Santa Cruz de la Sierra – open for bussiness

Nasza zaplanowana podroz do tropikalnego Santa Cruz byla przekladana dwa razy, ale na szczescie linie lotnicze BOA za zmiane lotu pobieraja oplate w wysokosci okolo €3! Sam przelot, trwajacy 45 minut z przekaska na pokladzie, kosztowal ok. €40 od osoby w jedna strone. Nastepnym razem wybieram sie wiec droga ladowa (10 godzin jazdy przez ten piekny kraj to przeciez sama przyjemnosc!).

Jak tylko wysiedlismy z samolotu, buchnelo na nas gorace i wilgotne powietrze, tak rozne od tego w Cochabambie. Przyznam, ze ‘banan’ mi z twarzy nie schodzil, tak zachwycona bylam bowiem ta egzotyka:)

Pierwsze powitania ze znajomymi i podroz do hotelu przebiegly w milej atmosferze – poza tym przez okna Jeapa dalo sie zauwazyc okazale siedziby zagranicznych koncernow, sklepy, centra handlowe, i  bujna zielen trawy i roslin tropikalnych. Ulice, z pasami jazdy wydzielonymi biala farba, sa o niebo lepsze niz w Cochabambie, ale warcholstwo na nich jest takie samo – nie pierwszy raz zastanowil mnie fakt stosunkowo malej liczby wypadkow czy stluczek przy zupelnie bezregulaminowej jezdzie. To powiedziawszy, natknelismy sie na stluczke trzech pojazdow….

Hotel ‘Bugnavillas’  – mozna  by powiedziec ‘Raj na Ziemi’, ‘miasto w miescie’, piekny, zamkniety kompleks, pelen zieleni i odkrytych basenow! Po rozpakowaniu wybralismy sie do restauracji (hotelowej) na pozna kolacje, ktora niestety nie zachwycila nas tak samo, jak nie zachwycil nas apartament 5* (widac, tutaj standardy sa troche inne niz w Europie). Dodam tylko, ze kiedy poprosilismy hotel o mape miasta, otrzymalismy plan hotelu i marny plan miasta, zas w dniu wyjazdu okazalo sie, ze Recepcja dysponowala mapami z atrakcjami turystycznymi…

Pierwszy dzien przelecial nam na ‘zwiedzaniu’ nowego miasta w poszukiwaniu apartamentu do kupienia (nie dla nas oczywiscie:). Coz, miasto jak miasto – sklepy, supermarkety, domy, wiezowce itp. Nic nowego – a jednak! Tego dnia nie widzielismy ani jednego psa na ulicy! Jak sie pozniej okazalo, zamiast psow pelno bylo wszedzie kotow (nawet w naszym hotelu). Dlatego tez, nazwalismy Santa Cruz – Miastem Kotow (w odroznieniu od Miasta Psow – Cochabamby).

Wieczorem odwiedzilismy rodzine, mieszkajaca w tak zwanym ‘condominium’– czyli osiedlu zamknietym (takim z barierkami i straznikami w budce, otoczonym wysokim murem). Siedzac w ogrodzie, zajadajac sie pysznym barbecque i pijac wode z kranu (nie do pomyslenia w Cochabambie!), prowadzilismy mila rozmowe po angielsku i hiszpansku z akcentami polskimi (na zdrowie!).

A po barbeque – czas na pub irlandzki (Santa Cruz ma ich dwa)i koncert muzyki rockowej! Sie dzialo, tylko Guinnessa brakowalo…

Nastepnego dnia przyszedl czas na zwiedzanie muzeow! Zanim jednak dotarlismy do Muzeum Archeologicznego, taksowkarz kilka razy zawracal i pytal o droge… W koncu dotarlismy na miejsce i okazalo sie, ze … muzeum jest zamkniete w weekendy! Tak, wszystkie muzea sa zamkniete w weekendy! Freddy odetchnal z ulga, ale ja postanowilam pozwiedzac stare miasto wzamian.

Zaczelismy od katedry – Basilica of San Lorenzo, ktorej muzeum rowniez bylo zamkniete. Udalo sie nam jednak wejsc na wieze, skad roztaczal sie widok na starowke. Poniewaz miasto zmienilo swoja lokacje, budowa nowej katedry projektu Francuza Philippe Bertresa, w dzisiejszym miejscu rozpoczela sie w 1845 roku. Budowe ukonczono na poczatku XX wieku, poddajac pierwotny plan wielu modyfikacjom (neoklasyczny styl fasady zostal dodany przez Leo Musnier’a z Walii i Wlocha Victora Querezolo). Budowla zostala zbudowana z cegly i piaskowca, we wnetrzu znajduja sie srebrne artefaksy, sprowadzone z pobliskich misji jezuickich. Calosci, dosyc skromnego wystroju, dopelniaja plaskorzezbione obrazy i figury swietych ubrane w szaty.

Z katedry przenieslismy sie na plac glowny 24 de Septiembre, ktory jest parkiem:) A tam, oprocz wielu mieszkancow i turystow, spostrzeglismy pana z ogromnym starodawnym aparatem fotograficznym. Co za radosc! W koncu sama znalazlam ciekawy ‘obiekt’ do fotografowania! Pan fotograf oczywiscie nie mial nic przeciwko, a nawet za 20 peso (€2), zrobil nam zdjecie, wywolal na miejscu i nawet zrobil odbitke (coz za cudowna przenosna ciemnia i aparat w jednym!).

W miedzyczasie pobieglismy zobaczyc leniwca, ktory wlasnie zszedl z drzewa (zeby zrobic kupe) – ah, zyc nie umierac! A w kolo usmiechnieci policjanci i dzieci karmiace golebie! Z ciezkim sercem opuszczalam to miejsce, robiac przystanek w sklepie z rekodzielem…

Dnia trzeciego wybralismy sie na poszukiwanie dzialki budowlanej poza miastem  (nie, nie dla nas), mijajac kolejne kondominia i wille, tulajac sie Jeepem po blotnistej drodze, gdzie niegdzie utwardzonej cementem, gdzie indziej ceglowkami.

Po drodze mielismy zawitac do ogrodu botanicznego, ale niestety droga zostala zablokowana i  musielismy wracac. Na pocieszenie pojechalismy do zoo. Byl to czas mile spedzony, na przygladaniu sie faunie Poludniowo-Amerykanskiej i robieniu zdjec.

Po zoo – odwiedziny u przyjaciol rodziny, ktorzy obchodzili 35 rocznice slubu, gdzie sprobowalismy pysznego barbeque – oprocz stekow, kielbasek i czarnego puddingu, sprobowalam rowniez….krowiego sutka. Hmmm – raz wystarczy. Z przyjemnoscia wykonalam mini sesje zdjeciowa gospodarzom i ich uroczemu pieskowi:)

Dzien chcielismy zakonczyc kolacja w dobrej restauracji, jednak wszystkie polecone przez hotel lokale okazaly sie zamkniete w niedziele! Kolejne kuriozum…W koncu po pol godzinie w taksowce trafilismy do restauracji chinskiej ‘Mandarin i nie zalowalismy! Jedzenie bylo przesmaczne i bylo go tak duzo, ze zabralismy polowe ze soba dla naszych znajomych (notabene Chinczykow:).

Dobrze bylo zobaczyc znajomego z Dublina – Boliwijczyka i jego przyjaciol z Chin, ktorzy razem prowadza hostel w Santa Cruz oraz sklepik. Polecam to miejsce dla niewybrednych podroznych z okrojonym budzetem – czysto i mila anglo- chinsko-hiszpansko jezyczna obsluga, a wszystko za jedyne €6.

W dniu naszego wyjazdu, w Santa Cruz zaswiecilo slonce! Nie tracac czasu, po sniadaniu wybralismy sie na basen i jak dwoje dziwolagow, postanowilismy poplywac w lodowatej wodzie, po czym, dla ogrzewki, bieglismy do jacuzzi:) Dodam tylko, ze jako pamiatke z Santa Cruz przywiezlismy bol gardla, ale warto bylo!

Bedziemy tesknic za znajomymi i rodzina z tropikalnego Santa Cruz, ale milo bylo wracac do Cochabamby – slonca, suchego powietrza, gor, Chrystusa, pieskow ulicznych, no moze nie do brudnej wody…Na zakonczenie dnia skrecilam kostke, wpadajac do dziury w chodniku, z ktorego ktos zrabowal metalowa plyte.

Witamy z powrotem w Cochabambie!

***

Our planned trip to a tropical Santa Cruz was postponed twice, but fortunately the BOA was charging us for changing flights only €3! Same flight, which lasted 45 minutes with a snack on board, costed about € 60 per person one way – next time I will go by land (7 hours of driving through this beautiful country is after all a pleasure!).

As soon as we got off the plane, hot and humid air burst into our faces.  I must admit that the ‘banana’ never left my face, because I was so delighted with this exotic feeling:)

Greetings with a friends and trip to the hotel went in a pleasant atmosphere – from the windows we could see impressive offices of foreign companies, shops, shopping centers, the lush green grass and tropical plants. Streets with white painted lines are a lot better than in Cochabamba, but brawling on them is the same – even thought, not the first time I thought about the fact how relatively few accidents happens here with this unregulated driving. Saying that, we drove by the crash scene of three vehicles ….

Hotel ‘Bugnavillas – one might say, ‘Paradise on Earth’, ‘city within a city’ – the beautiful, closed complex, full of greenery and outdoor swimming pools! After unpacking we went to a hotel’s restaurant for the late dinner, which unfortunately has not impressed us just as 5* apartment (you can see, here the standards are somewhat different than in Europe). I must say, that although hotel staff was very friendly – it wasn’t helpful at all – when we asked for a map of the city, we’ve got the one of a hotel’s site and simple street map of the town, but when leaving, we noticed that they had maps with listed attractions…

First day flew by ‘exploring’ new town in search of the apartment to buy (not for us of course :). Well, the city as a city – shops, supermarkets, homes, skyscrapers, etc. There’s nothing new I haven’t seen. Well, except that we hadn’t seen a single dog on the street.  As it turned out, the city was full of cats instead (even in our hotel)! Therefore, we called Santa Cruz – City of Cats (as opposed to the City of Dogs – Cochabamba).

In the evening we visited a family, living in ‘condominium‘-  closed estate (the one with barriers and guards in the booth, surrounded by high walls). Sitting in the garden, eating a delicious barbecue and drinking water from the tap (unthinkable in Cochabamba!), we carried out friendly conversation in English and Spanish with Polish accents (‘na zdrowie!’).

After a barbecue – it was a time for an Irish Pub and live rock music! Great evening, but there was no Guinness…

The next day I decided to visit museums! But before we’ve got to the Archaeological Museum, the taxi driver stopped several times to ask for directions (no mentioned that the hotel receptionist also did not know where it is) …. At last we reached the place and it turned out that ….. the museum is closed on weekends! Yes, all museums are closed on weekends! Freddy was relieved but I decided to explore the city instead.

We started from the Cathedral – Basilica of San Lorenzo. We managed to ascend the tower, from which we could contemplate the view of the old town. As the town changed its location in the past, construction of the new cathedral, designed by Frenchman Bertres  Philippe, in today’s site began in 1845. It was completed at the beginning of the twentieth century, bringing many modifications to the original plan (neo-classical style facade was added by Leo Musnier of Wales and Italian Victor Querezolo). The building was built of brick and sandstone and the interior has a silver artworks, brought from the nearby Jesuit mission. Whole, quite modest decor, complete paintings and statues of saints dressed in robes.

From the cathedral we moved to the main plaza 24 de Septiembre, which serves as a park :) And there, in addition to many residents and tourists enjoying pegeons, we noticed a man with a huge antique (kind of pinhole) camera. What a joy! In the end I had an interesting ‘subject’ to shoot! Mr. photographer, of course, had nothing against it, and even for 20 pesos (€ 2), he took a picture of us and developed it on the site (what a wonderful portable darkroom and camera in one!).

In the meantime, we ran off to see the sloth, who had just descended from the tree (to do poo). What a wonderful time we had there!  With a heavy heart I left this place, making a quick stop at the craft store …

On the third day we went in a Jeep to search for a land for sale outside the town (not for us again:). We past by many condominiums and villas, wandering with Jeep on muddy road, paved with cement here and there or bricks elsewhere.

Along the way we planned to stop by in the botanical garden, but unfortunately the road was blocked so we had to go back. As a consolation, we went to the zoo. It was a nice time spent on examining the South American fauna, and taking pictures.

After the zoo – we went to visit family friends, who celebrated the 35th anniversary of the wedding and in their lovely town house we tried a delicious barbecue. In addition to steaks, sausages and black pudding I also tried cow’s breast. Hmmm – once is enough. I was also glad to do a mini photo session of hosts and their cute doggy :)

We decided to finish the day with a dinner in a good restaurant, but all recommended by the hotel restaurants were closed on Sundays! Another oddity … Finally, after half an hour in a taxi, we found Chinese restaurant ‘Mandarin’ and were very happy! The food was delicious and plenty that we took take-away for our  Chinese friends:)

It was awesome to see a friend from Dublin – Bolivian and his friends from China, who are running together hostel and shop (‘Hostal Yasaye’). I would recommend this place to budget travelers  – it;s clean and offers Anglo-Spanish- Chinese-lingual staff – all for only €6.

The sun was shining during our last day in Santa Cruz! Not to waste more time, we went after breakfast to the pool and as the two freaks, we decided to swim in an icy water! After that, to warm up, we ran to the Jacuzzi :) I’ll just add, that as a souvenir of Santa Cruz we brought a sore throat, but it was worth it!

We will miss our friends and family in Santa Cruz de la Sierra, but it was nice to be back in Cochabamba – the sun, dry air, Christ, dogs on the street, maybe not to the dirty water … At the end of the day I twisted my ankle, falling into a hole in the sidewalk, from which someone stole the metal plate.

Welcome back in Cochabamba!

6 thoughts on “Santa Cruz de la Sierra – open for bussiness

  1. Pingback: home - Compas

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s