, i przez chwile razem turlali sie po podlodze. Kiedy przyszla pora kolacji, dalismy mu plasterek szynki na talerzyku i wode w filizance, ale nic nie zjadl… Dobrze mu sie natomiast lezalo na moich kolanach, ogladajac szczekajace psy na Youtube:) Pozniej zas, przydreptal za nami do sypialni gdzie zasnal kolo lozka.

_MG_8352-2 _MG_8383-2 _MG_8415-2 _MG_8439-2

Kenny bardzo sie uradowal, kiedy jego pani po niego wrocila, a ona sama szczesliwa byla, ze bobas nie plakal za nia tak, jak tydzien temu. Ja cieszylam sie natomiast, ze moglam oddac komus taka przysluge, jaka niegdys wyswiadczyla nam ciocia Stasia. Mieszkala ona w naszym domu przez  niemal tydzien, opiekujac sie Misia kiedy rodzice wybrali sie w odwiedziny do siostry! Nigdy nie zapomne, jak mama wowczas narzekala, ze chce juz wracac do domu, bo tam Misia pewnie za nimi teskni. Tesknila, a jakze – tak jak dzieci tesknia za rodzicami. Mama zas po powrocie oswiadczyla, ze juz nigdy nie opusci swojego psa na tak dlugo i jak na razie, skrupulatnie dotrzymuje swojej obietnicy:)

***

Maybe you remember my post about missing Chester, who got lost without a trace? Our neighbour however haven’t stopped searching for him, every week spending as much as 1000 bs. on notices in the local press and television. Anyone who once was lucky to have ‘best friend’ knows what emptiness brings its loss … And so, our neighbor recently took in a puppy named Kenny, who just a month ago could fit in a palm of my hand and today curiously runs around, discovering the world :)

Last week, we heard shrill screams coming from an apartment of our  neighbor and when we went out to check what is going on, it turned out that Kenny was alone in the home. For the first time in his life… So he squealed, barked and cried for over 2 hours straight. We decided to leave a note on the neighbor’s door saying, that the next time she needs to go out we would be happy to babysit him!

Our neighbor took our offer very happily and yesterday she brought to us Kenny, wrapped in a towel and her sweater.

_MG_8389-2

For the next two hours, I felt like a babysitter again, trying to compensate the absence of Kenny’s ‘parent’. Poor thing didn’t cry but was very sad. He was missing his master so much, that he almost haven’t left his bed, where he could snuggle in her sweater, sniffing her scent. His humour improved when Freddy came back from work, and for a moment they were both happily rolling on the floor. When dinner time came, we gave him a slice of ham on a plate and some water in a cup, but he didn’t touch anything … He enjoyed however lying on my laps, watching the barking dogs on Youtube. Later, he followed us to the bedroom and went to sleep beside our bed.

_MG_8400-2 _MG_8431-2

Kenny was very happy when his master came to collect him, and she was happy to hear that her baby didn’t cry this time. I was also pleased, because I could return a favor, that once our aunt Stasia gave to my family. She lived in our house for almost a week, taking care of Misia, when my parents went away to visit my sister! I’ll never forget how my mother complained back then that she wants to go home, because Misia is missing them. And she had – just as children yearn for their parents. I recall my mom saying, that she would never leave her dog for so long again. And she have kept her promise since:)

‘International Festival of American Renaissance and Baroque Music’ in Bolivia

Jezuickie misje Chiquitos w prowincji Santa Cruz (o ktorych pisalam przy okazji wyprawy do San Xavier) i  Moxos w Beni sa jednymi z glownych bogactw regionalnego i krajowego dziedzictwa kulturowego Boliwii. Podczas renowacji kosciolow misyjnych, odnaleziono lacznie ponad 10.000 stronic z barokowa muzyka sakralna, napisana zarowno przez europejskich misjonarzy, jak rowniez miejscowych artystow. Utwory skomponowane w XVII i XVIII wieku, niegdys codziennie wykonywane przez lokalnych muzykow, dzis na nowo przezywaja swoj renesans.

Pierwszy Miedzynarodowy Festiwal Amerykanskiej Muzyki Renesansu i Baroku zostal zorganizowany przez stowarzyszenie kulturalne APAC, z mysla o zachowaniu i upowszechnieniu tego wielkie dziedzictwa kulturowego, pokazaniu swiatu ‘innej twarzy Boliwii’ oraz promowaniu turyzmu we wschodniej czesci kraju.

Koncerty, ktore odbywaja sie co dwa lata na przelomie kwietnia i maja, w wiekszosci sa nieodplatne. Artysci, zarowno boliwijscy, jak i zagraniczni, odwiedzaja ze swoim repertuarem wiele mniejszych miejscowosci w prowincji Santa Cruz i Beni, koncertujac takze w samej Santa Cruz de la Sierra. W tym samym czasie co festiwal, odbywa sie rowniez Miedzynarodowe Sympozjum Muzykologiczne, wystawy sztuki ludowej i inne imprezy towarzyszace.

Dyrektorem artystycznym festiwalu, co trzeba podkreslic, jest polski duchowny – Piotr Nawrot, ktory wykonal iscie syzyfowa prace, zbierajac, katalogujac i promujac muzyczny dorobek jezuitow, za co zostal odznaczony w 2004 roku Nagroda Hansa Rotha, jednego z patronow festiwalu.

W tym roku jednym w zagranicznych gosci jest Poznanski Chor Chlopiecy, ktorego jeden z wystepow odbedzie sie 27 kwietnia w kosciele San Roque w Santa Cruz. Kosciol ten znajduje sie 10 minut od naszego mieszkania, wiec nie ma bata – na pewno nas tam nie zabraknie!

DSCN1407-2

Caly program festiwalu znajdziecie na stronie APAC—> klik, a ja juz sie nie moge doczekac, aby zdac Wam relacje z tego jakze waznego wydarzenia!

***

The ancient Jesuit mission of Chiquitos in the province of Santa Cruz (that I wrote about on the occasion of the trip to San Xavier) and those of Moxos in Beni are one of the principal riches of Bolivia’s regional and national cultural heritage. While the churches in these towns were being restored, a trove of sacred music was found—almost 10.00 pages written as much by the European missionaries as by the people native to the region. Composed in the seventeenth and eighteenth centuries, local musicians interpreted this music daily until the middle of the nineteenth century and today it again has its renaissance.

APAC, the cultural association, established the International Festival of American Renaissance and Baroque Music in 1996 to preserve and diffuse this cultural heritage, but also to show the world the ‘other face of Bolivia’ and promote tourism of the eastern part of the country.

The festival is unique because it celebrates a vibrant and dynamic cultural heritage in the towns where it originated and is still maintained. Concerts, which are held every two years in April and May, are often free of charge. Artists, both Bolivian and foreign, perform their repertoire in many small villages in the province of Santa Cruz and Beni, also in the city of Santa Cruz de la Sierra. Each festival is accompanied by a scientific conference, the International Symposium of Musicology (ECSIM), as well as folk art exhibitions and other cultural events.

The artistic director of the festival is a Polish priest – Piotr Nawrot, who done the truly Sisyphean work by collecting, cataloging and promoting the musical collection of Jesuits, for which he was awarded in 2004 with Hans Roth Award.

This year, one of the foreign guests is Polish Poznan Boys’ Choir, whose one of the first shows will take place on April 25th in the church of San Roque in Santa Cruz de la Sierra. The church is located 10 minutes from our apartment, so we certainly can’t miss it!

The entire festival’s program can be found on the APAC website — > click and I can not wait to give you an account of this great event!

Fotografia Boliviana: Photographic Museum of Humanity 2014

Ostatnio natknelam sie na galerie boliwijsich fotografow ubiegajacych sie o grant w konkurse Photographic Museum of Humanity‘ – pierwszego muzeum online stworzonego przez najlepsze zdjecia fotografow z calego swiata. Doprawdy, niezwykla to mieszanka!

Kazdy z fotografow zaprezentowal krotki fotoreportaz, ktorego glownym bohaterem jest czlowiek. Dwukrotnie sportretowano temat Tinku – starozytnego obrzedu obchodzonego na czesc Pachamamy (Matki Ziemi) przez mieszkancow rejonu Potosi, w ktorym dwoch czlonkow roznych spolecznosci Indian Quechua staje do walki na piesci. Wojownicy, z ktorych niektorzy wykrwawiaja sie na smierc, z checia ofiaruja swa krew Pachamamie, przy okazji okazujac swa meskosc i odwage. Bija sie rowniez kobiety oraz dzieci.

Carlos Sanchez odwiedzil miejscowosc Macha, gdzie w pierwszych dniach maja odbywa sie Swieto Krzyza – jeden z najbardziej niezwyklych festiwali w Boliwii, podczas ktorego katolicki obrzed laczy sie z poganskim rytem Tinku. W swoim foto-eseju zatytuowanym Tinku: Blood Warrior‘ (wojownik krwi),  Sanchez ukazuje dynamizm i koloryt lokalnej tradycji, nie stroniac od drastycznych scen. Zdjecia zachwycaja rowniez dobrze przemyslana kompozycja i swiatlem.

Foto: Carlos Sanchez

Te sama historie opowiedzial inny fotograf, Jorge Bernal Campuzano, ktory skupil swoja uwage nie tyle na akcji ile na uczestnikach celebracji – dziarskich wojownikach Tinku, spokojnych czcicieli krzyza i opijajacych sie chicha obserwatorow, w ‘Thinku – The Last Warriors‘ (ostatni wojownicy).

Fot. Jorge Bernal Campuzano

Kolejny fotograf, Fernando Miranda, zaprezentowal inny obrzed z czasow pre-kolumbijskich, ‘Las Natitas’, czyli swieto czaszek, o ktorym pisalam z okazji boliwijskich Zaduszek. Sportretowal on czarno na bialym mieszkancow La Paz z czaszkami ich bliskich – czasem umieszczonych w zwyklym pudelku po butach, innym razem w bogato zdobionej urnie.

Foto: Fernando Miranda

Ten sam motyw zaprezentowala Natalie Fernandez w cyklu ‘Devocion a las Ñatitas’,  pokazujac w swoim reportazu bardziej dynamiczny charakter obchodow tego niezwyklego swieta odbywajacego sie na ulicach najwyzszej stolicy swiata.

Fot: Nataie Fernandez

Z kolei, Patricio Crooker w ‘Requiem to the Republic’, prezentuje codzienny obraz Boliwii i jej mieszkancow, poszukujacych swej narodowej tozsamosci. Nowe czasy, nowa wladza, nowe symbole mieszaja sie bowiem ze starymi tradycjami, co najlepiej widoczne jest podczas ulicznych parad i festiwali, uniemozliwiajac jednoznaczne zdefiniowanie pojecia ‘nowego Boliwijczyka’.

Fot: Patricio Crooker

W zgloszeniach konkursowych nie moglo oczywiscie zabraknac ‘miedzynarodowych symboli Boliwii’, jakimi sa koka oraz najwieksza pustynia solna swiata.

Dany Krom przedstawil mniej znane oblicze Salar de Uyuni – ludzi pracujacych przy wydobyciu soli, litium i boraksu, czyli tytulowych ‘Salt Made Men‘ (ludzi z soli), wykonujacych ciezka prace w jakze pieknych okolicznosciach przyrody!

Fot: Dany Krom

Temat koki podjal natomiast Marcelo Perez del Carpio w cyklu ‘Beyond the Coca Leaf’, pokazujac codzienne zycie ‘cocaleros’ – producentow lisci koki i wplyw uprawy tej tradycyjnie swietej rosliny na tropikalny region Los Yungas, tj. wylesienie, erozja gleby i zanieczyszczenie srodowiska. Piekne, czesto intymne czarno-biale portrety ludzi, ich otoczenia i wspolistnienia z natura.

Fot. Marcelo Perez del Carpio

Najbardziej jednak odkrywcza jest, wedlug mnie, historia Manuela Seoane o krolu niewolnikow (The King of Slaves), ktora pozwolilam sobie przytoczyc w calosci:

Mowi się, ze w XVI wieku, Bonifaz, ksiaze z plemienia Konga, wpadł w rece handlarzy ludzmi, ktorzy sprzedali go jako niewolnika w Ameryce Południowej. Afrykanski arystokrata trafil na farme Mururata, w malym miasteczku w Los Yungas, gdzie zostal rozpoznany przez swoich ziomkow i uznany za ich krola, ukrywajac jednak swoje pochodzenie przed wlascicielami gospodarstwa. 500 lat pozniej, Julio Bonifacio Pinedo – rolnik, producent  liści koki i skromna glowa rodziny, zostal kolejnym nastepca Bonifrazego. Chociaz niewolnictwo juz nie istnieje, starodawni wlasciciele miasta nadal sa w posiadaniu nie tylko rancza, ale takze korony, peleryny i berla Afro – boliwijskiego krola, ktore sa mu wypozyczane tylko na czas uroczystosci.

Fot: Manuel Seoane

Ta niesamowita historia, zobrazowana wymownymi zdjeciami, zaintrygowala mnie na tyle, ze sama mam ochote wybrac sie do amazonskiej puszczy w poszukiwaniu potomka krola Bonifraza.

A Tobie, ktory fotoreportaz spodobal sie najbardziej?

***

Recently I came across works of Bolivian photographers applying for a grant of ‘Photographic Museum of Humanity‘ – the first online museum made with the best photos sent by photographers from all over the world. An amazing ‘place’ to visit!

Each of the photographers presented the brief photo essay, whose main subject is a ‘man’. The most popular theme among Bolivian photographers was ‘Tinku – an ancient rite celebrated in honor of Pachamama (Mother Earth) by the inhabitants of the region of Potosi, in which two members of different Quechua communities take part in a boxing fight. Warriors happily offer their blood to Pachamama, while showing their masculinity and courage, however also women and children fight, mostly the same reasons. Some of them bleed to death.

Carlos Sanchez visited the pueblo of Macha, where during the first days of May the Feast of the Cross is celebrated  – one of the most unique festivals in Bolivia, during which the Catholic rite mix with pagan ritual of Tinku. In his photo essay ‘Tinku : Warrior Blood’, Sanchez shows dynamism and color of both celebrations, not shunning of drastic scenes. His pictures impressed me also with great composition and dramatic lighting.

The same story was told by another photographer, Jorge Bernal Campuzano, who focused his attention on different participants of celebration – perky warriors, peaceful worshipers of the cross and observers drinking chicha  in ‘Thinku – The Last Warriors’.

Another photographer, Fernando Miranda, presented the different rite from the pre-Columbian times – ‘Las Natitas‘, the feast of skulls, about which I wrote on the occasion of the ‘Dia de los muertos‘. Miranda portrayed the residents of La Paz with the skulls of their dead relatives – sometimes kept in plain shoe box, sometimes in richly decorated urn.

The same theme studied Natalie Fernandez in the black& white cycle ‘Devocion a las Ñatitas‘, showing in her reportage more dynamic nature of the commemoration, strolling the streets of Bolivian capital.

On the other hand, Patricio Crooker in ‘Requiem to the Republic, presents a daily picture of Bolivia and its inhabitants seeking their national identity. New times, new government, new national symbols mingle with old traditions, as best seen during street parades and festivals, making it impossible to clearly define the idea of the ‘new Bolivian’.

Among the competition entries there are of course the well known ‘international symbols of Bolivia’, which are coca leafs and the largest salt desert in the world.

Dany Krom presented the less known face of Salar de Uyuni –  people mining salt, lithium and borax – ‘Salt Made Men‘, working hard in the beautiful natural circumstances…

While, the subject of coca appeared in  Marcelo Perez del Carpio’s photo essay –  ‘Beyond the Coca Leaf’, showing daily life of ‘cocaleros‘, the producers of coca leaves and environmental influence of growing the traditional sacred plant in the tropical region of Los Yungas, ie. deforestation, soil erosion and pollution. Really beautiful, intimate black-and-white portraits of people, their environment, and their coexistence with nature.

But the most explorative and interesting was, in my opinion, the story of ‘The King of Slaves’ portrayed by Manuel Seoane, which I decided to quote:

It is said that during the hardest stage of slavery in Africa, Bonifaz, the prince of a tribe of Congo, fell into the hands of human dealers and was sold as a slave in South America during the sixteenth century. This character of the black aristocracy ended up working as pawn on the farm of Mururata, a small town in the Yungas of Bolivia. There, Bonifaz was recognized by the other African slaves as their king, who managed to hide his identity and its lineage. Today, abolished all slavery and nearly 500 years later, Julio Bonifacio Pinedo, farmer, producer of coca leaf and humble family man like any other, is the current Afro-Bolivian King. Although servility does no longer exists, the ancient owners of the town still possess not only the ranch, but also the crown, the cape and the scepter that identifies the king, which are borrowed to him only for the festivities. This is the royal family of Bonifaz, king of the slaves.

This incredible story, illustrated by meaningful photographs, intrigued me so much, that I want to go myself to the Amazon forest in search of the king’s heir.

And you, which photostory did  you like the most?