Viza *** Holy Graal & Holy Cow

Sroda 29/08/2012 – Urzad Imigracyjny 

-Dzien Dobry! My w sprawie dokumentow do wizy. Przyszly juz z La Paz?

– Nie, niestety jeszcze nie. (No tak, mowili, ze moze to potrwac 4 tygodnie, a my czekamy dopiero 3. Dodam tylko, ze w Polsce powiedziano mi, ze dokumenty wysylaja w ciagu 24 godzin, droga elektroniczna).

– Ah, niech pani poczeka! Tak, jest! Przyszly dopiero dzisiaj.

Podaje pani  paszport, ale niestety, okazuje sie, ze musze okazac inny dokument, ktorego akurat przy sobie nie mialam. Coz, przyjdziemy jutro i tak musimy zalatwic jeszcze kilka spraw.

Czwartek 30/08/2012 – Urzad Imigracyjny

– Dzien dobry! Przyszlismy po dokument z Interpolu.

Okazuje zaswiadczenie, tak, wszystko sie zgadza i pani podaje mi kilka papierow.

– Prosze skserowac.

No dobra. Juz raz nas wyslali na ksero, 2 minuty od urzedu, wiec wiemy gdzie isc. W reku trzymam oryginal dokumentu z ‘I’ w Cochabambie, z imionami i numerami paszportu kilkunastu osob roznych narodowosci, wyslany do La Paz na poczatku sierpnia. A w drugiej rece – faks z La Paz, potwierdzajacy zgodnosc informacji o wszystkich osobach, z dnia 22  sierpnia.

Zaraz, zaraz, a podobno dokumenty przyszly wczoraj?

Kserujemy (2,50 bs. za kopie).

Wracamy do urzedu. Pani zabiera oryginaly i kopie, i zaprasza do innego pomieszczenia mowiac, ze musze KUPIC certyfikat u innej pani. No tak, moglam sie tego spodziewac – niedawno kupowalam certyfikat medyczny za 250 bs.(!!!), wydawany na podstawie badan, za ktore tez wczesniej zaplacilam (60 bs.). W tym momencie usmiech zniknal z mojej twarzy i z trwoga myslalam ile tym razem mi policza za papierek. 60 bs. Odetchnelam z ulga.

Pani kaze mi usiasc, wyjmuje pokazny plik dokumentow i rzuca go przede mna mowiac, ze mam poszukac swojej karty.

Co? Myslalam, ze jestesmy w Boliwii, a nie w Indiach – swieta krowa sie znalazla! Najpierw skserowac, a teraz odwalac papierkowa robote i jeszcze za to placic?!!

Na szczescie Freddy zalapal dowcip, podzielil plik na 3 czesci i powiedzial uprzejmie, ze w trojke bedzie szybciej. Znow mialam w reku stos czyichs dokumentow, tym razem samych Polakow. Swoja droga, nie wiedzialam, ze tylu ich tutaj jest! Wiekszosc ksiezy i zakonnic, ale trafili sie tez swieccy.

W koncu karta sie znalazla.

– No dobrze, to prosze przyjsc w poniedzialek.

Konsternacja… I juz nie wytrzymalam.

– W poniedzialek? Czy wiedza panstwo, ze ja place za kazdy dzien pobytu w Boliwii  i bez tego dokumentu nie moge nic zalatwic?! (po hiszpansku wyszlo mi to srednio, ale mysle, ze przekaz zostal zrozumiany).

Odezwala sie pierwsza pani z lagodnym usmiechem na twarzy:

– Prosze sie  nie martwic. Na pewno w poniedzialek.

Ja zrezygnowalam a Freddy odpowiedzial – z usmiechem:

– Mamy nadzieje, ze w poniedzialek zobaczymy se po raz ostatni.

Coz, ja tez mam taka nadzieje, choc jak mowi madre polskie przyslowie, ktore tutaj ma pelna racje bytu: ‘Nadzieja matka glupich’. Przychodzi mi tez do glowy inne: ‘Nadzieja umiera ostatnia’ – a moja dzis juz niemal wyzionela ducha.

P.S. Na pocieszenie, zatwilismy dzis 3 papierki u adwokata (65 bs.), jutro jedziemy kupic nastepne zaswiadczenia. A potem? Oby do poniedziaku – 1.350 bs. za wize mam juz odliczone. Dolicze to do rachunku za wczesniejsza wize 30-dniowa, ktora kosztowala 2.500 bs. oraz kary za pobyt bez wizy – okolo 60 bs. + inne koszty.

Ciezko jest byc imigrantem, zgadzacie sie? Musze zapamietac, by w nastepnym zyciu byc tylko PODROZNIKIEM:)

***

Wednesday 29/08/2012 – Immigration Office

-Good afternoon! We came for documents regarding visa. Did they came form La Paz?
– No, unfortunately not yet. (Yeap, they said, that it may take 4 weeks and we have been waiting just 3. I will only add that in Poland, I was told that the documents are send within 24 hours, electronically).

– Ah, wait a second! Yes, here they are! They came only today.
I handle my passport, but unfortunately, I need to have the other document, which I left at home. Well, we will come tomorrow – we still need to get a few things.

Thursday 30/08/2012 – Immigration Office

– Good morning! We came for a document from Interpol.
The woman gives me some papers.
– Please photocopy them all.

Ah, ok… They already sent us before to photocopy something, the place is 2 minutes from the office, so we know where to go. I hold in my hand the original document from the ‘I’ in Cbba, with the names and passport numbers of several people of different nationalities, sent to La Paz at the beginning of August. And in other hand – Fax from La Paz, confirming information for all people, from 22 nd of August.

Wait a minute, didn’t she say that they’ve got that papers just yesterday?

All coppied (2.50 bs. per copy).
We go back to the office. Woman takes all documents and invites us to another room, saying that I need to buy a certificate from another lady.

Well, I could have expected  that – recently I bought medical certificate for 250 bs. (!), based on the information from another document, for which I paid too (60 bs.). At this point, smile disappeared from my face, but a price of 60 bs. was almost a relief.

Other woman tells me to sit down, takes a big pile of documents and throws it in front of me asking me to look for my file.
What? I thought we were in Bolivia, not in India – holy cow! First I have to go to photocopy, now do a paperwork that I just paid for?!

Fortunately Freddy caught ‘momentum’, divided huge pile into 3 parts and said politely – that with the help of three of us it will be faster. Again I had in hands someone’s documents, this time only Poles. By the way, I did not know that so many Polish people came here – most of them priests and nuns.
In the end, I found my card.

– Well, then come back on Monday.

Consternation. That was too much for me.
– On Monday? Do you know that I pay for each day of my stay in Bolivia, and without this document I can’t get done anything else?! (it wasn’t so easy to say it in Spanish, but I think the message has been understood).

First woman answered with a gentle smile on her face:
– Please don’t worry. It will be ready for sure on Monday.

I resigned and Freddy said – with a smile:
– We hope to see you on Monday for the last time.

Well, I hope so too, though the Polish proverb says: ‘Hope is a mother of fools’ – which has the full right here. Also, other saying comes to my mind: “Hope dies last”. Mine is almost dead.

P.S. As a consolation, we’ve got  today three other papers from a lawyer (55 bs.), Tomorrow we’re going to buy next documents. And then? We have to wait till Monday – 1.350 bs. to pay for a visa is already prepared (that’s on top of 2.500 bs. that I paid for 30-days visa and about 600 bs. of penalty for not having visa + other costs).

It’s hard to be an imigrant, isn’t it? I will try to remember to be only a TRAVELER in the next life:)

Ciudad de Itas *** Skalne Miasto

Po raz pierwszy widzialam takie cudo natury w Czechach, gdzie szare skaly o roznych ksztaltach ‘rosna’ posrod lasu. Tutaj sprawa wygladala troche inaczej – aby dojsc do skalnego miasta musielismy najpierw wspiac sie na czerwonawe, chropowate od zastyglej miliony lat temu lawy wzniesienia, by nastepnie zejsc w dol. Wowczas naszym oczom ukazal sie kanion ze skalami o roznych ksztaltach, przypominajacymi ‘zolwia’ badz inne zwierze, przestronne groty, niczym wnetrza sredniowiecznych katedr, a nawet prehistoryczne malowidla naskalne (choc o to pewnie moznaby sie spierac).

Wedrowalismy dnem kanionu, ktory sam uksztaltowany zostal w niepamietnych czasach przez fale morskie i podziwialismy te cuda Pachamamy, az nadszedl moment powrotu. No wlasnie… wspinaczki po stromych skalach, ostrych jak brzytwy, bez zabezpieczen innych niz drobna reka przewodnika….

Przyznam, ze po pelnym emocji poranku w jaskini Umajalanta —> klik, moje cialo nie bylo przygotowae na wiecej takich atrakcji – ale udalo sie!

A potem juz tylko wystarczylo zejsc z gor i wsiasc do autobusu, z okien ktorego moglismy podziwiac zapierajace dech w piersi przepascie, w swietle zachodzacego slonca….

                                                ***

First time I saw the wonder of nature like that in Czech Republic, where gray rocks of different shapes ‘grow’ in the midst of the forest. Here it was a little bit  different – to get to the ‘rocky town’, we had to firts climb on rough reddish rocks, formed by the frozen lava millions of years ago, and then go down. Then we saw rocks of various shapes, reminiscent of ‘turtle’ or other animals, spacious caves, like interiors of medieval cathedrals, and even prehistoric paintings (although that probably could be argued).

IMG_5106

We were wandering on the bottom of the canyon, which itself was formed in ancient times by the waves of the sea and admiring the wonders of Pachamama, until it was time to return. Yeap … climbing the steep rocks, sharp as a razor, with no help other than small hand of our guide.

IMG_5244

I must admit, after the emotional morning in the Umajalanta  cave—> click, my body wasn’t prepare for more such attractions – but I managed (as if I had other option:)!

And then we just had to go down the mountains, get in the bus, so we could admire from the windows the breathtaking chasms, in the light of the setting sun….

Centro Educativo y Recreativo ”Nonna Maria y Tina”

Centrum Edukacji i Rekreacji w Cochabambie wspiera obecnie ponad 500 ‘dzieci ulicy’, z czego okolo 350 codziennie. CER gwarantuje dzieciom codzienne posilki, pomoc w odrabianiu lekcji oraz oferuje zajecia sportowe takie jak pilka nozna, koszykowka czy siatkowka.

Centrum zostalo zalozone 17 lat temu przez Massimo Casari i Veronike Urquidi – malzenstwo wlosko- boliwijskie.  Na poczatku miescilo sie ono w malutkim domku na przedmiesciach Cochabamby, ale kilka lat temu udalo sie zbudowac osrodek sportowy z prawdziwego zdarzenia, dzieki pomocy prywatnych sponsorow, glownie z Wloch. Warto w tym miejscu wspomniec, iz Massimo jest synem slynnego wloskiego bramkarza Giuseppe Casari.

Fundacja ‘non profit’ zatrudnia 22 osoby – nauczycieli, wychowawcow i kucharzy, jest rowniez otwarta na wspolprace z woluntariuszami.

Wielkim wydarzeniem bylo podpisanie umowy o wspolprace z Inter Campus – fundacji nalezacej do Inter Mediolan, ktora zrzesza podobne kluby z krajow rozwijajacych sie (takze z Polski). Jeden z wychowankow CER-u, José Vaccaro zostal graczem Interu Mediolan (obecnie gra w Genui). Z cala pewnoscia klub CER-u ‘znajdzie’ i wychowa wiecej takich utalentowanych graczy.

Razem z Freddim, spedzilismy w Centrum tylko jedno popoludnie, ale bylismy swiadkami czegos niezwyklego – miejsca w ktorym dzieci w roznym wieku spedzaja czas konstruktywnie, rozwijajac sie intelektualnie i fizycznie. Niestety bez pomocy CER-u bylyby pozostawione samym sobie, niektorzy skonczyliby zapewnie na ulicy, jak wielu mlodych ludzi z innych czesci miasta. Zalozyciele osrodka sa kochani przez swoich podopiecznych, witani usciskami. Dla niektorych dzieci z cala pewnoscia pelnia funkcje przybranych rodzicow.

Osrodek ten z cala pewnoscia jest kropla w morzu potrzeb, ale przede wszystkim doskonalym przykladem dobroci ludzkiego serca.

Wiecej na temat centrum w artykule ‘Los Tiempos’ http://www.lostiempos.com/diario/actualidad/deportes/20081110/el-cer-crece_24588_32468.html

***

Educational and Recreation Center in Cochabamba currently supports over 500 ‘street children’, of which about 350 daily. CER provides children with meals, help with homework and sports classes  such as football, basketball or volleyball.

Center was founded 17 years ago by Massimo Casari and Veronica Urquidi – the Bolivian – Italian marriage. At the beginning it was located in a small house on the outskirts of Cochabamba, and a few years ago, its founders managed to build a real sports resort, thanks to the help of private sponsors, mainly from Italy. Foundation is a non profit and employs 22 people – teachers, educators, chefs, etc., is is also open to collaboration with volunteers.

While ago, center started to cooperate with Inter Campus – a company owned by Inter Milan, which brings together similar clubs from developing countries (also from Poland). One of the pupils of CER, José Vaccaro became Inter Milan player (currently playing for Genoa). Certainly club will brought up more such talented players in future. It’s worth to mention that Massimo’s father, Giuseppe Casari, was a famous Italian goalkeeper.

Together with Freddy we have spent only one afternoon in the center, but we were witnesses to something unique – a place where children of all ages spend their time constructively, developing intellectually and physically. Without the help of CER they would be left alone, some would possibily end up on the street, like many other young people in other parts of the city. You could see clearly that founders of the Centre are loved by their pupils, always welcome with hugs by smaller children. For some kids they probably became second parents.

Although CER is a drop in the ocean of needs, it’ also a perfect example of the goodness of the human heart.

More about the centre in the article of ‘Los Tiempos’ http://www.lostiempos.com/diario/actualidad/deportes/20081110/el-cer-crece_24588_32468.html.

Virgen de Urkupiña II – La Fiesta

W polowie sierpnia Cochabambinos obchodza ‘Swieto Marii Dziewicy z Urkupiny’. Fiesta de la Virgen de Urkupiña – bedace jednym z najważniejszych uroczystości religijnych w Boliwii. Swieto sklada sie z procesji i tańcow wykonywanych w podziece dla Matki Boskiej oraz innych ciekawych obrzedow.

Historie Dziewicy z Urkupiny opisalam w czerwcowym wpisie, ktory znajdziecie tu —> klik.

Coroczna impreza odbywa się w Quillacollo, okolo 14 km od Cochabamby. Ponad 15.000 tancerzy i 6.000 muzykow oraz około  400.000 widzów przybywa z calej Boliwii, a takze z innych krajow, aby uczestniczyc w tym niezwyklym swiecie.
W czasie parady, ktora trwa dwa dni (z przerwami oczywiscie:), grupy taneczne z roznych regionow Boliwii , skladajace sie z ludzi w kazdym wieku, przemierzaja ulice miasteczka w rytm muzyki:

Morenada (Oruro) – taniec w sam raz na  obchody swieta religijnego:)

Tinku (Potosi) – moj ulubiony, dynamiczny i z pieknymi, TRADYCYJNYMI kostiumami

Phuilay (Sucre) – podobny do Tinku, tylko tanczy sie go w bardziej ekstremalnych butach:)

Kullawada (La Paz) – z fredzelkami

La Diablada i Los Tobas (Oruro) – maski diablow musza wazyc tone! A co do Los Tobas – nie ma to jak nasladowanie staruszkow i staruszek w tancu:)

Caporales (Cochabamba i La Paz) – owa ‘gringa’ co roz byla zaczepiana przez amatorow zdjec:)

i wiele innych:

Trzeciego dnia, pielgrzymi udaja sie z kosciola w Quillacollo na wzgorze, na ktorym Matka Boska miala objawic sie malej dziewczynce. Ale to dopiero jutro (16 sierpnia).

Musze przyznac, ze organizacja uroczystosci przescignela moje oczekiwania – bez problemu mozna bylo dojechac z centrum Cochabamby do Quillacollo autobusami, jak i z tamtad wrocic (moze dlatego, ze nie czekalysmy do nocy:). Samo miasteczko zamienilo sie w te dni w ogromny bazar, a widzowie mogli obejrzec tance siedzac ‘wygodnie’ na specjalnie na te okazje przygotowanych trybunach. Nam udalo sie usiasc na samej gorze za 40 bs. (miejsca w pierwszych rzedach kosztowaly od 80 do ponad 100 bs.). Wytrzymalam tylko 4 godziny, choc wiekszosc publicznosci oglada tance od rana do nocy!

Przyznam rowniez, ze organizacja byla lepsza niz przy slynnej paradzie Sw. Patryka w Dublinie!

***

The Fiesta de la Virgen de Urkupiña, is one of the most important religious celebrations in Bolivia, that includes procession and dances performed by devotes of the image of Virgin Mary of Urkupiña.

The event takes place in a little town of Quillacollo, 14 km from Cochabamba. More than 15.000 dancers, 6.000 musicians and about 400.000 spectators take part every year in this splendid folkloric parade.

During the parade the fraternities consisting of people of all ages, perform famous dances like:

La Diablada – with huge colorful masks of devils that must weight a ton.

Los Tobas – quite similar, just instead of devils, dancers wear masks of old people:)

Morenada and Caporales – with women dancing in very short dresses and on very high heels. This dances are the most popular within male part of the audience:) But there is something for everybody – I prefer cholitas wearing long colourful polleras.

Tinku – my favourite one – very dinamic and with TRADITIONAL costumes.

Phuilay – also very traditional, with very DANGEROUS shoes.

Kullawada – full of fringes.

On the third day, pilgrims go from the church in Quillacollo to the nerby hill where the Virgin Mary were to appear to a little girl. But it is not until tomorrow (16 August).

I must admit, this celebration surpassed my expectations – Quillacollo could have been easily reached from the centre of Cochabamba by bus and there was no problem with return (maybe because we did not wait until night :).

Qullacollo in these days appeared to be a huge bazaar, and viewers could watch dances sitting ‘comfortably’ on the stands. We managed to sit on top for 40 bs. (places in the front row cost from 80 to more than 100 bs.)

I must admit that as  for me, the organization of Fiesta de Virgen de la Urkupina was even better than the famous St. Patrick’s Day parade in Dublin!

Caverna Umajalanta- A Journey to the Center of the Earth *** Podroz do Wnetrza Ziemi

Drugiego dnia naszej wycieczki, wyruszylismy autobusem na zwiedzanie skalnego miasta i jaskini. Nasz przewodnik przekonywal, ze tym razem bedzie latwiej i nie doswiadczymy juz zabojczej wspinaczki po kamiennych schodach, jak to mialo miejsce w kanionie Vergel. Coz, tym razem schodow za wiele nie bylo, ale wspinaczka tak, i to taka ‘potencjalnie zabojcza’!

Najpierw udalismy sie do jaskini Umajalanta (lub Humajalanta) – jednej z najglebszych w Boliwii (dlugosci ponad 10km). Po trwajacym okolo 20 minut marszu, moglismy podziwiac niezwykle formacje skalne, ktore widoczne byly z Torotoro – szare ‘trojkatne’ skaly jakby doczepione do czerwonawych wzgorz… Naprawde, trudno to opisac, zamieszczam wiec zdjecie:)

Po przeprawie przez wiszacy most, na ktorym wszyscy zachowywalismy sie jak dzieci na placu zabaw, oraz trakcie dinozaurow, dotarlismy na miejsce, gdzie otrzymalismy kaski z latarka. Niemale poruszenie wzbudzil takze osiolek z dluuugim ‘ogonkiem’:)

Wejscie do jaskini zatarasowane bylo mniejszymi i wiekszymi glazami, ale kto powiedzial, ze nie mozna ich przejsc? Otoz mozna i po chwili bylismy juz w srodku, z dala od swiatla slonecznego.

Kiedys bylam w kopalni soli w Wieliczce, ale jaskinia to zupelnie inne doswiadczenie – nie ma tu windy, mostkow, latarni i tysiaca turystow. Dziela sztuki ludzkiej zastapione zostaly zas rzezbami Matki Ziemi. Pachamama przez tysiace lat stworzyla w podziemnej grocie tysiace stalaktytow i stalagmitow roznych rozmiarow i ksztaltow. Podziwialismy wiec czarny stalaktyt zwany ‘Nietoperzem’, ‘Choinke’, ‘Matke Boska z Dzieciatkiem’ czy ‘Kieliszek Szampana’:) Niestety, wiele stalaktytow zostalo ‘odrabanych’ w poprzednikch latach przez turystow zadnych rzadnych darmowych upominkow z wakacji…

 

Pieknie tam bylo! Zeby jednak dostac sie do kolejnych grot,  musielismy przebyc kilka przeszkod, mrozacych krew w zylach (przynajmniej moich). W niezwykle emocjonujacych sytuacjach, kiedy wspinalismy sie po glazach, z czarna czeluscia pod stopami, przeslizgiwalismy sie przez szczeliny czy zjazdzalismy z gladkich scian na pupie – przed oczami mialam migawki z filmow takich jak ‘Sanctum‘ Spielberga albo innego filmu o kobietach uwiezionych w jaskini pelnej slepych potworow.

Na szczescie my mielismy okazje spotkac tylko ‘slepe ryby’ w podziemnym jeziorze. Czolgajac sie pod kolejna skala, myslalam zas o trzesieniu ziemi, czestym zjawisku w Boliwii… Tylko 3 razy mielismy do dyspozycji liny, ulatwiajace wspinaczke, przyznam jednak, ze powinno byc ich znacznie wiecej. Przewodnik powiedzial nam, ze kilka lat temu turysci zadni przygod nie mieli nawet kaskow, co przyjelam z niedowierzaniem, sama bowiem ‘obstukalam’ swoj kask z kazdej strony, strach wiec pomyslec, jaki bylby stan mojej glowy bez zabezpieczenia!

 

Po niemal dwugodzinnej, pelnej emocji wycieczce do wnetrza ziemi, ujrzelismy swiatlo! Naprawde, byl to jeden z najpiekniejszych momentow w moim zyciu! Od pierwszych promieni do wyjscia dzielilo nas tylko 20 minut przechadzki po ogromnych glazach i bylismy wolni!

 

Warto bylo? Oczywiscie, jednak byl to moj PIERWSZY i OSTATNI raz w jaskini. Wlasnie tam zdalam sobie sprawe, ze jestem dzieckiem SLONCA:)

P.S. Duze zdjecia dzieki uprzejmosci Ester, z ktora w autobusie zajadalysmy sie kurczakiem:) Moj Nicon Coolpix znow okazal sie nie taki znowu ‘cool’ i zdjecia robil tylko kiedy chcial, a wsystkie byly ‘zabrudzone’.

I nie dajcie sie zwiesc mojemu usmiechowi na zdjeciach z podziemia – mam taki nerwowy tik, zwlaszcza w gdy ktos celuje we mnie aparat:)

***

On the second day of our trip we went by bus to explore the rock city and the cave. Our guide explained that this time it will be easier and we will no longer experience deadly climbing up the stone steps, as it was in the canyon Vergel.

Well, this time there weren’t too many steps, but we had a ‘potentially deadly’ climb! First we went to the cave Umajalanta – one of the deepest in Bolivia (over 10km long). After a 20-minutes walk, we could see amazing rock formations, which were visible from Torotoro – gray ‘triangular’ rocks as if attached to the reddish hills ….

After crossing the suspended bridge, where we all behaved like children on the playground, and the dinosaurs trail, we reached the place where we were given helmets with a flashlight. There was also a donkey with a very looong ‘tail’ :)

The entrance to the cave was obstruct by large and smaller rocks, but who said that they can’t be passed?  After a while we were in the middle of a cave, away from direct sunlight.

Once I was in a salt mine in Wieliczka, but the cave is a completely different experience – there are no elevators, bridges, lanterns, and thousands of tourists. Human works of art have been replaced with sculptures of Mother Earth. Pachamama has created, during millions of years, thousands of stalactites and stalagmites of different shapes and sizes. So we admired black stalactites called ‘Bat’, ‘Christmas Tree’, ‘Madonna with Child’ and ‘Champagne Glass’ :)

Unfortunately, many stalactites has been ‘cut’ in past years by the tourists wanting a free holiday gift…

It was beautiful there but to get from the one to the next underground room, we had to pass few obstacles, chilling blood in veins (at least mine). In an extremely exciting situations where we climbed the rocks having the black abyss under the feet, cowl through the cracks or slide from smooth walls on our bums –  I had glimpses of movies before my eyes such as ‘Sanctum‘ by Spielberg or another film about women trapped in a cave full of blind monsters. Luckily we had a chance to meet only “blind fish” in the underground lake.

Crawling into another scale, I thought about the earthquake, a common phenomenon in Bolivia … Only three times we had the rope to ease the climbing, and I must say that there should be much more. Guide told us that a few years ago, adventurous tourists did not even have helmets, which I took with disbelief, because I bumped my helmet from each side, so I couldn’t imagine what would happened to my head without this basic protection!

After nearly two hours of extremely exciting excursion into the hearth of the Earth, we saw the light! Really, it was one of the most beautiful moments of my life!

From the first rays of the sun we needed only 20 minutes walk over massive rocks and we were free!

Was it worth it? Of course, but it was my FIRST and LAST time in the cave. It was there where I realized that I am a child of the SUN :)

P. S. Large photos courtesy of Ester, with who I ate a chicken in a bus :) My Nicon Coolpix again proved not to be that ‘cool’ and was taking pictures only when he wanted to do it, and all of them were ‘dirty’.

Also,  please do not be fooled by my smile on the pictures from the underground – I have a kind of nervous tick, especially when someone points the camera at me :)