Sucre II – Where Not to Sleep and Where to Eat *** Gdzie nie spac i gdzie jesc

Wycieczke po Sucre rozpoczynalam zawsze od pysznego sniadania w ‘Abis Cafe’ na Plaza 25 de Mayo (zaraz przy glownym placu). Troche burzujsko, przyznaje, ale jak to mowia – pierwszy posilek jest najwazniejszy i nie ma to jak zjedzenie go w przyjemnym (czystym) lokalu.

Alternatywa byly wlasnorecznie sporzadzone kanapki w hostelowej ‘kuchni’ – normalnie nie maialbym nic przeciwko, jednak nasz ‘Hostal Colon’ nie nalezal do najbardziej zadbanych. A szkoda! Piekny kolonialny dom, blisko centrum mialby ogromny potencjal – zamiast tego zastalismy niezamiecione podworze, brudna ‘kuchnie’ bez podstawowych naczyn, za to z resztkami (starymi) jedzenia w szafce. Ja zakwaterowana zostalam z kolezanka w pokoju 2-osobowym (w sucre to standard) zaraz przy ‘kuchni’ na parterze – poniewaz pokoj byl czescia zadaszonego patio, nie mielismy w zasadzie okna, tylko przeszklone drzwi. Wyposarzenie pokoju bylo nader skromne i zakurzone, sciany troche zagrzybione. Dodatkowa atrakcja byly komary, ktore pozostawily po sobie pamiatke pod postacia swedzacych babli na nogach. Lazienka, w podworzu z prysznicem, ktory byl goracy tylko wtedy, kiedy woda leciala ciurkiem – a wszystko to za 60 bs.????!

Szczesliwie, mialam przy sobie kartki przewodnika wydrukowanego z ‘Wiki Travel’, ktory wspominal kilka lepszych miejsc w okolicy. Napredce wybralismy sie wiec na poszukiwania: po chwili stalismy pod brama ‘Gringo Rincon’, by niestety dowiedziec sie, ze nie ma wolnych miejsc…Coz, podobno jest to najlepszy hostel za 40 bs., wiec trudno sie dziwic. Wstapilismy do innego, tam chciano 120 bs. od osoby – troszku za wiele. Najbardziej spodobal mi sie ‘Hostal Inka’, z wyremontowanymi pokojami 3-osobowymi z lazienka,  telewizorem na scianie i oknem (:) – ulokowanymi wokol przestronnego dziedzinca, ktory zostal swiezo zamieciony, wszystko to za jedyne 60 bs. (gdyby przyszlo nas wiecej, za 50 bs.)! Przyznam, troche mnie zastanowil brak turystow, ale jakie to ma znaczenie? Wazne, ze miejsce bylo lepsze niz poprzednie!

Zadzwonilismy zeby przekonac innych, ale kiedy okazalo sie, ze nasze bezokienne pokoje sa za 35 bs. nikt nie chcial sie przenosic…Coz, nie bede przeciez sama mieszkala w wielkim pustym ‘Hostalu Inka’ – biorac jednak pod uwage to, ze zaoszczedzilam 25 bs. – postanowilam za te pieniadze uraczyc sie sniadaniem w jakims ‘posh’ miejscu.

Padlo wlasnie na ‘Cafe Abis’, ktorej wlascicielem jest podobno Belgijczyk, poniewaz moj przewodnik przekonywal, ze miejsce to jest mile i przyjazne, a jedzenie przepyszne. ‘Wiki’ sie nie mylila – za mniej niz 25 bs. raczylam sie zapiekanym panini z serem i szynka lub z kurczakiem i cebulka, tostami z konfiturami + duzym kubkiem herbaty z cynamonem. W oczekiwaniu na te pysznosci, moglam w spokoju planowac nastepny dzien zwiedzania na moich 3 mapach Sucre:) Poniewaz kafejka nie nalezy do najtanszych, przyciaga glownie obcokrajowcow (jak Wlocha Marco, ktory przyjechal do siostry na wakacje) i biznesmenow. Nie jest tam ani za pusto, ani za tloczno. Czasem tylko wejdzie ktos z ulicy na loda z galki:)

Obiad i kolacje jadlam juz wspolnie z przyjaciolmi, ktorzy mieli przerwe w konferencji. Pierwszego dnia polecono nam restauracje ‘Rockers’, ktorej wlasciciel wygladal jak zapalony fan Marilyna Mansona, i ktorej wnetrze zdradzalo gleboka fascynacje muzyka rokowa (tylko te rozowe sciany nie pasowaly do wystroju, ale moze sie  nie znam….). Przyjemne i czyste miejsce z 3-daniowym obiadem za jedyne 15 bs.! Trudo to przebic prawda? Jedzenieco prawda szalu nie robilo, ale bylo calkiem smaczne i pozywne.

Wieczorem wybralismy sie do baru, ktory miescil sie pod posadzka restauracji i od razu przypomnialy mi sie podziemne puby w Toruniu – w szczegolnosci ‘nadziemny’ ‘Bunkier‘:)  Jako ze mielismy tam zjesc kolacje (po ponad godzinnym marszu po miescie okazalo sie jednak, ze tylko ja zostalam do nakarmienia), zamowilam  frytki i wodke ze Spritem – jakos nie mam apetytu w takich miejscach. Kiedy w koncu mi je podano przezylam szok – byly one przepyszne! Nie za tluste, chrupiace, gorace, posypane odrobina soli (co tutaj jest rzadkoscia) i pieprzem, polene keczupem, majonezem i musztarda, z bardzo pikantnymi chili w sosie sojowym! Pycha:) I to za jedyne 8 bs! Dodatkowe atrakcje dla fanow ciezkiej muzy:) Niestety nie pamietam dokladnego adresu, ale bylo to gdzies na skrzyzowniu ulicy Loa i Olaneta. Polecam.

Nie polecam natomiast lunchu na bazarze przy ulicy Ravelo – ‘Sopa de mani’ (z orzeszkow ziemnych), nie przypominala mi niczym pysznej zupy, ktora wczesniej znalam z Cochabamby czy chocby bazaru w Potosi. Z drugiej strony, kosztowala tylko 4 bs. Cos za cos.

Cenowa porazka byla za to pizza w jednej z centralnych ‘posh’ restauracji – 1 za 60 bs., zjedzona na 5 osob. Przynam, pyszna, ale jakby troche za mala… Poza tym, przed podaniem pizzy przyniesiono nam smiesznie bezsensowne male talezyki w ksztalcie kawalka pizzy oraz widelec i lyzke. Tak, lyzke! Dosyc dlugo dyskutowalismy po jakiego nam lyzka do pizzy, az przybiegla do nas kelnerka przepraszajac za pomylke:)

Nastepnego dnia zakupilam za to najdrozsza pomarancze sezonu, od ulicznej sprzedawczyni soku, za cale 1 bs. (przypomne tylko, ze 100 pomaranczy mozna kupic na bazarze w Cochabambie za 35 bs.). Coz, moj organizm potrzebowal witamin i mineralow, wiec po chwili wedrowalam w pelnym upale po snieznobialych uliczkach z obrana pomarancza w reku, zastanawiajac sie, jak ja ‘rozgrysc’, zeby nie popryskac sokiem calego ubrania. I wiecie co, nie udalo mi sie wymyslic zadnego sensownego sposobu – wgryzlam sie wiec w jeden koniec owocu i wyssalam z niego tyle soku, ile tylko sie dalo. Coz za marnotrawstwo!

Moim ostatnim posilkiem byly frytki z pobliskiej budki – nie warto jednak o nich szerzej wspominac.

***

I began every day in Sucre with a delicious breakfast –  always in the ‘Abis Cafe’ at the Plaza 25 de Mayo (just off the main square). A little ‘posh’ one I must admit, but as they say – the first meal is the most important and there’s nothing like eating it in a nice (clean) place.

Alternatively, I could had made some  sandwiches  in our the hostel’s  ‘kitchen’ – what I would normally do, but our  ‘Hostal Colon’ wasn’t  very  well maintained.  What a  pity!  Beautiful colonial house, close to the center would have a huge potential – instead we found messy  yard, dirty ‘kitchen’ without basic dishes,  but with  the remains (old) of  food in the cupboard.

I was allocated in a double room with a friend (it is a standard in Sucre)  right next to the ‘kitchen’ on the ground floor – because the room was part of a roofed patio, basically we had no windows, only a glass door. Room was very modest and dusty with a bit moldy walls. Additionally there were mosquitoes, which left a souvenir on my legs in the form of itchy bobbles. Bathroom with a shower was located in the courtyard and the water was hot only when’ dripping’ slowly – all this for 60 bs.??!

Luckily, I had a guide printed from ‘Wiki Travel’, that recalled few better places in the area. So we went hastily on the lookout for a new place: and a moment later we stood at the gate of ‘Gringo Rincon’ to sadly learn that there were no free rooms … Well, apparently this is the best hostel for 40 bs., so it is hardly surprising that it’s full. We walked to the other, where they wanted 120 bs. per person – a  little too much.

I liked the most ‘Hostal Inka’, with renovated tipple or double rooms with bathroom, TV on the wall and the window (:) – located around the spacious courtyard, which was freshly swept – and all this for only 60 bs. (if we came with more people, for 50 bs.)! I admit, I kinda thought that this place appeared somehow empty, but does it matter? Important was that the place was better than the previous one!
We called to convince others to move, but when it turned out that our windowless rooms are for only 35 bs. nobody wanted to leave … Well, surely I didn’t want to live alone in a big empty  ‘Hostal Inka’ – but taking into account that I  saved 25 bs.,  I decided to eat a nice breakfast in a ‘posh’ place.

So, ‘Cafe Abis’, according to my ‘Wiki-guide’, has Belgian, is cozy and friendly, and serves  delicious food. ‘Wiki‘ was right – for less than 25 bs. I could eat toasted panini with cheese and ham or chicken and onions, toast with jam + big cup of tea with cinnamon. In anticipation for these delicacies, I could  plan my trip for the next day, exploring my 3 maps of Sucre :) Since the cafe is not the cheapest, attracts mostly foreigners (as Italian Marco, who was on holiday visiting his sister), and businessmen. This place is never  too empty or too crowded. Sometimes someone will pop over  from the street to buy home – made ice cream :)

I ate lunches and dinners together with friends who were having a break in the conference. The first day someone recommended restaurants ‘Rockers’, whose owner looked like an avid fan of Marilyn Manson, and whose interior showed deep fascination with ‘hard’ music (only the pink walls didn’t fit the decor, but maybe I am wrong? ….). It was a nice and clean place with a 3-course dinner for only 15 bs.! Amazing, isn’t it? Food wasn’t so incredible, but it was quite tasty and nutritious.

In the evening we went to the bar, which was located under the floor of the same restaurant and immediately I had a flash-back of the underground pubs in Toruń – ‘above-ground ‘Bunkier’ in particular:). As we came there to eat dinner (after over an hour walking around the city I realized that I was the only one to be fed), I ordered french fries and vodka with Sprite – somehow I do not have appetite in such places. When finally the dish arrived I was shocked – it was delicious! Not too greasy, crunchy, hot, sprinkled with a bit of salt (which is a rarity here) and pepper, covered in stripes of ketchup, mayonnaise and mustard, with a very spicy chili dipped in a soy sauce! Great :) And for only 8 bs! Unfortunately I do not remember the exact address, but it was somewhere on the corner of Calle Loa and Olaneta. I truly recommend it.

What I do not recommend is a lunch at the market on Calle Ravelo – ‘Sopa de mani’ (Peanut soup), didn’t look or taste like a delicious soup, which I knew before from Cochabamba  and bazaar in Potosi. On the other hand, it cost only 4 bs. Something for something.

Slightly higher price tag we met for a pizza in one of the central restaurants – 1 for 60 bs., eaten by 5 hungry people. Delicious, but a little too small though … Besides, before serving pizza they brought us senseless funny and plastic small plates shaped in  a piece of pizza with a fork and spoon. Yes, a tablespoon! After quite a long time of discussing what do we need a tablespoon for, the waitress came to us apologizing for the mistake :)

The next day I bought the most expensive oranges in whole Bolivia from the juice vendor on the street, one for 1 bs. (please, remember you can buy 100 oranges at the market in Cochabamba for less than 40 bs.). Well, my body needed the vitamins and minerals, so after a while I was wandering in the full heat along the snow- white streets with a peeled orange in my hand (its white skin was quite hard at that point), trying to figure out how to eat that fruit without splashing its  juice all over my clothes? And you know what, I could not think of any reasonable way – so I bit into one end of the orange and suck as much juice out of it as I could. What a waste!

My last meal in Sucre were french fries from the street vendor – but I have no reason to write about them more.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s