San Juan Bautista of Porongo *** Na tropie jezuitow w Boliwii

Porongo, jak juz wspomnialam, zostalo zalozone przez jezuite Santiago de Rivero na wzor wielkich misji Chiquitanii, i jeszcze rok temu (-–>W drodze do Porongo) miasteczko wygladalo na miejsce, gdzie diabel mowi dobranoc. Nie, nie zapomniane przez Boga, ale zupelnie odseparowane od komercji, zalewajacej Boliwie. Dzis jednak Porongo przechodzi transformacje, ale miejmy nadzieje, ze pojdzie ona w dobrym kierunku. Dzieki wsparciu panstwa, mieszkancy buduja chodniki wokol ogromnego zielonego placu, ktory nie zostal przeksztalcony, tak jak w innych misjach w park, ale w ogromne boisko do pilki noznej, z bardzo dobrze utrzymanm trawnikiem!.

Na szczescie, rzad finansuje rowniez renowacje największego skarbu Porongo, jakim jest drewniany kosciol San Juan Bautista de Porongo (1716), zaliczony w roku 1999 do “Patrimonio Nacional de Bolivia oraz kolonialnych domow otaczajacych glowny plac.

Mialam wielkie szczescie moc obserwowac remont swiatyni w akcji, prowadzony przez konserwatora – Alfredo. Nie tylko objasnil mi on proces renowacji oltarza glownego, ale pokazal rowniez rzezby przechowywane w zakrystii swiatyni. Alfredo, ktory uczyl się zawodu we Francji, przywracal do zycia dziela sztuki we wszystkich glownych  miastach Boliwii: Sucre, Potosi, La Paz oraz mniejszych miejscowosciach, jak Porongo. Opowiadal, ze czuje sie bardzo uprzywilejowany moc pracowac i mieszkac w tych wszystkich miejscach, poznajac nowych ludzi i ratujac dziedzictwo kulturalne Boliwii.

Danuta Stawarz Photography

Musze przyznac, ze on i jego koledzy ‘odwalili kawal swietnej roboty’, oczyszczajac stare drewniane rzezby, rekonstruujac brakujace elementy i odnawiajac oryginalna polichromie. Alfredo skorygowal nawet wzrok swietego, przekrzywiony w czasie poprzedniej nieudolnej renowacji! Niezwyklym bylo zobaczyc z tak bliska te wszystkie posagi bez odzienia oraz zajrzec w ich szkalane oczy otoczone rzesami.

_MG_7303

_MG_7309

_MG_7310

Tak bylam zaoferowana piekna kolekcja artefaksow oraz ciekawa rozmowa z Alfredo, ze kiedy opuscilam zakrystie, znalazlam swojego Freddiego w stanie bliskim rozpaczy, szukajacego mnie po wszystkich zakatkach Porongo…

_MG_7294

***

Porongo, as I mentioned before, was founded by the Jesuit priest Santiago de Rivero, in the style as the great missions of Chiquitania and just a year ago  (—> On the Way to Porongo) the town looked like the place where the devil says goodnight. No, not forgotten by God, but completely separated from commerce flooding Bolivia. Today however, Porongo is undergoing some transformations and let’s hope they will go in good direction. With the support of the state, residents are building sidewalks around the huge green plaza, which is not been transformed, as in other missions in the park, but the huge football field, with a very well kept lawn!

Thankfully, the government also finances the renovation of Porongos’ biggest treasure declared ‘Patrimonio Nacional de Bolivia’ in 1999 – it’s old temple  of  San Juan Bautista de Porongo (1716) and ancient houses that surround the main plaza.

I was very lucky to be able to see the renovation of the temple in action, being guided by one of the conservators – Alfredo, to the back of the church where all ancient wooden statues were being stored. Alfredo, who was learning his profession in France,  was restoring the works of art in all main cities of Bolivia eg. Potosi, Sucre, La Paz, but also small towns and villages like Porongo. He enjoyed living in all these different places, meeting new people and of course, taking care of Bolivian patrimony. I must admit, he and his colleagues, were doing great job, cleaning old wooden sculptures, reconstructing missing pieces and painting them as they were painted originally.  He even corrected the eye of the saint, that was crooked due to previous bad restoration! I was delighted to see all these statues without clothes and to look into their glass eyes, with big eyelashes from up close:)

Porongo

I was so happy to chat to Alfredo, that I forgot the passing time and when I left the sacristy, I found my Freddy in despair, looking everywhere for me…

300 Years of Porongo *** Gdzie diabel mowil dobranoc

14 lutego 1714 roku, ksiadz Santiago de Rivero i Indianie Chiriguanos (wschodnio – boliwijscy Guarani), załozyli miasteczko Porongo – jedna z ostatnich misji jezuitow w Boliwii.

A w ostania sobote miasteczko to obchodzilo 300 lat swojego istnienia! Niestety, ominely nas wszystkie uroczystosci religijne, ktore odbyly sie rano, ale zalapalismy sie na pokaz tradycyjnego wypieku mojej ulubionej ‘empanada de aroz’, podczas ktorego pewien pan usilnie staral sie mi wytlumaczyc historie Porongo oraz poczestowal mnie swiezym wypiekiem, mimo protestow pan, ktore przekonywaly, ze empanady sa tylko na pokaz:)

_MG_7679

Nie doczekalismy rowniez wyborow Krolowej Karnawalu, bowiem byly one zaplanowane na pozny wieczor, ale i tak moglismy podziwiac sliczne kandydatki w tradycyjnych strojach Camba, przechadzajace sie po placu.

_MG_7734

Przed powrotem do miasta zdazylismy jednak wypic zimne piwo, przy akompaniamencie tradycyjnego zespolu, z panem wygrywajacym skoczne melodie na…. lisciu pomaranczy:)

_MG_7749 _MG_7750

*

Porongo odwiedzilismy juz po raz trzeci (—> W drodze do Porongo), za każdym razem bedac serdecznie witani przez mieszkancow, ktorym nie przeszkadzalo nasze wscibskie oko, schowane za wizjerem aparatu. Niestety dla nas, a na szczęście dla nich – gubernator Santa Cruz finansuje budowe drogi asfaltowej oraz chodnikow w centrum Porongo, co zmieni na zawsze tradycyjny wyglad tego miasteczka oraz jego spokojna egzystencje. Ale takie jest życie, a rosnaca populacja mieszkancow Porongo zasługuje na poprawe jego warunkow.

_MG_7393

Uwaza sie, ze Porongo zawdziecza swoja nazwę owocu poro poro, ktory jest podobny w smaku  do marakui, ale miasteczko to jest znane w calej Boliwii jako stolica achachairu! Ten —> boliwijski owoc, niedawno wprowadzony na rynek europejski przez Marks & Spencer, rosnie w wielu ogrodach w okolicy i zbierany jest od grudnia (Fiesta de Achachairu) do marca. Owoce w tych miesiacach mozna zakupic od sprzedawczyn, ktore rozkladaja kosze z ‘pomaranczowym zlotem’ wokol plazy.

_MG_7704 _MG_7713

A tydzien temu dostalismy caly worek swiezo zerwanych owocow od wlascicielki sklepu, w ktorym kupilismy piwo:) Dorzucila ona jeszcze kilka mandarynek i mango:)  Goscinnosc mieszkancow Porongo nie zna granic!

*

Porongo jest jedna z pieciu prowincji, tworzacych Narodowy Park Amboro i nawet w drodze z Santa Cruz mozna podziwiac bujna zielen tropikalnych lasow, a takze piaszczyste wydmy i naturalne laguny. Obszar ten znany jest rowniez z produkcji kawy, podobno najlepszej w regionie, ale jeszcze jej nie probowalismy. W czerwcu odbywa sie festyn na czesc patrona Sw. Jana, kiedy to mieszkancy pala wielkie ogniska i chodza po rozrzazonych weglach, co mam nadzieje zobaczyc na wlasne oczy w niedalekiej przyszlosci:)

_MG_7797

***

On February 14th 1714, friar Santiago de Rivero and indigenous Chirigianos (Eastern Bolivian Guaraní), founded a small town of Porongo – one of the last jesuit missions in Bolivia.

Last Saturday, this town was celebrating 300 years of its faith and life (fe y vida), that hasn’t change much since colonial times. Unfortunately, we have missed all religious ceremonies, which were held in the morning, but being able to grab a demonstration of traditional baking of my favorite ’empanada de aroz‘. One gentleman earnestly tried to explain to me the story of Porongo and offered me a fresh baked empanada, despite the protests of local women who argued that the empanadas are only for display:)

We missed as well the announcement of ‘Reina de Carnaval’ (Carnival Queen), because it was scheduled later in the evening, but even so we could admire some of the candidates in traditional Camba costumes relaxing on the square.

_MG_7727

Before heading back to the city, we had some cold beer listening the sounds of the traditional band, with a frontman winning lively melodies on …. orange leaf :)

_MG_7743

*

It was our third visit to this village (—>On the Way to Porongo) and each time we were sincerely welcomed by its residents, don’t minding us strolling the streets with big cameras pointing at their homes and documenting their peaceful existence. Unfortunately for us, and fortunately for them – the government decided to finance not only new road from Santa Cruz, but also pavements in the centre of the town, that will change its traditional appearance maintained for ages. But that’s life, and this growing population of hardworking people deserves their living conditions to be improved.

_MG_7723

Is said that Porongo owes its name to the fruit poro poro, similar in taste to passionfruit, but the town is know to grow—> the best achachairu in Bolivia! This Bolivian fruit, recently introduced in Europe by Marks& Spencer, grows in many gardens in the area and it’s harvested form december (Fiesta de Achachairu) until march.  We were lucky to buy some, as its season it’s coming to an end, but just week ago we were given whole bag of freshly picked fruit by a shop owner from who we bought some beer:) Hospitality of Porongo people is really amazing!

_MG_7287

Porongo is also one of the nine municipalities that make up Amboró National Park  and even on the way from Santa Cruz you can enjoy wast and thick greenery covering the area, as well as sand dunes and lagunas.  This historically coffee producing area still processes some of the best coffee in the region. There is a Coffee Festival each year in June following the town’s “Fiesta Patronal”. Day on which the inhabitants celebrate their patron Saint John the Baptist, with people making a big bonfires and walking over hot coals! I hope to see both celebrations in the future:)

_MG_7425 _MG_7428 _MG_7414

San Xavier (Javier) de Chiquitos *** Klejnot boliwijskiej dzungli

Jak wspomnialam poprzednio, plan wszystkich misji jezuickich byl oparty na modelu “miasta idealnego”. Misja San Xavier, ktora odwiedzilismy niedawno, zostala zbudowana jako pierwsza w roku 1691, tym samym stajac sie baza dla innych pozniejszych konstrukcji. Sztuka zostala wprowadzona do Chiquitos przez grupe jezuitów z Europy Centralnej, pochodzacychi z Bawarii, Czech i Szwajcarii. Wsrod rzezbiarzy, architektow i muzykow wyrozniaja sie: Martereer, Messner, Knogler, Borinie, Roth i Schmid, ktorzy nie tylko przeniesli wizje połnocnego i srodkowo – europejskiego baroku do boliwijskiej dżungli, ale takze wyksztalcili rzesze lokalnych artystow, ktorych potomkowie kontynuuja dzielo dawnych mistrzow do dnia dzisiejszego.

boliviainmyeyes

Ojciec Martin Schmid, szwajcarski ksiądz i kompozytor, byl architektem co najmniej trzech kosciolow: San Xavier, San Rafael de Velasco i Concepción. Schmid polaczyl elementy barokowej architektury chrzescijanskiej z tradycyjnym lokalnym budownictwem, tworzac unikalny styl mestizo, tak charakterystyczny dla boliwijskiej sztuki kolonialnej.

Plan of a settlement with French labels showing buildings, fields, a river, lakes and roads laid out as described in the text.

Plan San Xavier ma uklad modulowy: w centrum znajduje sie szeroki, niemal kwadratowy plac centralny, z kompleksem koscielnym po jednej stronie i domach mieszkancow umieszczonych wzdluz pozostalych bokow.

Oryginalnie, place byly duzymi otwartymi przestrzeniami, przeznaczonymi do celow religijnych i cywilnych. Pozbawione byly one roslinnosci z wyjatkiem kilku palm otaczajacych krzyz w centrum. W rogach kwadratu umieszczone byly cztery kaplice uzywane w procesjach. Dzis nie ma po nich sladow, natomiast sam plac zamienil sie w park miejski pelen drzew, krzewow, lawek i pomnikow.

The cross section of a house with open roofed galleries on either side of the house.

Domy tubylcow mialy wydłuzony ksztalt i pierwotnie zajmowane byly przez wodzow miejscowych plemion. Prosty uklad z tych domow ulegl zmianie na przestrzeni ostatnich 150 lat, i ostatecznie zostaly one zastapione przez typowa hiszpanska architekture kolonialna, skladajaca sie z duzych kwadratowych blokow z wewnetrznym patio. Podwojne drzwi i otwarte galerie chronily przed zmienna pogoda, bedac takze miejscami spotkan. Dzis, w wiekszosci domow wokol centralnego placu usytuowane sa sklepy, restauracje i hotele. Niektore z nich są zamkniete, w oczekiwaniu na remont.

BoliviaInMyEyes

Wzdłuz czwartego boku placu znajdowalo sie religijne, kulturalne i komercyjne centrum miasta. Oprocz kosciola, bedacego dominanta okolicznej architektury, w szeregu znajdowala sie kaplica pogrzebowa, wieza i szkola, połaczone murem. Za murem, wokol dziedzinca, usytuowano pomieszczenia mieszkalne dla ksiezy i gosci, pokoje Rady Miejskiej, przechowalnie instrumentow muzycznych, a także warsztaty, ktore były rozmieszczone wokol drugiego patio. Podobnie jak domy rdzennych mieszkancow, budynki kompleksu kosciola byly jednopoziomowe.

BoliviaInMyEyes

Miejsce to miescilo w obrebie swoich murow rowniez cmentarz, ktory nie zachowal sie do naszych czasow, w przeciwienstwie do pozostalych elementow kompleksu koscielnego. W San Xavier, pomieszczenia te zajmuje dzis muzeum i sklep z rekodzielem.

Kosciol, bedacy centrum edukacyjnym, kulturalnym i gospodarczym miasta, budowano na samym koncu. Ojciec Schmid, umiescil ten cytat z Księgi Rodzaju nad glownym wejsciem:

Casa de Dios y Puerta del Cielo’ oznaczajacy “Dom Boży i Brama do Nieba’.

BoliviaInMyEyes BoliviaInMyEyes

Struktura kosciola oparta zostala na drewnianym szkielecie z kolumnami wbitymi w zieme, ktory mial zapewnic stabilnosc budynku na piaszczystym gruncie. Pozniej kladziono dach, a na koncu budwano mury z adobe, tj. suszonych blotnych blokow (tylko fasada kosciola San Jose zbudowana zostala z kamienia). Portyki i duzy ganek mial zapewniac ochrone przed ciezkimi tropikalnymi deszczami. Podłoge pokryto płytkami, które, podobnie jak dach, zostały wyprodukowane w lokalnych warsztatach. Kosciol o monumentalnej wielkosci mogl pomiesc ponad 3000 osób.

Two rows of columns inside the church form three aisles. In the two corners of the church on the altar side there are two rooms partitioned off. Along the front of the church and both outer sides runs another line of columns.

Wnetrze kosciola jest trzy-nawowe, podzielone drewnianymi kreconymi kolumnami, przypominające te z baldachimu bazyliki Swietego Piotra w Rzymie. W tym czasie nie bylo tam lawek, wiec zgromadzenie musialo kleczec lub siedziec na podlodze.

BoliviaInMyEyes

BoliviaInMyEyes

Sciany swiatyni (zarowno wewnetrzne jak i zewnetrzne) ozdobiono gzymsami, pilastrami i slepymi arkadami. Najpierw otynkowano sciany mieszanka błota, piasku, wapna i słomy, a pozniej udekorowano je malowidlami z elementami flory i fauny, aniolow, swietych i wzorow geometrycznych,  uzywajac do tego celu farby w kolorach ziemi. Duze owalne okno “oeil – de – boeuf widoczne nad glownym wejsciem swiatyni San Xavier jest cecha charakterystyczna wiekszosci kosciolow Chiquitanii.

BoliviaInMyEyes BoliviaInMyEyes

Wiele znakomitych dzieł sztuki zdobi do dzis wnetrze kosciola. Skladajacy sie z rzezbionych scen z historii jezuitow i Indian oltarz glowny, pokryty jest zloceniami, choc nie tak ozdobnymi jak w pozostalych misjach. Swiatynia zawiera rowniez bogato rzezbione konfesjonaly, ambone oraz szereg polichromowanych drewnianych rzezb aniolow i swietych, stojacych na kreconych wspornikach oraz cherubinkow. Wszytkie te artefaksy wykazuja niepowtarzalny styl wlasciwy dla regionu Chiquitanii.

BoliviaInMyEyes BoliviaInMyEyes BoliviaInMyEyes

Moim zdaniem, kosciol San Javier oraz pozostale redukcje chronione przez UNESCO, powinny stac sie punktem docelowym nie tylko dla wielbicieli sakralnej sztuki baroku, ale wszystkich turystow odwiedzajacych wschodnia czesc Boliwii.

Zrodla : Wikipedia zawierajaca szeroka bibliografie na temat jezuickich misji w Boliwii , ” Misiones Jesuiticas ‘ Jaime Cisneros i Alvaro Romero V. , Weinberg 1996.

INFO :

* Droge do San Xavier opisalam w — > ” Samochodem po Boliwii “. Podróż trwa od 3 do 5 godzin, w zaleznosci od pojazdu i kierowcy. 1 – dniowa wycieczka z Santa Cruz jest mozliwa, ale nie polecam samodzielnej jazdy samochodem, chyba ze znajduje sie w nim wiecej niż 1 kierowca:) Autobusy kursuja codziennie z/do Santa Cruz. Mozna takze zarezerwowac wycieczkę z biura podrozy: 1 – dniowa do San Xavier i Concepción lub 5- dniowa po wszystkich misjach.

Więcej informacji na stronie: chiquitania.com.

*Miasto San Javier jest male, ale przyjemne. Znajduja sie w nim hotele i restauracje. Jest i “artesania” tworzaca piekna ceramike, ale jest ona nieczynna w niedziele. Kosciol oraz małe muzeum otwarte sa 7 dni w tygodniu. Przy bocznym wejsciu do swiatyni mozna nawet zjesc tani obiad z kuchni polowej – my sprobowalismy zupy z juki i mote za 7 bs., gawedzac z sympatyczna gospodynia.

* Nastepny kosciol Concepcion znajduje sie 50 km od San Xavier.

***

As mentioned before, architecture of all Jesuit missions was based on the same model of ‘ideal city’. San Xavier, we visited recently, was built as a first one in 1691, therefore being a base for the other later constructions. Art at Chiquitos was introduced by a central European Jesuit group whose origin was Bavaria, Bohemia and Switzerland. Among the names of Jesuit sculptors, carvers, architects and musicians are Martereer, Messner, Knogler, Borinie, Roth and Schmid, who not only brought the vision of the northern and central European baroque to the Bolivian jungle but also educated the number of local artists. 

Father Martin Schmid, Swiss priest and composer, was the architect for at least three of these missionary churches: San Xavier, San Rafael de Velasco, and Concepción. Schmid combined elements of Christian architecture with traditional local design to create a unique baroque-mestizo style, so characteristic for Bolivian colonial art.

Plan of San Xavier has a modular structure, with  the center formed by a wide rectangular square, with the church complex on one side and the houses of the inhabitants on the three remaining sides.

Originally, central plazas were a vast, almost square areas. As they were used for religious and civil purposes, these were open spaces free of vegetation except a few palm trees surrounding a cross in the center. Four chapels facing the central cross were placed at the corners of the square and were used in processions. Almost no remains exist of the chapels at the mission sites, as the plazas subsequently were redesigned to reflect the republican and mestizo lifestyle prevalent after the period of the Jesuits. Most have undergone recent expansion as well, converting into city parks with trees, shrubs, benches and monuments.

BoliviaInMyEyes

The houses of the natives had an elongated layout, and were arranged in parallel lines extending from the main square in three directions. Those facing the plaza were originally occupied by the chiefs of the indigenous tribes, and often were larger. The simple layout of these houses was mostly changed over the last 150 years, being replaced by the usual Spanish colonial architecture of large square blocks with internal patios. Double doors and open galleries provided protection from the elements. The latter have had a social function as meeting places up to the present day. Today, in San Javier, most of the houses around central plaza are utilized as shops, restaurants and hotels. Some of them are closed, waiting for renovation.

BoliviaInMyEyes

Along the fourth side of the plaza lay the religious, cultural and commercial centers of the town. In addition to the church, which dominated the complex, there would have been a mortuary chapel, a tower and a school connected by a wall along the side of the plaza. Behind the wall and away from the plaza around the patio laid living quarters for the priests or visitors, rooms for town council matters, for music and storage, as well as workshops, which often were arranged around a second patio. Behind the buildings, a vegetable garden surrounded by a wall and a cemetery likely would have been found.  Like the houses of the indigenous residents, the buildings of the church complex were single-level ones.

BoliviaInMyEyes

BoliviaInMyEyes

BoliviaInMyEyes BoliviaInMyEyes BoliviaInMyEyes

The cemeteries and workshops have disappeared completely from the mission settlements, while the other elements of the church complex still survive to varying degrees.  In San Xavier, they house a museum and artesania shop. 

Once a settlement had been established, the missionaries, working with the native population, began to erect the church, which served as the educational, cultural and economic center of the town.  Father Schmid, the architect, placed a quotation from the Genesis above the main entrance:

CASA DE DIOS Y PUERTA DEL CIELO meaning ‘The house of god and the gate of heaven.

The church consist of a wooden skeleton with columns, fixed in the ground, which provided stability to the building and supported the tile-covered roof, built before adobe walls (only the facade of San Jose was built of stone). Porticos and a large porch roof provided protection from the heavy tropical rains. The floor was covered in tiles which, like those of the roof, were produced in local tile works. The church with a barn-like appearance of monumental size has a capacity for more than 3,000 people.

The church had three aisles, divided by wooden columns, carved with twisted fluting resembling those at St. Peter’s baldachin in Basilica San Pietro in Rome. At that time, there was no seats so the congregation had to kneel or sit on the floor.

The walls were decorated with cornices, moldings, pilasters and at times blind arcades. First the walls were plastered entirely by a mix of mud, sand, lime and straw, both inside and outside. Paint in earth tones was applied over the lime whitewash, and ornaments were drawn, featuring elements from flora and fauna, as well as angels, saints and geometrical patterns. Large oval “oeil-de-boeuf” window, surrounded by relief petals, above the main door is a characteristic feature of San Xavier and some other churches.

BoliviaInMyEyes

A variety of fine pieces of art adorn the inside of the church, notably its altar, which is covered in gold. Elements specific to the Chiquitos missions exist also in other decorations. The altars of the churches of San Xavier and Concepción include depictions of notable Jesuits together with indigenous people. There remain a handful of original sculptures depicting Madonnas, the crucifixion, and saints, carved in wood and then painted. These sculptures exhibit a style unique to the Chiquitos region, differing from that of the reductions in Paraguay or the Bolivian highlands.

BoliviaInMyEyes

Needless to say, the church in San Javier as well as other reductions protected by UNESCO, are must see for everybody visiting Bolivian lowlands – not only those interested in art. 

Sources: Wikipedia containing vast bibliography on Jesuit Missions in Bolivia, ‘Misiones Jesuiticas’, Jaime Cisneros and Alvaro Romero V., Weinberg 1996.

INFO:

* I described the road to San Xavier in —> ‘Driving in Bolivia’. The journey takes from 3 to 5 hours, depending on driving preferences. Although it’s possible to make it 1-day trip from Santa Cruz, I would not recommend driving there by yourself, unless having more than 1 driver in the car:) The buses are living daily from Santa Cruz. You may also book a trip with a tour agency: 1-day to San Xavier and Concepcion or 5-days long around Jesuit missions circuit.

More info at: chiquitania.com.

* The town of San Javier is small but pleasant. Hotels and restaurants are available. There is an ‘artesania’ creating lovely pottery, but it’s closed on Sundays. The Church and little museum are open 7 days a week. You can even eat a nice cheap lunch cooked in the church’s courtyard! We are a soup with yuca and mote for 7 bs. while chatting with friendly cook.

BoliviaInMyEyes

* Next mission of Conception is located 50 km away from San Xavier.

Jesuit Missions of Chiquitos *** Boliwijska ‘Republika Jezuicka’

W zeszly weekend odwiedzilismy San Javier de Chiquitos, jeden z szesciu ocalalych jezuickich kosciolow misyjnych w departamencie Santa Cruz. Przyznam, dlugo czekalam na te okazje, ale bylo warto! Sama podroz przysporzyla nam sporo emocji (o ktorych mogliscie przeczytac w —> Samochodem po Boliwii), ale zobaczyc na wlasne oczy jeden ze skarbow boliwijskiej dzungli bylo niesamowitym przezyciem, nie tylko duchowym, ale przede wszystkim estetycznym. 

Zanim jednak opowiem o San Javier, chcialabym zebyscie zapoznali sie z niezwykle ciekawa historia jezuitow w tej czesci Ameryki Poludniowej.

*

Polnocno – wschodni rejon Boliwii – Chiquitania, zawdziecza swoją nazwe Hiszpanskim najezdzcom, ktorzy nazwali rdzennych mieszkancow tej okolicy –  podobno nie ze wzgledu na niski wzrost Indian, ale male gabaryty drzwi ich domostw. I wlasnie w tym odleglym zakatku swiata, pomiedzy gestymi lasami Amazonii, w drugiej połowie XVII wieku powstaly misje jezuickie, ktore w odroznieniu od tych w sasiednich panstwach, przetrwaly do dzis. Nie jako ruiny, ale wsie pełne życia, ktorych mieszkancy zachowali wiele tradycji, celebrowanych podczas religijnych uroczystosci, niezmiennie od 300 lat.

“Wszystko co najlepsze dla chwały Bozej i zbawienia blizniego”

bylo idea zakonu Towarzystwa Jezusowego założonego przez Ignacego Loyola w  roku 1543. Jednak niemal 150 lat musiało uplynac oraz wiele wstrzasajacych doswiadczen, zanim Jezuici mogli zagoscic na nieprzyjaznym terytorium Chiquitanii.

W grudniu 1691 r., ksiadz Jose Arce i brat Antonio Rivas, zalozyli pierwsza redukcje – San Francisco Javier. Misja stala sie schronieniem dla rdzennych mieszkancow, uciekajacych przed portugalskimi i hiszpanskimi lowcami niewolnikow.

San Xavier

Frag. oltarza glownego w kosciele San Xavier

W kolejnych latach powstaly kolejne zalozenia – San Rafael (1696), San Jose (1698), San Juan (1699), Concepcion (1709), San Miguel (1721), San Ignacio (1748), Santiago (1754), Santa Ana (1755) i Santo Corazon (1760), gdzie około 24 000 Indian zylo jako wolni ludzie. Byli oni prawomocnymi obywatelami Korony Hiszpanskiej i wlascicielami ziemi. Zaden cudzoziemiec nie mogl mieszkac wsrod nich, oprocz misjonarzy i wedrownych kupcow. Kazda misja byla samowystarczalna  i liczyla ok. 2000-4000 mieszkancow. Na jej czele stalo dwoch ksiezy jezuitow (jeden byl odpowiedzialny za rozwoj duchowy spolecznosci, a drugi za rozwoj materialny). Obierano takze ‘cabildo‘ – rade miasta i ‘cacique‘ – plemiennego przywodce, pelniacego role tlumacza pomiedzy Europejczykami i Indianami.

File:Jesuit Missions of the Chiquitos-en.png

Grafika: Wikipedia.

W swojej konstrukcji, redukcje były inspirowane przez idee “idealnego miasta”, opisanego w dzielach XVI -wiecznych angielskich filozofów: Thomasa More (Utopia) i Philipa Sidney (Arkadia). Jezuici lokowali misje na terenach z duza iloscia drewna pod budowę; wystarczajaca iloscia wody pitnej, doba gleba dla rolnictwa oraz malym prawdopodobienstwem powodzi w czasie pory deszczowej. Mimo, że większość misji w Chiquitanii zostalo przeniesionych co ​​najmniej raz, cztery z dziesięciu osad pozostalo na swoich pierwotnych miejscach. Drewno i adobe (bloki blotne) to główne materiały stosowane w budowie jezuickich osiedli.

Budowa kosciola wymaga dużego wysiłku ze strony wspolnoty. Kaplani zatrudnili setki miejscowych robotnikow, nauczajac ich podstaw stolarki oraz rekodziela artystycznego. Tradycja rysunku i rzezby została zachowana do dnia dzisiejszego w lokalnych warsztatach, gdzie rzezbiarze z pokolenia na pokolenie tworza kolumny, zwienczenia i okna dla nowych lub odrestaurowanych kosciolow i kaplic w calej okolicy. Ponadto, produkuja oni dekoracyjne figury dla rynku turystycznego – dosyc drogie, ale jedyne w swoim rodzaju  (maly cherubinek – kopia elementu dekoracyjnego kosciola, kosztuje ok. 75 Bs.).

Miejscowi Indianie trudnili sie rowniez zlotnictwem i wytapianiem okraglego szkła okiennego. Niektóre płyty sa nadal widoczne w oknach kosciola, jednak sa to raczej plastikowe kopie.

Ojciec Schmid ‘zapoznal’ Chiquitos takze z muzyka europejska i zaangazował sie w produkcje instrumentow muzycznych, takich jak organy, skrzypce, wiolonczela, kontrabas itp. Indianie, ktorym codziennie udzielano lekcji muzyki, stali się wirtuozami w odtwarzaniu europejskich kanonu, a z czasem  stworzyli wlasną muzyke. Wiele z recznie napisanych stronic z melodiami Choquitos (ok. 5.500 stron), odkryto po wiekach zapomnienia, a  obecnie sa one przechowywane w bogatych archiwach misji Concepcion.

Jesuits in Bolivia, San Xavier

Frag. oltarza glownego w kosciele San Xavier

Niestety, idylliczne czasy ‘Republiki Jezuickiej’ nie mogly trwać wiecznie. Wolnosciowe roszczenia jezuitow spotkaly sie z przeciwem konkwiskadorow, ktorzy potrzebowali taniej sily roboczej, aby kontynuowac grabiez naturalnych zasobow Nowego Swiata. W 1767 roku hiszpański król Carlos III nakazal wszystkim jezuitom opuszczenie Hiszpani i jej kolonii.

W Chiquitanii  mieszkalo 24 misjonarzy i wszyscy oni musieli pprzucic swoje domy. Niestety, niektorzy starsi kaplani nie przetrwali tej okrutnej podrozy powrotnej, a wsrod nich był ojciec Juan Messner, ktory zmarl z wycieczenia gdzies pomiedzy Oruro i Tacna, w wieku 77 lat.

Niemal 200 lat pozniej, w roku 1957, ksiadz Felix Plattner podazyl sladami jednego z zalozycieli misji boliwijskich, ojca Martina Schmida, odkrywając w srodku dzungli koscioly i artefaksy, znajdujace sie w stanie upadku. Przyrzekl on sobie, ze ocali co najmniej jeden z nich od całkowitego zniszczenia. Plattner poslal po jezuite Hansa Rotha, architekta z Zurychu, ktory wzial na siebie ogromne zadanie zachowania ocalalych fragmentów i rekonstrukcji calych struktur, z pomocą społecznosci lokalnej i zagranicznych darczyncow. Roth spedził w Boliwii 26 lat, przywracajac kosciolom Chiquitos dawny blask. 

W 1990 roku, 6 kościołów jezuickich, które przetrwały zagłade: San Xavier, Conception, San Jose, Santa Ana, San Miguel i San Rafael – zostalo zaliczonych przez UNESCO do “dziedzictwa ludzkości”, jako “żywe pomniki”, w przeciwieństwie do misji jezuickich w Paragwaju i Brazylii, z ktorych wiekszosc popadla w ruine.

Ciekawostka jest, ze to wlasnie w misjach Chiquitanii nakrecono film “Misja” z Robertem De Niro i Jeremy Irons w rolach glownych.

Jest też polski akcent w tej historii : w 1990 roku polski ksiądz Piotr Nawrot, uczynil muzyke z misji jezuickich tematem swojego doktoratu i stopniowo zdobywajac zaufanie lokalnej ludnosci, zapoznal sie z ukrytymi dotad stronicami muzyki. Rekonstruujac kolejne rekopisy, postanowil on ozywic zapomniane tradycje. Dziś ojciec Nawrot jest dyrektorem artystycznym Miedzynarodowego Festiwalu Muzyki Renesansu i Baroku, odbywajacego sie co dwa lata w misjach jezuickich. Dwa lata temu jednym z uczestnikow festiwalu byl Chor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Juz w maju odbedzie sie kolejna edycja festiwalu, w ktorej mam nadzieje uczestniczyc:)

Źródła: Wikipedia, zawierajaca szeroka bibliografie na temat jezuickich misji w Boliwii, “Misiones Jesuiticas’, Jaime Cisneros i Alvaro Romero V., Weinberg 1996, florilegium.org.ukRedukcje jezuickie w Ameryce Poludniowej.

***

Last weekend we visited San Javier de Chiquitos, one of the six surviving Jesuit missionary churches in the department of Santa Cruz. I admit, I waited a long time for this opportunity, but it was worth it! The journey itself was very exciting (as you could read in —> Driving in Bolivia), but to see with my own eyes the treasure of the Bolivian jungle was an amazing, not only spiritual but mainly aesthetic experience.

But before I picture the site of San Javier, I would like you to learn an interesting history of Jesuits settlements in Chiquitania part of South America.

*

The Chiquitania receives its name from the native inhabitants of this area, the ‘chiquitos’ as referred to by Spaniards on account of the small size of the door in their houses. In this place, in the middle of Bolivian jungle, Jesuit built their reductions in the second half of the XVII century. They are not ruins, unlike similar structures in neighbour countries, but villages full of life with people who still preserve some of Jesuit traditions, celebrating catholic festivals with dances and songs, the way they did 300 years ago.

‘All the best for the Glory of God and salvation of one’s fellow man’

was the ideal of the Order founded by Ignacio Loyola in 1543. However, almost 150 years had to elapse and thousands of harrowing experiences, before the Jesuits could make to hostile Chiquitania territory.

On December 1691, Father Jose Arce and Brother Antonio Rivas, founded the first Mission – San Francisco Javier. Shortly afterwards, new reduction became populated by indigenous inhabitants fleeing Portuguese and Spanish slave hunters.

In next years other Missions were build – San Rafael (1696), San Jose (1698), San Juan (1699), Concepcion (1709), San Miguel (1721), San Ignacio (1748), Santiago (1754), Santa Ana (1755) and Santo Corazon (1760), where about 24 000 Indians lived as free men. They were citizens of the Spanish Crown and the owners of their own plots. No foreigner could live among them, except missionaries and travelling tradesmen. The reductions were self-sufficient indigenous communities of 2,000–4,000 inhabitants each, usually headed by two Jesuit priests (one in charge of spiritual life, and the other of the material life), the cabildo (town council) and cacique (tribal leader, who was a ‘translator’ between European and Indian people.

In their design, the reductions were inspired by “ideal cities“ as outlined in works by the 16th-century English philosophers Thomas More (Utopia) and Philip Sidney (Arcadia). The Jesuits had specific criteria for building sites: locations with plenty of wood for construction; sufficient water for the population; good soil for agriculture; and safety from flooding during the rainy season. Although most of the missions in the Chiquitania were relocated at least once during the time of the Jesuits, four of ten towns remained at their original sites. Wood and adobe (mud blocks) were the main materials used in the construction of the settlements.

The construction of the church required a major effort by the community and employed hundreds of indigenous carpenters, being thought their trade by European artists – priests themselves. The tradition of figure carving has been preserved to the present day in workshops where carvers make columns, finials and windows for new or restored churches or chapels in the area. In addition, carvers produce decorative angels and other figures for the tourist market – quite expensive but lovely treat (small figurine costs 75 bs). 

The local people were also tough goldsmithery and glass smelting – some disc plates are still used in the windows, however they seem to be rather plastic copies.

Father Schmid also brought to Chiquitania European music and became involved in manufacturing musical instruments like organs, violins, chelos, contrabas etc. Music lessons were given daily to the Indians who soon became virtuoso interpreters of European canon and soon developed their own Chiquitania music. Almost 5.500 hand written pages of music were recovered, nowadays being kept in archives of Concepcion.

Unfortunately, the idyllic times of the Jesuit Missions could not last forever. Libertarian claims of Jesuits met with the opposition of  conquistadors, who needed cheap labor force to continue robbery of New Word’s natural resources. In 1767 the Spanish king Carlos III order all Jesuits were expelled form Spain and its dominions.

There were a total 24 missionaries in Chiquitania and they all had to leave their homes. Unfortunately some of the oldest priest did not survive this cruel return journey, among them was father Juan Messner age 77, who died between Oruro and Tacna.

Some 200 years later, in 1957, father Felix Plattner followed his admired fray Martin Schmid on his way to the jungle, discovering number of masterpieces and churches in pity state. He made a promise to save at least one of them from complete devastation. Felix Plattner sent for Jesuit architect Hans Roth from Zurich who took upon himself an enormous task of preserving remaining fragments and reconstructing the entire structures, with the help of local community and foreign benefactors and eventually spent 26 years restoring Chiquitos churches.

In 1990 UNESCO declared the 6 remaining Jesuit Missions of San Xavier, Conception, San Jose, Santa Ana, San Miguel and San Rafael, ‘A Cultural Heritage of Humanity’ and also classified them as ‘living towns’, unlike the Jesuit missions of Paraguay and Brazil, most of which are now ancient ruins. Some of the Bolivian mission towns were portrayed in the movie ‘The Mission’ staring Robert De Niro and Jeremy Irons.

There is also a Polish accent in this story: in the 1990s a Polish priest, Father Piotr Nawrot, chose music from the Jesuit Missions for his doctorate, and gradually earned the trust of the local people who began showing him these hidden treasures. He started to reconstruct the manuscripts and searched ways of bringing this music to life.  Today father Piotr Nawrot is the Artistic Director of the International Festival of Renaissance and Baroque Music. Two years ago the choir of Adam Mickiewicz University of Poznan was one of the invited guests. I am looking forward to participate in this big event this year in May!

Sources: Wikipedia containing vast bibliography on Jesuit Missions in Bolivia, ‘Misiones Jesuiticas’, Jaime Cisneros and Alvaro Romero V., Weinberg 1996,  florilegium.org.uk.

Driving in Bolivia *** Samochodem po Boliwii czyli slow kilka o boliwijskich drogach

Nie tak dawno temu z okazji wycieczki donikad wspominalam, iz mamy nadzieje podrozowac samochodem tylko po asfaltowych drogach. Coz, zycie zweryfikowalo nasze marzenia i oczekiwania, bowiem po wczorajszej wyprawie do San Xavier, jezuickiego kosciola misyjnego, zmienilismy zdanie. Teraz Freddy chce kierowac jednynie na ‘polnych drogach’. Posluchajcie dlaczego:)

Zaopatrzeni w mape drogowa, zaczelismy nasza kolejna podroz od nowej czteropasmowej ‘autostrady’  Santa Cruz- Cotoka. Dzien zapowiadal sie wspaniale do tego stopnia, ze wgapiona w blekitne niebo, przegapilam zjazd w kierunku ‘Puerto Suarez. Bez problemu jednak zawrocilismy i po chwili znalezlismy sie na znajomej drodze prowadzacej do miasteczka El Pailon, skad podazylismy droga krajowa prowadzaca do Trinidadu.

Po 5o km dziurawej jak ser szwajcarski szosy, bylismy zmuszeni zaplacic 11 Bs. za przejazd. Na odwrocie biletu, ktorego bron Boze nie mozna bylo wyrzucic, bo sprawdzano go jeszcze kilkaktotnie, bylo napisane, ze pieniadze ida na utrzymanie drog. W wypadku tej, poszly one chyba jednak na cos innego. Nastepnych 70 kilometrow bylo prawdziwa udreka – zamiast wpatrywac sie w piekny zielony krajobraz za oknem, zmuszeni bylismy wypatrywac dziur w asfaltowej nawierzchni, jadac slalomem po prostej drodze. Niewielu kierowcow bylo jednak tak ostroznych, bo wiekszosc nas wyprzedzala. Prym wiodly ogromne autobusy, ktorym nie straszne byly ani dziury, ani inne pojazdy jadace z naprzeciwka. Pedzily one z szybkoscia co najmniej 100 km na godzine i szybko znikaly za horyzontem.

DSCN1758

_MG_7448

_MG_7444

DSCN1731

Przypomnialy mi sie slowa naszej znajomej, ktora opowiadala, jak latwo, szybko i przyjemnie podrozuje sie w obranym przez nas kierunku, wlasnie autobusem. Coz, turysta zamkniety w blaszanej puszce nie zdaje sobie sprawy jak taka podroz wyglada z punktu widzenia kierowcy i innych uzytkownikow drogi… Ja autobusem raczej tam nie pojade.

Po kilkudziesieciu kilometrach droga ulegla jednak transfrmacji i Freddy mogl w koncu rozprostowac nogi (szczegolie prawa) a samochod ‘rozwinac skrzydla’. W pobliskim miasteczku ‘Los Troncos’ czekala nas jednak niespodzianka. Przed kolejnym punktem oplat za przejazd, stala sobie drewniana budka, w budce siedzial policjant rozmawiajacy przez komorke, oraz mezczyzna operujacy lina. Kolo budki zas krecily sie dzieciaki sprzedajace slodycze i orzechy, czekajace na potencjalnych klientow. Jak sie zas pozniej okazalo – na ofiary.

Pan z lina zagrodzil nam droge, a policjant kazal wysiasc z auta, po czym wlepil Freddiemu mandat za przekroczenie szybkosci, w wysokosci 35 dolarow. Taki sam mandat dostal jadacy za nami kierowca autobusu. Z doswiadczenia innych osob wiemy, ze z wladza sie nie dyskutuje, mozna jednak negocjowac i tak zamiast 35, Freddy zaplacil 20 dolarow, w tym celu udajac sie do srodka drewnianej budki.

Po chwili bylismy znow w drodze, ale nasze poczatkowe podekscytowanie podroza minelo. Po przedyskutowaniu calego zajscia doszlismy jednak do wniosku, ze trzeba sie uczyc na bledach. Mimo braku znakow ograniczenia predkosci na wiekszosci odcinkow drogi, postanowilismy ze na otwartym terenie nie przekraczamy 75 km/g, zblizajac sie do terenu zabudowanego zwalniamy do 50, a w samym miasteczku czy wiosce, poruszamy sie z predkoscia 35 km/g. Zreszta, dziury w nawierzchni i tak nie pozwalaja na wiecej. Nie wiem, czy taka jazda uchronilaby nas przed mandatem, ale przynajmniej moglibysmy z czystym sumieniem zwalic cala wine na skorumpowanego policjanta:)

Po drodze, zatrzymalismy sie na chwile w miasteczku San Ramon, gdzie kupilismy wode i zrobilismy zdjecia budce telefonicznej w ksztalcie jaguara.

DSCN1741

DSCN1738

Wszystkie mijane przez nas miasteczka i wioski wygladaly zreszta podobnie – budynki usytuowane wzdluz drogi funkcjonuja tu jako sklepy i punkty uslugowe, a sama ulica jest miejscem drobnego handlu. Samochody poruszaja sie wiec pomiedzy glosnym tlumem sprzedawcow i kupujacych, w slimaczym tempie.

DSCN1729

DSCN1733

W San Ramon glowna droga do Trynidadu ulegla rozwidleniu – my podazylismy w prawo, zegnani, jak niedawno witani, znakiem Coca-Coli.

DSCN1736

Nastepne 50 km uplynelo w spokojnej atmosferze, a nerwowa napiecie w koncu ustapilo zachwytowi nad zmieniajacym sie krajobrazem. Tuz za San Ramon, plaski i monotonny pejzarz nakrapiany rozleglymi haciendami i ogromnymi srebrnymi silosami, momentami przypominajacy mi rolnicze rejony polnocnej Polski, przemienil sie w pagorkowata kraine, bardziej zielona niz szmaragdowa Irlandia!

_MG_7644 _MG_7641 _MG_7634 _MG_7631 _MG_7472

DSCN1754

Przekraczajac granice San Javier (Xavier), bylismy niemal w raju. Jednak nasze szczescie zaklocil fakt, iz po polgodzinnym wypatrywaniu slynnego kosciola, nadal bylismy w szczerym polu! Co roz mijalismy zas ogromne tablice, informujace nas o bogatej historii tego regionu.

DSCN1756

Kiedy zobaczylismy na horyzoncie czerwone dachy domow, wiedzielismy, ze dotarlismy do celu.

cdn.

* Podrozujac samochodem po Boliwii mozna natknac sie na kilka przeszkod: punkty oplat za przejazd, punkty kontrolne, dziury w asfalcie, brak asfaltu. Wypszedzajace na trzeciego samochody osobowe, ciezarowki, autobusy i motocyklisci. Uwazac trzeba rowniez na samopasace sie przy drodze stada krow i koz oraz aligatory przechodzace przez jezdnie! Jednego widzielismy na wlasne oczy. Niestety wygladal na takiego, ktoremu sie nie udalo…

DSCN1748

** Lepiej nie dyskutowac z wladza. Slyszalam i czytalam historie osob, przede wszystkim ‘grongos’, ktore zostaly zatrzymane na punkcie kontrolnym i ‘poproszone’ o zaplacenie mandatu. Za co? Za wszystko i za nic. Albo jechal za szybko, albo jechal za wolno, pil piwo na tylnym siedzeniu taksowki itd. Zwykle policjanci prosza zatrzymana osobe na tyly przydrozengo posterunku i tam pobieraja oplate, wedlug wlasnego cennika. Ceny wahaja sie od 100 dolarow do kilkudziesieciu boliwianos (w zaleznosci od szczescia i zdolnosci negocjacyjnych). Jezeli zatrzymany odmawia zaplaty, moze on zostac aresztowany lub przytrzymany caly dzien na posterunku. Decyzja nalezy wiec do ciebie – plac lub placz. Slyszalam rowniez, ze takie praktyki wymuszania haraczu sa zwalczane, ale obawiam sie, ze policja boliwijska jest na tyle skorumpowana, ze sa to przypadki sporadyczne. 

*** W Boliwii jak w kazdym innym kraju funkcjonuja ograniczenia predkosci, tylko nie zawsze sa one znane i egzekwowane przez kierowcow. Ja zaobserwowalam takie zasady:

– autostrady (lub drogi szybkiego ruchu je przypominajace) – 80 km/g

– glowne drogi krajowe – 75 km/g

– tereny zabudowane – 50 km/g

– centra miasteczek i miast – 35 km/g.

Inna sprawa jest to, ze czasem na prostym kawalku ‘zalatanej’ szosy posrod lasow, pojawia sie znak  ograniczenia predkosci do 35 km/h. I badz tu madry, czlowieku!

**** W sezonie letnim (deszczowym), wiele odcinkow drog zostaje podtopionych,  a drogi lokalne (piaszczyste) zamieniaja sie w blotne rzeki. My jednak uznalismy glowne asfaltowe trasy za bardziej niebezpieczne, bowiem mimo iz znajduja sie one raczej w zlym stanie, dzialaja na lokalnych kierowcow jak plachta na byka.

Mimo to, nawet na ‘polnych drogach’ trzeba uwazac. Wezmy za przyklad droge do Porongo (te dluzsza przez most, bo jest jeszcze krotsza przez rzeke:), ktora jest w budowie. Buduja ja juz od roku i konca nie widac! Ba! trudo jest nawet okreslic jej poczatek, bo asfaltowe kawalki wyrastaja z ziemi znienacka i trzeba uwazac na wystajace z nich druty! Niektorzy je omijaja, wybierajac piaszczyste pobocze.

DSCN1690 DSCN1704 DSCN1708 DSCN1709

***** O mapach pisalam wczesniej —> Mapy drogowe Boliwii, a jeszcze wczesniej o innych sposobach ‘Podrozowania po Boliwii‘.

Wiecej o boliwijskich drogach i bezpiecznej podrozy samochodem na —> Bolivia Bella (po angielsku).

_MG_7660

***

I mentioned not so long ago, on the occasion of a trip to nowhere, that we hope to travel by car only on asphalt roads. Well, life has verified our dreams and expectations, because after yesterday’s trip to San Xavier, the Jesuit missionary church, I changed my mind. Now Freddy wants to drive only on the ‘dirt roads’. Why? Listen to this story:)

Equipped with the road map, we started our trip on the new four-lane ‘highway’ Santa Cruz – Cotoka. The day had started beautifully to the extent, that staring at blue sky, I missed the exit to ‘Puerto Suarez’. However, that was no problem – we turned around and soon found ourselves on a familiar road leading to the town of El Pailon, following the main national road to Trinidad.

After 50 km of a holey as Swiss cheese road, we were forced to pay 11 bs. toll. On the back of the ticket, that thanks God we didn’t throw away, as it was checked lots of times on the way, it was written that the money go for the roads maintenance. In this case the money must have gone somewhere else. The next 70 kilometers were a real chore – instead of admiring the beautiful green landscape outside the window, we were forced to look out for holes in the asphalt, driving slalom on a straight road. Few drivers were as cautious as us, because most of them overtook our car. Among theme were huge buses, which weren’t scared of holes or other vehicles coming from the opposite direction. They raced with the speed of at least 100 km per hour, quickly disappearing behind the horizon.

I remembered our friend’s stories, how easy, fast and fun is travelling in that direction by bus. Well, the tourist closed in a tin box do not realize how this trip looks like from the driver’s  or the other road users’ point of view… Knowing what I know, I would never go there by bus.

After couple of kilometers, the road undergone real transformation and Freddy could finally stretch his legs (especially the right one) allowing the car to spread its wings. In the nearby village of Los Troncos however, the surprise was waiting for us. Before the next toll point, there was  a wooden booth, with a police officer talking on a cell phone, the man operating the rope and some kids vending sweets and nuts, waiting for potential customers. Or rather, as it turned out later – victims.

The man with the rope stopped our vehicle, and the policeman ordered to get off the car, giving Freddy a fine for speeding. The bus driver behind us was also fined. From the experience of other people we know that it’s better not to discuss with authorities, however, one can negotiate and so instead of 35 dollars, Freddy paid 20 dollars, going inside a wooden booth. No receipt was written.

After a while, we were again on the road, but we have lost  our initial excitement. When discussing the incident, we came to the conclusion that we need to learn from our little adventure. Despite the lack of speed limit signs, we decided not to exceed 75 km / h  on the open road, by approaching the built-up area slow down to 50, and in the town centre drive 35 km / h. Hols in the road would not allow for more anyway. I don’t know whether such precaution would protect us against the fine, but at least we could fully blame it on a corrupt police officer :)

Along the way, we stopped for a moment in the town of San Ramon, where we bought water and we took some pictures of phone booth in the shape of a jaguar. All towns and villages  on the way looked alike – buildings located along the road are converted to shops and service points, and the street itself is a place of petty trade. Cars move along between a loud crowd of vendors and buyers at a snail’s pace. At San Ramon, we left the main road to Trinidad, keeping to the right, and being blessed again by Coca -Cola sign, wishing us a nice trip.

The next 50 km elapsed in a peaceful atmosphere, and all nervous tension eventually gave way to delight over a changing landscape. Just outside San Ramon, the flat and monotonous scenery dotted with extensive haciendas and huge silver silos, so reminiscent of agricultural regions of northern Poland, transformed into a hilly land, much greener than Ireland!

Crossing the boundaries of San Javier (Xavier), we were almost in paradise. But our happiness and sense of relief was disturbed by the fact that after half an hour of driving, the famous church was nowhere to be seen! We passed however by many big boards informing us of the rich history of this region.

Eventually,  we saw on the horizon some red roofs and we knew that we reached our target.

To be continued…

* Traveling by car in Bolivia, one can come across few obstacles: tolls, checkpoints, holes in the asphalt, no asphalt. Overtaking cars, lorries, buses and motorcyclists. There are also loosely herds of cows and goats and even alligators crossing the road! One such we have seen with our own eyes. Unfortunately, it looked like it didn’t make it, long before us.

** Better not to discuss with the authorities. I heard and I read stories of people, especially ‘gringos’, who were stopped at a checkpoints and ‘asked’ to pay a fine. What for? For everything and for nothing: because of driving too fast or too slowly or drinking beer on the backseat of a cab etc. Usually, the police asks detained person to the back of the building to pay a fee, according to his own price list. Prices range from 100 dollars to tens bolivianos (depending on luck and negotiation abilities). If detained refuses payment, he may be arrested or held all day at the station. I heard that such practices are being punished, but I’m afraid that Bolivian police is so corrupt that these are sporadic cases.

*** In Bolivia, as in every other country, there are official speed limits, but they are not always known and applied by the drivers. I observed these rules:

– Highways – 80 km / h

– Main roads – 75 km / h

– Built-up areas – 50 km / h

– Centers of towns and cities – 35 km / h

Another thing is that sometimes a speed limit sign of 35 km / h appears on the straight good road in the middle of forest. So, go figure!

**** In rainy season some parts of the roads, especially dirt roads, are flooded, making it very dangerous to drive through. But we found asphalt roads more hazardous. They are badly maintained but local drivers go crazy on them! However, dirty roads are not always so safe. For example road to Porongo (the one through the bridge, because as I heard there is another, shorter one via river:) that is being build. It’s been a year now and there is no end even close. Bah! It’s even hard to say when the road works start, as the strips of asphalt appear suddenly in the middle of nowhere. And there are metal roads sticking out of them! No wonder some people decide to drive along on the dirt sideways.

***** I wrote lately about maps—–> Bolivia Road Maps and much earlier about ‘Travelling in Bolivia‘ in other ways.

Read more about Bolivian roads and driver’s safety at —> Bolivia Bella.

_MG_7647