Snow After Rain *** Snieg po deszczu

Cochabamba jest najwyzej polozonym miejscem, jakie mialam szczescie zamieszkiwac.

Miasto znajduje sie w dolinie, otoczonej gorami, z ktorych najwyzsza – ‘Pico Tunari’ ma ponad 5.000 m.n.p.m. Jak juz kiedys wspominalam, w miescie kroluje wieczna wiosna, i chociaz spogladajac przez okna na osniezone gory mozna odnisc wrazenie, iz jest zimno, na zewnatrz panuje prawdziwa spiekota!:) W zimie zazwyczaj nie pada, przez co okoliczne wzgorza brzybieraja brunatne barwy, ale kiedy przyjdzie deszcz, temperatura w miescie moze spasc do 10 stopni C. Jednak srednio po 2 dniach z deszczem, na powrot pojawia sie slonce, a ustepujace grube chmurzyska ukazuja osniezone szczyty Cordillera de Cochabamba.

Pierwszy dzien po deszczu jest wlasnie najpiekniejszy, bowiem lejaca sie z nieba woda, oczyscila przesiakniete spalinami powietrze, odslaniajac dalekie horyzonty. Jest to chyba najlepszy dzien na wizyte u ‘Cristo’ – nastepnym razem, gdy tylko bede miala okazje, nie omieszkam znow wybrac sie na wzgorze, aby zrobic kilka zdjec ‘bez smogu’.

_MG_4874 _MG_4913

Prawde mowiac, najstarsi gorale nie pamietaja takiej zimy (wyjatkiem moze byc 123-letni goral z La Paz),  bowiem w tym samym czasie, kiedy w Cochabambie padal deszcz, a w Santa Cruz wialy zimne wiatry, bialy puch przykryl nie tylko wzgorza La Paz, Matke Boska w Oruro, oraz drogi Potosi, ale nawet Pustynie Atacama w Chile – najbardziej sucha pustynie swiata!

998628_10151546881502056_423707345_n[1]

Foto: ‘Los Tiempos’

***

Cochabamba is the highest city, I’ve ever lived.

It is located in a valley surrounded by mountains, the highest of which – ‘Pico Tunari’ is more than 5,000 meters high. As I wrote some time ago, Cochabamba is called ‘The City of Eternal Spring’, and although we can see the snow-capped mountains through the windows, which gives an impression that it’s cold outside, in reality it’s rather hot :) In the winter, there is usually no rain and the surrounding hills have brownish color, but when the rain comes, the temperature in the city may fall to 10 degrees C. Cool weather could last for up to two days, but as usually happens after the rain, the sun comes out and receding clouds uncover snowy peaks of Cordillera de Cochabamba.

The first day after the rain is the most beautiful, as water falling from the sky purifies always dirty air, exposing far horizons. This is probably the best day for a trip to ‘Cristo’ – next time, if only I have the opportunity, I’ll climb that hill again to take some smog-free pictures.

_MG_4875 _MG_4901

In fact, the oldest mountaineers can not remember such a winter (except maybe the 123-year-old man from La Paz), because at the same time, when it was raining in Cochabamba and cold winds blew in Santa Cruz, white powder covered not only the hills of La Paz, Virgen Mary in Oruro and roads of Potosi, but even the Chilean Atacama Desert – the driest hot desert in the world!

1170950_10151551432982056_359126648_n[1]
489406_gd[1]
Foto: ‘Los Tiempos’ – 4 people and 2000 animals died because if snow and cold in Cochabamba Departament.

Travel SM *** Podroznicze ‘sado-maso’

Sklonnosci ‘sado-maso-podroznicze’ odkrylam w sobie  juz dawno temu, ale dopiero w Boliwii rozkrecilam sie na calego! To wlasnie tutaj zaczelam bac sie podrozowania samolotami – nawet nie wyobrazacie sobie jaki stres przezywam podczas kazdego startu, ladowania i w trakcie lotu. A w samolocie, jedna reka sciskam mocno Freddiego, a druga torbe z aparatem. Gdy warunki pozwalaja, wyciagam aparat i na chwile zapominam, ze nie jestem ptakiem. Ba! Mimo iz zdaje sobie sprawe, ze samolot wlecial w turbulencje (przeciez trzesie jak diabli), to i tak mysle tylko o tym, jak sfotografowac gory i chmury bez skrzydla samolotu, poszarpane i zasniezone szczyty Andow, ktore wydaja sie byc na wyciagniecie reki (witajcie w La Paz!), krete rzeki wsrod wiecznie zielonych lasow, czy cien zblizajacej sie do ziemi tony zelastwa. Po takim locie, nawet nie zwracam juz uwagi na spalony wrak samolotu ‘porzucony’ tuz przed pasem startowym w Santa Cruz! Ciekawa jestem tylko, czy robi on wrazenie na przygotowujacych sie do trudnego manewru ladawania pilotach?

_MG_4939

_MG_4946

No, ale przeciez zamiast 45 minut w powietrzu,  moglabym przeturlac sie te 10 godzin autobusem. Stres na pewno bylby mniejszy (wydatki rowniez), choc w Boliwii wypadki autobusowe zdarzaja sie bardzo czesto. Za czesto. Podrozy autobusowych mam na swoim koncie wiele: od 10-minutowych przejazdzek do pracy po 36-godzinnye wyprawy do Wloch, gdzie studiowalam jako Erasmus. Nie, nie jeden, nie 2, ale cale 6 takich turnusow odbylam w przeciagu 1 roku:) Jakos w tym czasie zaczelam takze ‘autostopowac’, w drodze spiac gdzies pod drzewem, czasem w ciezarowce.

W Boliwii, do zwyczajnych atrakcji podrozy za kilka boliwianos, w postaci bolu moich pokrzywionych plecow, zimna, goraca, dusznosci a to z powodu braku powietrza, a to z nadmaru pylu, doszedl jescze niesamowity strach. Czesto przeciagajacy sie godzinami, polaczony jednak z ‘ohami’ i ahami’ nad pieknem gorskich przeleczy, widzianych z bardzo bliska. Zdecydowanie za blisko. Czasem zdawalo mi sie, ze kola autobusu wystaja z drogi, czasem autobus bujal sie, przejazdzajac przez waskie kladki, laczace brzegi gorkich rzek. Ale bylo cudownie!

Ktos moglby powiedziec, ze moze lepiej podrozowac noca, inni dodaliby, ze lepiej jest wcale nie podrozowac, bo szybciej i mozna przespac co bardziej stresujace fragmenty drogi? Coz, w moim wypadku to nie dziala, bowiem z reguly nie spie w poruszajacych sie pojazdach. Nie zebym  nie chciala, po prostu tak juz mam, a pomimo zmeczenia, moja wyobraznia zdaje sie byc bardzo rozbudzona:) Poza tym, sledzac informacje o wypadkach w Boliwii, wiekszosc z nich zdarza sie w nocy lub nad ranem, jak ten niedawny kolo miasta Tarija. Sledztwo wykazalo, ze kierowca zasnal za kierownica, co po 13 godzinach jazdy nie powinno nikogo dziwic…

Ja tam wole tluc sie w upale i duchocie, doznajac ekstazy na widok ‘zapierajacych dech w piersi’ krajobrazow.

Istnieje wiec kilka warunkow, aby meczaca i stresujaca podroz wiazala sie dla mnie z przyjemnoscia – musi odbywac sie w ciagu dnia, nalepiej przy bezchmurnym niebie (jezeli w powietrzu), najchetniej w nieznanym kierunku. Choc i tu znajda sie wyjatki – podziwianie drogi mlecznej w rozgruchotanym autobusie z trudem wspinajacym sie po kretej gorskiej drodze, gdzies na wysokosci 4000 metrow.n.p.m., czy podroz do DOMU. W tym ostatnim przypadku pora dnia czy roku, godziny ‘stracone’ w samolocie, na lotnisku, w pociagu nie maja znaczenia, a i ‘koszmary’ nie sa takie straszne.

Nie mozemy sie juz doczekac odkrywnia na nowo naszych starych miejsc, spotkan z rodzina i przyjaciolmi, zabaw z naszymi czworonogami. Dla takich podrozy zawsze warto sie pomeczyc:)

Dla mnie, podrozowanie jest jak narkotyk – latwo sie od niego uzaleznic. Znajda sie osoby, ktore nazwa mnie ‘sadomasochistka ‘- ktoz bowiem z wlasnej woli ‘szlaja sie’ po dziwnych miejscach, krzywiac jeszcze bardziej swoj pokrzywiony kregoslup, narzekajac na bolace kolana, czesto spiac gdzie popadnie, jedzac cokolwiek, cierpiac z powodu upalow, zimna i ugryzien dziwnych insektow. I po co? I dlaczego? Otoz, dla czystej przyjemnosci, ktora daje mi satysfakcje i uczucie spelnienia, przynajmniej na jakis czas. Poniewaz po tygodniu, moze miesiacu znow ciagnie mnie w droge – nie wazne czy daleko czy blisko, wazne by ‘ruszyc sie’ i ‘znalezc sie’ gdzies indziej, chocby na chwile!

***

I’ve discovered my ‘travel – SM’ tendencies a long time ago, but in Bolivia they got really intense!
It was here that I’ve started to worry about flying – you can’t even imagine how much I stress during every take-off, landing and in the middle of a flight. And I travel by plane more than ever before, with one hand firmly squeezing Freddy’s and the other holding a camera bag. When circumstances permit, I pull out the camera and for a moment I forget that I’m not a bird. Bah ! Although I realize that the plane ran into turbulence (it shakes like a hell), I can only think how to take a picture of mountains and clouds without wing of the aircraft, jagged and snow-covered peaks of the Andes, which seem to be way too close (welcome to La Paz !), curvy rivers among the evergreen forests or shadow of a plane visible down below. After such flight, I don’t even pay attention to the burnt plane wreck, abandoned just before the runway in Santa Cruz! I wonder though, whether it makes an impression on pilots performing landing?

_MG_4954

Santa Cruz _MG_4821

Well, after all, instead of 45 minutes in the air, I could roll in a bus for 10 hours. Stress certainly would be smaller (as well as a ticket’s price), although in Bolivia bus accidents occur very often. Too often. I’ve travelled by bus on many occasions: from 10-minutes rides to work to 36-hours trips to Italy, where I was an Erasmus student. No, not one, not two, but six of such journeys took place within one year :) More less in the same time I’ve also started to hitchhike’, on a way sleeping under a tree, sometimes in the truck.

In Bolivia, to ordinary travel attractions such as pain in the ass of my bended back, cold, hot, breathlessness because of the lack of the air, or too much dust, I must add an incredible fear. Often prolonged by hours, but also combined with ‘OHs’ and ‘AHs’ while passing by beautiful vistas of mountain passes, seen from a very close range. Definitely too close. Sometimes it seemed to me that the bus wheel is sticking out of the road, sometimes the bus was rocking from side to side when going through the narrow bridge connecting the river banks. But it was wonderful!

One might say that it’s best to travel at night, while others would add that it is better not to travel at all – faster and you can get some sleep missing the most stressful parts of the road. Well, in my case it doesn’t work, as I don’t sleep in moving vehicles. Not that I don’t want to, I just can’t, and despite the fatigue, my imagination seems to be very arouse :)

Besides, tracking information about accidents in Bolivia, most of them seem to happen at night or early in the morning, like the recent one nearby Tarija. Investigation revealed that the driver fell asleep behind the wheel, what after 13- hours of driving shouldn’t surprise anyone …

Taking that into an account, I prefer to suffer in the heat and stuffiness, in the same time experiencing ecstasy at the sight of ‘breathtaking’ landscapes.

Therefore, there are few conditions that change tiring and stressful journey into a real blast – the trip needs to take place during the day, under a clear sky (if in the air), preferably in an unknown direction. However, there are some exceptions – admiring the Milky Way in and old bus on twisting mountain road, somewhere at an altitude of 4000 m or journey HOME. In the latter case, the time of day or year, the hours ‘lost’ on the plane, at the airport, on the train do not matter, and even’ nightmares’ aren’t so scary.

We can’t wait to discover again our old places, to meet with family and friends  and to play with our doggies. That trips are always worth suffering :)

For me, travelling is like a drug – you easily get addicted by it. And there are people who call me ‘sadomasochist’ – who else would go to strange places, suffering even more from crooked backbone and inflamed knees, sleeping wherever, eating whatever, enduring heat and cold, and bites of some insects. And what for? And why ? I say – for pleasure and excitement,  which give me satisfaction and make me feel fulfilled, at least for a while. Because after a week, maybe a month I need to be on my way again! No matter how far or close – what matters is to ‘go’ and to ‘find myself’ somewhere else, even for a brief moment:)

Ricardo Pérez Alcalá (1939-2013) *** O zyciu i sztuce wielkiego artysty

‘Mozna żyć bez sztuki, ale nie można BYC bez sztuki’

“Se puede vivir sin el arte pero no se puede ser sin el arte”

Ricardo Pérez Alcalá (1939-2013)

69142_10151212139389476_2004546010_n[1]¨El amigo¨(Przyjaciel) Ricardo Pérez Alcalá, akwarela na papierze, autoportret

To smutne, że ‘odkrylam’ wielkiego artyste Ricardo Pérez Alcalá tuz po jego śmierci. Ale mimo, iz już go nie ma wsrod nas, jego sztuka pozostanie z nami na zawsze.

Kariera artystyczna Ricardo Perez Alcala jest naprawdę imponująca. W swoim życiu, zdobył on wiele nagród zarówno w Boliwii, jak i za granicą. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Potosi i po raz pierwszy wystawił swoje prace w wieku piętnastu lat, kiedy udało mu się sprzedać około trzydziestu obrazow. Później ukończyl jeszcze architekture na Universidad Mayor de San Andrés w La Paz (1963), ale swoje życie zawodowe poświęcił malarstwu.

Po wygraniu wszystkich głównych nagrod w dziedzinie malarstwa i rysunku w Boliwii, podrozowal po całej Ameryce Łacińskiej, a jego tworczosc zostala szczególnie doceniona w Meksyku, gdzie mieszkał przez 14 lat, i gdzie czterokrotnie zdobył Nagrodę Państwową w dziedzinie akwareli. Sztuka Ricardo Perez Alcala została również uznana przez jury World Grand Prix akwareli oraz przez Francuskie MInisterstwo Kultury i Sztuki. Ostatnio zas został zaproszony do wystawienia swoich prac w Luwrze w Paryżu, co jest bezprecedensowym wydarzeniem dla Boliwijskiego artysty.

“Mistrz niemożliwych kolorow” zmarł w domu, zaprojektowany przez siebie. Ta ekstrawagancka rezydencja, podobna jest do domu-muzeum Salvadora Dali w Portlligat, ale posiada wlasny styl baroku- meztizo. Dom znajduje się w południowej czesci miasta La Paz i posiada 3 studia. Jedno z nich zanjduje sie obok sypialni artysty, gdzie malował przed snem. Jest tam takze mała kuchnia, gdzie przygotowywal na predce coś do jedzenia, aby moc szybko wrocic do tworzenia.

Urodzony w 1939 roku w Potosi – miescie o wielkiej historii, Pérez Alcalá był wielbicielem Diego Velazqueza, Rembrandta i Leonardo da Vinci. Często mowil takze o obrazach hiszpańskiego artysty Antonio Lópeza, szczegolna estema darzyl natomias współczesna akwarele amerykańskiego malarza Andrew Newell Wyeth’a.

Analizując jego akwarele mozna powiedziec ironicznie, że artysta był “antyakwarelista”, ponieważ pracował on poza kanonem tradycyjnej angielskiej akwareli, który głosi, że wykonanie obrazu w tej technice nie powinno zająć więcej niż dwie godziny, ponieważ po tym czasie nie jest już akwarela. Ricardo, uwazal, ze przypomina to wykonanie nudnego i prostego szkicu. Wypracował wiec swój własny sposób malowania i czasem, wykonczenie akwareli w najdrobniejszych szczegółach zajmowalo mu kilka miesiecy .

Pérez Alcalá po mistrzowsku oddawal światło, ktore w polaczeniu z elegancka paleta barw ‘tchnelo’ w jego akwarele codziennego życia, atmosferę tajemnicy i niepokoju.

Ale malarz nie ograniczal się tylko do martwych natur i pejzaży, wręcz przeciwnie, zawsze był innowacyjnym twórcą z wyobraźnią. Podczas swojej kariery, malowal wielkie osobowości z Meksyku i Boliwii, jak rowniez setki autoportretów w różnych technikach. W ciagu 60 lat stworzyl ponad 6000 obrazów, odzwierciedlajacych jego ogromną etykę pracy.

Ricardo Perez Alcala zmaterializował wcześniej niewyobrażalne wyzwania: w ciągłym poszukiwaniu nowych form wyrazu, wypracowal wlasna technike “akwareli na desce” – malowanie na otenkowanej drewnianej powierzchni, pozwala na mniejsza absorcje akwareli niz na papierze, dając większą intensywnosc i jasność kolorów.

Ponadto, był znanym architektem, rzeźbiarzem, karykaturysta oraz utalentowanym kucharzem-samoukiem i wspaniałym gospodarzem. Byl rowniez specjalista w zakresie kolekcjonerstwa oraz nauczycielem i mentorem kilku bardzo znanych artystów, miedzy innymi akwarelisty Dario Antezana z Cochabamby (syna jego najlepszego przyjaciela Gíldaro Antezana). Jako pedagog w Szkole Sztuk Pięknych w El Alto nauczal dwie artystki młodego pokolenia: Monica Rina Mamani i Rosmery Mamani Ventura, które wziely sobie jego lekcje do serca, osiagajac zawodowy sukces .

Wierzył, iz tylko poprzez ciezka prace da sie osiagnac doskonalosc: ‘El que escucha olvida, el que mira recuerda pero el que hace aprende”.

Kto słucha zapomina, kto patrzy pamięta, a kto probuje uczy sie.

Co ciekawe, w swojej tworczosci zawsze zawieral refleksje nad śmiercią. Jego prace sa zwykle związane z magicznym realizmem, hiperrealizmem i surrealizmem, ale z biegiem lat stały się bardziej tajemnicze i melancholijne. Powiedział kiedyś: “Me interesa el arte sólo cuando hay misterio”.

“Jestem zainteresowany tylko taka sztuka, która zawiera tajemnicę”.

Może dlatego tez, namalował swój autoportret w przepięknej akwareli na desce, ktora sam nazwal “Reclinado sobre mi Tumba” (“Leżący na swoim grobie“) (1992). To arcydzieło jest rodzajem malarskiego testamentu, w ktorym malarz zportretowal siebie jako zmartwychwstałego i nieśmiertelnego – tylko artysta jego wielkosci moze zapisac sie w pamięci zbiorowej oraz wszystkich tych, którzy cenia dobrą sztukę.

1004519_10151788473419476_991506052_n[1]

Ten autoportret mówi takze wiele o szlachetności Ricardo Pérez Alcalá, ponieważ zawarl on w obrazie szkielet koguta, przypominający o Gíldaro Antezana, ‘bracie’ i przyjacielu, który tak jak on wiernie uprawial zawod malarza i walke kogutów. Wreszcie, na szczycie kamienia można zobaczyć małe drzwi prowadzące do nieznanego wymiaru, z wieloma akwarelami rozplywajacych sie w czasie. “Leżący na swoim grobie” jest kameralnym, zabawnym, proroczym, tajemniczym, symbolicznym i reprezentatywnym dziełem sztuki, które podsumowuje dorobek i zycie artysty. Powiedział on kiedyś: ‘Lo único que le pido la vida es morirme con el último brochazo”.

Jedyne czego chcę od życia to umrzeć z ostatnim pociagnieciem pedzla

Ricardo Pérez Alcalá spełnil to marzenie, dla którego poswiecil całe swoje życie: żyl i umarl jako artysta. Teraz, zostawia nam w spadku swa cenną pracę, czym potwierdza, że prawdziwi artyści nigdy nie umierają.

Wniose cos do ludzkości, powiedziałem, i stałem się malarzem.

Voy aportar algo la humanidad, dije, y mnie converti en pintor.

Ricardo Perez Alcala

Fragmenty wybrane i przetlumaczone z oryginalnego tekstu dr. Harolda Suárez Llápiz, ucznia, przyjaciela artysty i wielbiciela jego sztuki. Lekarza, badacza i krytyka sztuki wspolczesnej. Administratora ‘Arte Boliviano Contemporáneo “.

***

‘You can live without the art, but you can’t BE without the art’

“Se puede vivir sin el arte pero no se puede ser sin el arte”

Ricardo Pérez Alcalá (1939-2013)

9[1]

It’s sad that I discovered the great artist Ricardo Pérez Alcalá so late, after his death. But although he is gone, his art will stay with us forever.

The artistic career of Ricardo Perez Alcala is truly impressive. In his lifetime, he had won many awards both in Bolivia as abroad. He studied at the Academy of Fine Arts in Potosi and held his first exhibition at fifteen, when he managed to sell around thirty paintings. He later graduated as an architect at the Universidad Mayor de San Andrés in La Paz (1963) but devoted his professional life to painting.

After winning all the major awards in painting and drawing in Bolivia, he had traveled throughout Latin America and his work was particularly recognized in Mexico, where he had lived for 14 years and where he won the National Watercolor Prize on four occasions. Ricardo Perez Alcala was also recognized at Watercolor World Grand Prix and by the National Federation of French Culture and European Arts . Recently he was invited to exhibit his work at the Louvre in Paris, an unprecedented event for a Bolivian artist.

‘The master of impossible colors’ died in the house that he designed himself. This extravagant residence is similar to the house-museum of Salvador Dali in Portlligat, but with a very own meztizo – baroque style. In this vast refuge located in the Southern Zone of the city of La Paz, he had 3 studios. Moreover, he built a workshop right next to his bedroom, where he painted before going to sleep. There is also a small kitchen, where he prepared quickly something to eat, so he wouldn’t interupt his artistic creation.

Born in 1939 in Potosi – the city of a great history and art, Pérez Alcalá was an admirer of Diego Velazquez, Rembrandt and Leonardo Da Vinci. He also spoke often about the pictorial quality of Spanish artist Antonio López. But above all, the Bolivian painter had a great admiration for a contemporary watercolor by American painter Andrew Newell Wyeth.

Analyzing his watercolors one would say ironically that Perez Alcala was an “antiacuarelista”, because he was working outside the canons of traditional English watercolor, proclaiming that this technique should not take more than two hours in execution, since after this time is no longer watercolor. For the artist, this ‘old school’ was like a boring resembling of a simple sketch. He developed his own way of painting and it took him up to several months, to finish the watercolour in minute detail, punishing the paper with endless color glazes to apply this extra element that makes the difference: a large dose of creativity. Pérez Alcalá masterfully handled the light – which together with elegant palete of colours, printed in his watercolors mysterious and disturbing atmosphere of everyday life.

But Ricardo Perez Alcala was not limited to the usual still lifes and landscapes, on the contrary, he was always a creator with innovating imagination. During his career, he has portrayed several personalities from Mexico and Bolivia. He also painted a hundred self-portraits in various styles. More than 6,000 paintings in more than 60 years as a painter reflect his tremendous work ethic.

Ricardo Perez Alcala has materialized previously unimaginable challenges: in his constant search for new forms of expression he developed his own technique of “watercolor on board” – a preparation of plaster on a wooden surface, which allows for less absorption of the watercolor that it does on paper, giving the color more brightness and intensity.

He also was a renowned architect, sculptor, caricaturista, talented and accomplished self-taught chef and great host, specialist in art collecting. He was a teacher and mentor of several very prominent artists, including watercolorist Dario Antezana from Cochabamba (son of his best friend Gíldaro Antezana). As an educator at the School of Fine Arts in El Alto, he taught two artists of the new generation: Monica Rina Mamani and Rosmery Mamani Ventura, who knew how to make the most of his lessons.

He believed in a hard work in order to reach an exelence, saying: “El que escucha olvida, el que mira recuerda pero el que hace aprende”.

Who listens forgets, who looks remembers, but who does learns.

It is interesting, that he always made a reflection on death. His work is usually associated with magical realism, hyperrealism and surrealism, but with the passing of the years it became more cryptic, melancholyc. He said once: ‘Me interesa el arte sólo cuando hay misterio”.

‘I am interested only in art that has a mystery’.

Maybe that’s why he painted his self-portrait in a stunning watercolor on board, that he himself called “Reclinado sobre mi tumba” (“Reclining on my grave“) (1992). This masterpiece may be a sort of pictorial testament. The great painter paints himself as resurrected, immortal, as only an artist of his level may be recorded in the collective memory of society and those who appreciate good art.

This self-portrait also says much about the nobility of Ricardo Pérez Alcalá, since the image shows the skeleton of a rooster, reminiscent of Gíldaro Antezana, the ‘brother’ and friend, that like himself, faithfully exercised the trade of a painter and cockfighting.

267351_10151793915354476_1216245529_n[1]Fot.  Harold Suárez Llápiz

Finaly, on top of the stone you can see a small door leading into an unknown dimension, and many watercolor papers floating and dispersing in time. “Reclining on my grave” is an intimate, playful, prophetic, cryptic, symbolic and representative piece of art that sums up his work. He once said: ” Lo único que le pido a la vida es morirme con el último brochazo”.

‘The only thing I want from life is to die with the last brushstroke.’

Ricardo Pérez Alcalá fulfilled the dream for which he fought all his life: to live and die as an artist. Now, he leaves us a legacy of his valuable work – it’s true that great artists never die.

I will contribute something to humanity, I said, and I became a painter.

“Voy a aportar algo a la humanidad, dije, y me convertí en pintor”

Ricardo Perez Alcala

Fragments choosen from the original text of Dr. Harold Suárez Llápiz – student, friend and admirer of Ricardo Pérez Alcalá’s art. Doctor MD, researcher and art critic. Administrator of ‘Arte Boliviano Contemporáneo’.

51927_447228654475_243304844475_5012979_1894248_o[1]

‘Palmasola’ es Bolivia *** Tragedia w ‘Palmasola’

W zeszlym tygodniu cala Boliwia zyla tragedia w jednym z najwiekszych wiezien w kraju – ‘Palmasola’ w Santa Cruz. W wiezieniu wywiazala sie bojka, ktora doprowadzila do pozaru. Zginelo 30 osob, w tym jednoroczne dziecko, a wiele osob zostalo ciezko rannych. Dzis wszyscy zadaja sobie pytanie: dlaczego?

Oto jeden z bardziej wnikliwych artykulow – ‘Palmasola es Boliwia’, pochodacy z dziennika ‘El Dia’, probujacy udzielic odpowiedzi na to pytanie. Mysle, ze warto przytoczyc jego fragmenty, ktore staralam sie jak najlepiej przetlumaczyc. Tutaj znajdziecie oryginalny tekst.

Boliwia jest jak Palmasola i wszyscy Boliwijczycy są odpowiedzialni za to, co się właśnie stało w tym więzieniu.

‘Ministowie, którzy przybyli na miejsce aby obwinić  kogoś za tetragedie, nie mieli pojęcia, co się tam naprawde dzialo. Nie mieli świadomosci, że straznicy nie mają wstepu do sal wieziennych, a ich jedyną funkcją jest monitorowanie obwodu więzienia, gdzie prowadza  interesy z więźniami, którzy są ostatecznie odpowiedzialni za “dyscypline”. Innymi słowy, bojka, ktora sie tam wszczela pomiedzy wiezniami, byla proba sily, by zobaczyć, kto ma kontrolę i kto będzie odpowiedzialny za stosunki z władzami w zakresie wspólnego nadzoru sprzedazy alkoholu, broni, narkotyków, telefonow komórkowych i wszystkiego innego, która odbywa sie na zasadzie niepisanych reguł, ale bardzo dobrze skoordynowanych.

Palmasola jest odzwierciedleniem tego, jak władze Boliwii zarządzaja sprawami publicznymi w tym kraju. Palmasola jest jak bazary, gdzie kontrole maja sprzedajacy, którzy piszą zasady, narzucaja swoje warunki, rozkladaja towar gdzie chca, naruszajac przy tym publiczna przestrzen.

Palmasola jest jak transport publiczny, kontrolowany przez związki zawodowe, które ustalaja stawki, trasy, które określają jakość produktów i usług. Palmasola jest jak parki narodowe, zdane na łaskę producentów koki, handlarzy, kolonizatorów i nielegalnych drwali; Palmasola jest jak walka z podziemiem narkotycznym, kontolowana przez dostawców surowców.

To nasza wina, Boliwijczykow, że to działa w ten sposób. Mamy więzienie, markety i transport, na które zasługujemy i oczywiście, władze sa za utrzymaniem tego stanu rzeczy. Obrazem, który najlepiej ilustruje smutne piatkowe wydarzenia, jest fotografia wysokiego urzędnika państwowego podnoszącego pięść w więzieniu, bedacego odpowiedzialnym za to pieklo, z powodu ktorego jesteśmy dzis w żałobie. Obraz ten ilustruje brak świadomości, najgorszej choroby w tym kraju.

Palmasola jest po prostu odbiciem, jak władze zarządzaja sprawami publicznymi i jak adresuja problemy. Mimo ogłoszenia szczegółowego sledztwa, powolywania specjalnych komisji, sytuacja nigdy się nie zmieni, jeśli władze trzymac sie beda kurczowo tego samego ‘dekoracyjnego’ i bardzo lukratywnego stanowiska, jak w innych dziedzinach.’

Amen.

***

Last week all Bolivia lived the tragedy that happened in one of the largest prisons in the country – ‘Palmasola’ in Santa Cruz. A fight in the prison led to the fire, that killed 30 people, including one year old child, leaving many people seriously injured. Today, all ask the same question: why?

Here is one of the most insightful articles – ‘Palmasola es Bolivia’,  from newspaper ‘El Dia’, trying to answer this question. I think that it’s worth to quote some excerpts, which I tried to translate as best I could. You can find the original article in Spanish here.

Bolivia is Palmasola and all Bolivians are responsible for what has just happened in the prison.

Ministers who came to the site to blame someone for this big tragedy, had no idea what was going on in the facility. They were unaware that the police have no entry in the halls and their only function is to monitor the perimeter of the prison, where they use to make an excellent business with prisoners, who are ultimately responsible for “discipline” within the prison. In other words, the fight the other day was nothing more than a mechanism for inmates to see who gets control over the prison and who will be responsible for the relationship with the authorities for the joint supervision of the admission of alcohol, weapons, drugs, cell phones and all that flows under certain unwritten rules, but very well coordinated.

Palmasola is simply a reflection of how Bolivian authorities manage public affairs in this country. Palmasola is like markets where sellers are those who write the rules, impose their conditions and where they settle down no matter if they invade the streets and squares. Palmasola is as public transport, which is the trade unions that allocate the rates and routes, that define quality and service; Palmasola is like national parks at the mercy of coca growers, traffickers, colonizers and illegal woodcuters; Palmasola is like fight against the narcos that is held by the suppliers of raw materials (coca).

It’s  our fault, the Bolivians, that things work that way. We have prisons, market and transportation that we deserve and of course, the authorities are up to keep it the way we have chosen. The image that best illustrates the sad Friday’s event is a photograph of a high state official raising his fist in prison, while developing all the hell that we  are grieving today. This image illustrates the lack of awareness, the worst disease in this country.

Palmasola is simply a reflection of how the authorities manage public affairs in this country and  how the State addresses problems. And more to be announced thorough investigations and especially formed committees, but things will never change if the authorities continue to take the same ‘decorative’ and quite lucrative stand as they do in  the other fields.’

Amen.

The Story of the Dog *** Pieskie zycie

Wczoraj, pomimo deszczu, wybralismy sie na spacer do Palacio Portales, chcac wziac udzial w dobiegajacych konca ‘2. Targach Boliwijskich Pisarzy’ (2a Feria del Escritor Boliviano). Ponownie bylismy milo zaskoczeni widzac, iz Fundacja Simona Patino, otworzyla progi zabytkowego palacu, przenoszac impreze z ogrodu do srodka. Niestety, poniewaz caly dzien lalo sie z nieba, frekwencja byla dosyc marna – zarowno wsrod zwiedzajacych jak i zaproszonych pisarzy (moze ‘zwineli sie’ wczesniej w wyniku braku zainteresowania).

Przeszlismy sie po wszystkich stoiskach, by zapoznac sie z najnowsza oferta wydawnicza;  byly tam zarowno pieknie wydane ksiazki dla dzieci, powiesci fantastyczne, ksiazki historyczne i powiesci obyczajowe. Moja uwage przyciagnelo szczczegolnie wydawnictwo z zakresu historii sztuki Boliwii oraz cena kompletu 3 ksiazek – 700 bs. (ponad 70€). Troche duzo, choc przyznam, iz ksiazki prezentowaly sie pieknie. W dodatku byla to pierwsza tak kompletna kompilacja informacji o sztuce Boliwii, z jaka mialam okazje sie zetknac do tej pory. Coz, moze kiedys…

Nie moglam rowniez przejsc obojetnie obok stoiska, udekorowanego zdjeciami ‘malej Durusi’ i po kilku minutach stalam sie wlascicielka ksiazeczki dla dzieci o ‘Przygodach Rayo’ (Las Aventuras de Rayo)– owczarka niemieckiego:) Autorka Luz Cejas Rosado de Aracena, powiedzialam nam, ze ksiazeczka oparta jest na faktach, wszystkie zdjecia sa oryginalne, a piesek ma juz 9 lat! I tak, czytajac o przygodach urwisa Rayo, opowiedzianych psim glosem, dzieci ucza sie szacunku dla zwierzat i  przyrody, a ja bede mogla podszkolic swoj hiszpanski i przypomniec sobie czasy spedzone z moja Dorusia:) W prezencie do ksiazeczki (40bs.) dostalam rowniez plakat, autograf i zdjecie z przemila autorka:

DSCN1060

Ciesze sie, ze taka ksiazka powstala, bowiem spoleczenstwo Boliwii w duzej mierze nie bierze odpowiedzialnosci za swoje otoczenie – wciaz smieci sie tutaj gdzie popadnie, zanieczyszcza wode odpadkami i … wyrzuca zwierzeta na ulice. Zwierzeta domowe to po hiszpansku ‘mascotas’ i niestety niektorzy ludzie traktuja psy i koty jak maskoty – zabawki, ktore porzucaja, kiedy sie im znudza. Ten problem dotyczy rowniez Europy, ale nie na tak duza skale jak tutaj.

Oczywiscie, nie wszyscy sa tak bezduszni i czesto mozna natrafic na ogloszenia o zaginionym psie, za pomoc w znalezieniu ktorego oferuje sie od 50 do 200 $. Niestety, nie wsystkie psy gubia sie ot tak podczas spaceru. Podobno w duzych miastach istnieje proceder wykradania co wartosciowszych ras – aby odsprzedac zwierzaka lub zajac sie hodowla, a potem sprzedac szczeniaki pod stadionem.

Smutne to, ale prawdziwe, tym bardziej popieram wiec wszystkie inicjatywy edukacyjne zwiazane z ochrona zwierzat i srodowiska naturalnego. Ksiazeczka pewnie cudow nie zdziala, tym bardziej, ze trafi w rece tych bardziej zamoznych rodzin, ale od czegosc trzeba przeciez zaczac!

***

Yesterday, despite the rain, we went for a walk to the Palacio Portales, as we wanted to visit ‘2nd Fair of Bolivian Writers’ (6. Foro de Escritores Bolivianos). Again, we were wowed to see that Simon Patino Foundation opened the thresholds of its historic palace, moving inside the party from the garden. Unfortunately, because the rain was pouring the whole day, the turnout was quite small – both among the  visitors as well as invited writers (maybe they quit earlier due to lack of interest).

Glancing at the beautiful place, we passed through all the stalls to get acquainted with the latest book offers: from beautifully published books for children, fantasy, history to novels. The books about the art history of Bolivia particularly caught my eye as well as their price – 700 bs. (70€) for the set of 3. A bit too much, though I must admit, they were beautiful. What’s more, this was the first complete compilation on the Bolivian art, which I have encounter so far. Well, maybe one day …

I couldn’t also pass indifferently by the stand decorated with pictures of small Durusia (my Polish Love) and after a few minutes I became the happy owner of the children’s book “The Adventures of Rayo (Las Aventuras de Rayo)‘- a German shepherd :) The author, Cejas Luz Rosado de Aracena, told us that the book is based on a real story, all photos are original, and the dog is already 9 years old! And so, in reading about the adventures of Rayo, told in the voice of a dog, children will learn to respect the animals and nature, and I’ll improve my Spanish :) As a gift to the book (40bs.) I also got a poster, autograph and a photo with a very nice lady.

I am glad that this book was written, as the Bolivian society (in the majority) does not take responsibility for their environment – peole still litter a lot, pollut the water with waste and …throw their pets on the street. Pets are in Spanish called ‘mascotas’, which in Polish is a synonimus of ‘toys’ and unfortunately, some people treat dogs and cats just like toys – when they get bored with an animal, they abandon it.  This is not only Bolivian problem, but the scale of it is begger here than in Europe.

Of course, not everyone is so soulless and very often one can see the owners’ notes about lost dogs that offer from 50 to 200 $ for help in finding their belowed pet. Unfrtunately, not all dogs get lost while on the walk. Apparently, in the large cities there are people who steal the more valuable breeds – to sell it, or to breed it, and sell the puppies later on.

It is sad but true, and so I support all educational initiatives related to the protection of animals and the environment. This little book probably won’t change a lot, as it will be read mostly by rich kids, but we have to start somewhere!

DSCN1074