The Land of Colourful ‘Lagunas’ *** W krainie kolorowych jezior (4412 m)

Po pozywnym sniadaniu w solnym hotelu*, wyruszylismy na zwiedzanie jednego z najpiekniejszych rejonow Potosi, pelnego kolorowych jezior.

Niestety, nie w glowie mi bylo notowanie nazw poszczegolnych przystankow (trudno sie dziwic, ze stracilam glowe w takich okolicznosciach przyrody!) i teraz nie moge sie polapac w nazwach, ktore wymienione sa w broszurce biura podrozy. A jest ich jakos za wiele:) Poszukiwania w Google tez nie przynosly efektu, bowiem wszystkie nazwy daja obraz tego samego jeziora – czyli nie jestem sama w swoim pomieszaniu:)

Zanim jednak dotarlismy do jezior, zatrzymalismy sie na pustyni z pieknym widokiem na wulkan Ollague, tuz przy trakcji kolejowej.

_MG_4005

Po drodze spotkalismy samochod w tarapatach, czyli w blocie, ktory udalo sie szczesliwie odkopac przy pomocy pasazerow kilku innych wycieczek.

_MG_4027

Tym sposobem, wszystkie wycieczki pojawily sie w tym samym czasie na kolejnym punkcie widokowym wulkanu Ollague, tym razem otoczonym niezwyklymi pomaranczowymi wulkanicznymi formacjami skalnymi, przypominajacymi (mnie osobiscie) domki Smerfow:)

_MG_4058

A potem prosto do ‘Laguna Canapa’, zapelnionej rozowymi flamingami i otoczanej zapierajacym dech w piersiach krajobrazem. Przyznam, bylo to jedno z najpiekniejszych miejsc na ziemi, jakie kiedykolwiek widzialam (coz, nie widzialam ich wiele, ale zawsze), a otwarta przestrzen sprawila, ze moglam oddychac pelna piersia, mimo iz przekroczylismy granice 4000 m n. p. m.

_MG_4147
W tych niezwyklych okolicznosciach przyrody zjedlismy lunch i z ciezkim sercem wsiedlismy do samochodu, w poszukiwaniu nowych wrazen.

_MG_4166

Nastepnym przystankiem byla ‘Laguna Hedionda’ – tutaj jestem niemal pewna nazwy, bowiem mozna bylo w tym miejscu skorzystac z toalety ekologicznej, ktora przysporzyla nam wiele tematow do rozmow. Po pierwsze kosztowala 5 bs. (normalnie placi sie 1-2), po drugie nie miala spluczki, po trzecie trzeba bylo uwazac w czasie jej korzystania, bowiem informacja na drzwiach glosila, ze ‘jezeli nie respektuje sie podzialu na czesc ‘siku’ i ‘pupu’, to trzeba bedzie samemu posprzatac’:) Stresujace, prawda?

Jezioro to nie zachecalo do dalszgo postoju z powodu smrodu – smielismy sie, ze to od tych ekologicznych toalet, ale prawda jest taka, ze w tym miejscu znajduja sie zloza siarki, ktora jak wiadomo cuchnie zgnilymi jajami, Zreszta, nazwa Hedionda znaczy ‘smierdzaca’:) Po krotkiej przerwie bylismy wiec znow w drodze.

A dokad? Aby zobaczyc slynny ‘Arbol de Piedra’ czyli skalne drzewo.

_MG_4239

Przyznam, na wysokosci 4412 m n.p.m. zrobilo sie calkiem zimno szczegolnie ze blekitne dotad niebo osnulo sie chmurami… Oczywiscie, aby sfotografowac skale trzeba bylo stanac w kolejce i po kilku zdjeciach pozniej bylismy juz wszyscy w cieplym jeepie w drodze do ostatniego przystanku – ‘Laguna Colorada’.

Kolorowe Jezioro na zdjeciach w Google jest koloru czerwonego, jednak zapewne z powodu braku swiatla i zimna, glony nie obrodzily i woda wydawala sie bladorozowa. Mimo to, w ostatnich promieniach zachodzacego slonca jezioro i tak wygladalo magicznie.**

_MG_4257

_MG_4267

Po wrazeniach dnia drugiego udalismy sie do schroniska, gdzie z dwiema innymi grupami zjedlismy kolacje i wypilismy wino. Wegetrarianskie spaghetti pelne cebuli nie bylo mi w smak, ale humor mi sie poprawil, kiedy okazalo sie, ze inna grupa miala wegetarianska lasagne:) Po kieliszku wina i kilku partyjkach kart, udalismy sie na spoczynek w 6-osobowych pokojach, w temperaturze – 20 stopni Celsjusza. Brrrrrrr….

* Hoteli z soli znajduje sie wiele w okolicy – wszystkie jednak wygladaja podobnie – sciany, podlogi, ba! luzka, stoly i stolki wykonane sa z bialego surowca. Nic tylko lizac!

Jedzenie bylo przyzwoite – oczywiscie nie mozna oczekiwac luksusow, ale da sie zjesc.
Na sniadanie zwykle biale bulki z maslem, marmolada lub dulce de leche, wedlina i ser oraz miseczka owocow w jogurcie, i jajecznica. Do tego kawa i herbata.
Na lunch – kawal miecha z warzywami lub jak to bylo dnia 3 – tuna z ryzem i salatka, woda i Coca-Cola do wyboru.
Kolacja – goraca zupa warzywna i drugie danie (pique macho czy spaghetti wegetarianskie).

Jedno co sie rzucilo w oczy to fakt, ze wszystkie dania byly niedoprawione i maloslne! Pomyslec, ze zwiedzalismy pustynie solna:) Zrzucam to na karb poprzedniej rzeszy turystow, ktorzy pewnie narzekali na przesolona kuchnie boliwijska. Nastepnym razem zabiore wiec woreczek soli spozywczej ze soba:)

** Laguna Colorada znajduje sie w Parku Narodowym (Reserva Nacional de Fauna Andina Eduardo Avaroa), gdzie trzeba uiscic oplate 130 bs., ktora nie jest uwzgledniona w cenie pakietu biura podrozy. Ja jako rezydent Boliwii dostalam ulge (po krotkiej perswazji z naczelnikiem) i zaplacilam tylko 30 bs.

***

After a hearty breakfast at the salt hotel*, we went to visit some of the most beautiful regions of Potosi, filled with colored lakes. Unfortunately, I wasn’t listing the names of the stops we made (it isn’t surprising that I lost my head in such amazing natural circumstances!) and now I can’t match the names with places. There is just too many of them in the brochure!The search in Google also proved to be unsuccessful, because the names give a pictures of the same lake – well, it seems that I am not alone in my confusion :)

However, before we reached the lakes, we stopped in the desert with a great view of the volcano Ollague. On the way we met car in trouble – in the mud, which luckily was dig out with the help of the  men form several other tours.

In this way, all the cars appeared in the same time on another viewing point  of Ollague Volcano, this time surrounded by exceptional orange rock formations, that reminded me of Smurfs’ houses :)

_MG_4063

From there we went straight to ‘Laguna Canapa’, filled with pink flamingos and surrounded by breathtaking landscape. I admit it was one of the most beautiful places on Earth I have ever seen (well, I haven’t seen a lot, but always), and I could breathe easy in the wide open space, though we crossed the altitude of 4000 m above sea level.
In these beautiful surroundings we ate lunch and with a heavy heart we got in the car,  unready yet to search for new impressions.

The next stop was ‘Laguna Hedionda’ – here I’m pretty sure about its name, because we could at this point use eco-toilets, which gave us a lot to talk about. First, they costed 5 bs. (Normally it’s 1-2), secondly they didn’t have a flush, and the last but not least, we had to be careful at the time of its use, since information on the door stated that ‘if you do not respect the division of the toilet for ‘ pee ‘and’ poo ‘, then you will have to clean it up yourself’:) Stressful stuff, right?

_MG_4193

The lake didn’t encouraged us to stay longer because of the stench – we laughed later that it’s from the eco-toilets, but the truth is this area had sulfur deposits that, as we all know, stinks like rotten eggs. The name ‘hedionda’ means ‘stinky’ too:) So after a short break we were again on the road.

Where now? To see the famous “Arbol de Piedra‘ aka Stone Tree. I admit, at an altitude of 4412 meters above sea level it got quite cold especially with the azure sky covered with the clouds … Did I mention there was a snow too?  Of course, to take a picture of the rock we had to stand in line so after a few pictures later we were all in a warm jeep on the way to the last stop – ‘Laguna Colorada’.

Colorful Lake that is – on the pictures in Google it looks red, but probably due to lack of sun and cold, algae must have die, because the water was pale pink. However, in the last rays of the setting sun lake seemed magical anyway. *

_MG_4260

After that we went to the shelter, where we had dinner and drank wine with the two other groups . Vegetarian spaghetti full of onions was not to my taste, but mood improved, when it turned out that another group had a vegetarian lasagna :) After a glass of wine and a few card games, we went to bed in a 6-bed rooms, with a (inside-out) temperature of – 20 degrees Celsius. Brrrrrrr ….

* There are many salt hotels on the way, and all look more less the same – salty walls, floors, bah! even beds and tables and chairs are made from white rock. I couldn’t help but lick those things from time to time:)

Food was decent – of course you can’t expect it to be luxurious considering the circumstances of a trip but it was ok.

The breakfast usually consisted of white rolls with butter, jam or dulce de leche, ham and cheese, eggs and a bowl of fruit with yogurt. Plus coffee and tea.
For lunch – a piece of meat with cooked vegetables or as it was on a day 3 – tuna with rice and salad, water and Coca-Cola to choose from.
Dinner – hot vegetable soup and pique macho or vegetarian spaghetti.

One thing making us all laugh was that all the dishes were quite flavourless and saltless! To think that we’v visited the salt desert! I blame it on the the previous tourists who probably complained about too salty Bolivian cuisine:) So next time when in Uyuni I’ll take a bag of table salt with me :)

** Laguna Colorada is located in the National Park (Reserva Nacional de Fauna Andina Eduardo Avaroa) where you have to pay a 130 bs. entrance fee, that is not included in the price of travel package. I am a resident of Bolivia so they gave me relief (after the short talk with a warden) and paid only 30 bs.

_MG_4278

2 thoughts on “The Land of Colourful ‘Lagunas’ *** W krainie kolorowych jezior (4412 m)

  1. Magda says:

    Ciekawe zdjęcia, zdecydowanie musi być fajnie spędzić czas w takmi miejscu :) Mi się marzy sąsiedni kraj – Peru :) Mam nadziję, że uda mi się zrealizować to marzenie :)

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s